sobota, 15 września 2012

I już wszystko wiem

Jestem inny. Jakiś taki niezwykły, nieprzeciętny facet po trzydziestce. Boję się ludzi, nie chcę zapoznawać się z kimś nowym. Gdy jestem w gronie kolegów z pracy na przykład na przerwie, to wolał bym siedzieć gdzieś z boku, w kącie całkiem sam przy stoliku. Ale siedzę z nimi, by nie wyjść na jakiegoś odludka ale najchętniej to zapadł bym się wtedy pod ziemię. Jeśli ktoś mnie zagada, pocą mi się ręce, trzęsę się ale staram odpowiedzieć na jego pytania wyglądając oraz zachowując normalnie, ale nie zawsze mi to wychodzi. Ostatnio zaproszono mnie na pizzę, którą postawił ktoś dla wszystkich. Gdyby nie to, że narobił mi tym smaka wcale bym tam nie poszedł do nich lecz usiadł gdzieś pod ścianą między regałami, gdzieś gdzie nikt mnie nie znajdzie. No zresztą z grzeczności tak poszedłem ale ciężko mi było, bardzo nieswojo w tak wielkim gronie ludzi, unikam tego na przerwach... a jednocześnie zazdroszczę tak luźnych rozmów między nimi, żartów oraz śmiechu, ich wygłupiania się między sobą, ich przyjaźni.

Gdy jadę na zakupy, chcę wziąć udział w życiu społecznym dlatego zawsze odwiedzę swą kawiarenkę, zamówię coś do picia i poobserwuję ludzi pędzących skądś dokądś, telefonujących z kimś czy też po prostu spacerujących, parki chodzące wtę i na zad, ramię pod ramię wpatrzonych w siebie zakochanym wzrokiem. Siedzę w tym stoliku, jednym z kilkunastu na placyku, rozglądam się i patrzę kto jeszcze skożystał z ładnej pogody i usiadł sobie w jednym z nich, zamawiając kawę. Jakoś nigdy nie widziałem tam nikogo, kto by siedział tam tak samotnie jak i ja. A jeśli już widzialem to dość żadko...

Gdy jeszcze chlałem, jednym z powodów tego nałogu był właśnie cel rozluźnienia się przy innych, pozbawienie się tego napięcia oraz blokady, która trzymała mnie dość mocno. Łatwiej mi wtedy było zapoznawać się z nowymi ludźmi, oswoić w ich gronie, luźniej rozmawiać... ale gdy na drugi dzień wytrzeźwiałem, nie chciałem mieć z nimi nic doczynienia. Ucichłem, oddaliłem się, unikałem ich aż znów się upiłem, bym mógł się lżej do nich zbliżyć ale jak to w ich oczach wyglądało??? Dlatego znikali po czasie i nie chcieli mieć ze mną nic wspólnego.

Zawsze myślałem, że niechęć do innych ludzi (cała ta notka w sumie o facetach ma mówić) spowodowana jest przez to, co mi się kiedyś stało, o czym w sumie tutaj pisać nie chcę. Zresztą może w części też tak jest, że to przeżycie ma spory wpływ na moje odosobnienie ale na pewno nie w całości. Myślałem też że najlepiej się czuję w gronie kobiet, że najlepiej mi się z nimi rozmawia bo wysłuchają, zrozumią i powspółczują a nie wyśmieją chamsko albo warkną coś w stylu "przestań beczeć cioto" jak by to facet powiedział. Jednak zauważyłem że i nawet w ich gronie mnie roznosi... taki oddział na przykład, gdzie z piątku na sobotę oraz z poniedziałku na wtorek pracowałem, same kobiety tam. Gdy któraś mnie pozdrowi oraz uśmiechnie, najchętniej bym znikł. Gdy jedna spojży mi w oczy, odwracam wzrok tak, jak bym tego nie zauważył. Koncentrować się nie mogę i z niecierpliwością czekam wtedy na przerwę, co pięć minut zerkając na zegarek, by uciec ztamtąd w jakiś ciemny kąt ogromnej hali...

Na fajrant wracam do domu, w moje cztery, samotne ściany. Tu czuję się najlepiej, najbezpieczniej, do mojej samotności która towarzyszy mi już od lat. Włączam komputer, gadulca oraz Facebooka, zerkając kto mi napisał. Mało osób znam, ale te które znam, to zazwyczaj kobiety, którym ofiarowałem swoje całkowite zaufanie bo z nimi mogę rozmawiać, być blisko nie denerwując się, trzęsąc na całym ciele oraz pocąc, mogę być luźny bo nie muszę patrzeć im w oczy... można im pomarudzić, wylać na klawiature wszystko co na sercu leży, wysłuchają, pocieszą, doradzą, przywrócą uśmiech na twarzy, dadzą uczucie że jestem im w jakimś sęsie potrzebny oraz że nie jestem sam, piękne uczucie... ale by nie poczuć więcej, nauczyłem się zablokować serce, zobojętnieć uczuciowo i zrezygnować z nadziei że kiedyś będę z kimś szczęśliwy, że będę ojcem albo dziadkiem postanawiając przeżyć swoje życie w samotności. Jedna osoba mnie strasznie zawiodła, dziewczyna której dałem mienie siostrzyczki mojej przyszywanej. Bardzo ją lubiłem i cieszyłem że ją mam. Miałem do niej sentyment i cieszyłem jej własnym szczęściem, smutałem jak było jej źle, martwiłem jeśli się nie odzywała, jak była chora, byłem pewien że też dla niej coś znaczę, że rozwinęła się między nami przyjaźń której nikt zniszczyć nie darady ale cóż, dostałem od niej strzał centralnie w ryj bo po prostu nie zrozumiała kim, oraz dlaczego taki jestem, jaki jestem. Dlaczego nie szukam sobie dziewczyny itp. Powiedziałem coś co jej nie podeszło, zrozumiała mnie źle i z jednego dnia na drugi po prostu znikła. Coż, zwisa mi to i dynda, obojętny na takie coś jestem, gdybym nie był na pewno bym przez to cierpiał.

W sumie sam się nad tym zastanawiałem dlaczego taki jestem, jaki jestem. Obwiniałem swoje dzieciństwo, dojrzewanie, wyjazd do niemiec w tak młodym wieku? Utrata przyjaciół, śmierć najbliższej mi osoby, alkoholizm, te przykre rzeczy które mi się przytrafiły? Nie wiedziałem czy jedna pewna rzecz, czy wszystkie na raz zrobiły ze mnie tą osobę, jaką się stałem jednak... kilka dni temu coś mnie jebło, a raczej ktoś... osóbka pewna, szczęśliwa zresztą, zaręczona od kilku lat i bardzo zakochana opowiedziała mi coś o swoim szczęściu, tak pięknie to napisała, aż zapromieniowało. Ja maruda znów coś tam bla bla o tym że ona ma fajnie a ja nie, że mi nie wyszło tak jak to innym wychodzi i też tak bym chciał, że pewnie się nie doczekam bo jestem jaki jestem, pierdu pierdu. A ona mi jebła takim tekstem:

Ona: Ty jesteś DDA, wiesz o tym?
Ja: DDA?
Ona: Dorosłe dziecko Alkoholika
Ja: A no fakt
Ona: Nie powiedzieli Ci tego na tym Twoim odwyku?
Ja: To, że jestem dzieckiem alkoholika, to ja doskonale wiem... wiedziałem jeszcze przed terapią
Ona: Nie, nie o to chodzi...

Po dalszej, krótkiej rozmowie dostałem ten oto tekst

Wiele dzieci z rodzin alkoholowych, po wkroczeniu w doroslosc zaczyna pic i doswiadczenia z dziecinstwa rzutuja na ich doroslym zyciu. Ciezko im zalozyc i utrzymac wlasne zwiazki, a takze odnalezc sie w roli rodziców. Istnieje kilka typów DDA: wyobcowani, smutni, skrzywdzeni, uzaleznieni, wspól uzaleznieni, odnoszacy sukcesy, z poczuciem nizszosci. Poczucie nizszosci i niekompetencji towarzyszace Doroslym Dzieciom Alkoholików odzywa sie w kontakcie z innymi osobami. Sklada sie na nie kilka czynników: kiepski obraz siebie wyniesiony z wczesnego dziecinstwa, brak dobrych doswiadczen w bliskich relacjach z ludzmi i brak podstawowych umiejetnosci interpersonalnych (rozmawianie, nawiazywanie bliskich kontaktów, rozwiazywanie konfliktów czy nieporozumien). DDA to termin psychologiczny.

Gdy to przeczytałem jebło mnie a zarazem zatkało... tyle czasu szukałem odpowiedzi, tyle razy zwalałem na coś, co możliwe że nawet nie jest powodem, tak długo zastanawiałem nad tym dlaczego jestem taki inny? Czy zesłano mnie z marsa albo jakiejś innej planety? Czemu jest jak jest i do cholery dlaczego w moim wieku jestem sam, tak mało związków mając za sobą, krótkich zresztą, dlaczego tak boję się ludzi i czemu mi najlepiej samemu... dlaczego nie potrafię ułożyć sobie życia, do diabła tak, jak to mają inni, w szczęściu i we dwojga??? Wiem już. Dziękuję Ci za to, że mimo Twojego zdania, że nie jesteś jakaś specjalistka zakwalifikowana, jednak u mnie trafiłaś w sedno, czego chyba nawet mój terapeuta nie potrafił :* Pojęcia nie masz jak mi ulżyło. Ach i za adres do tego forum, w którym pewnie się zaregistruje :)



3 komentarze:

  1. Cóż, powtarzać się nie będę, odnośnie moich kwalifikacji psychologicznych. Mam tylko nadzieję, że jeśli w sedno trafiłam, pójdziesz na terapię i coś CI to w końcu pomoże :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak byłam nastolatką to miałam straszny problem w porozumiewaniu się z rówieśnikami.Oni wychodzili do knajp dyskotek a ja się źle czułam w takich miejscach więc ciągle siedziałam w domu. Wszystko się zmieniło jak zaczęłam pracować i codziennie miałam styczność z obcymi ludźmi i musiałam z Nimi rozmawiać bo inaczej to straciła bym tą pracę no i udało się... Teraz to ja Ci mogę zaczepić obcą osobę i z Nią gadać i nie mam z tym problemu... Jakoś do końca nie wierzę w to że jesteś wstydliwy czy że nie umiesz się kontaktować z ludźmi... Mnie się nie wstydzisz a nawijasz ze mną tak jak baba na targu i nie dasz do głosu dojść :D Mi to odpowiada jaki jesteś i mało jest takich świetnych facetów jak Ty ... a szkoda.Ale jeżeli masz z tym jakiś problem i źle Ci tak jest to może udaj się na jakąś terapię...S... :*

    OdpowiedzUsuń
  3. No widzisz? A Wystarczyło zgłosić się do mnie :)
    Ja jestem DDD, ale też podobne symptomy.

    OdpowiedzUsuń