niedziela, 24 sierpnia 2014

Nic nie dzieje się bez powodu?

"Rok 2014 zatem zapowiada się świetnie. Mam tylko nadzieję, że nie zacznie się wszystko tak nagle pieprzyć jak to często bywa. Gdzieś w horoskopie wyczytałem kiedyś że ten rok ma być dla mnie wspaniały, pełen pozytywnych zmian i wszystko ma być lepiej. No ja przesądny w sumie nie jestem ale zobaczymy jak to się wszystko potoczy. Trzymać mi kciuki by było tak jak w tym horoskopie pisano, trzymać mi kciuki by było prawdą to, że pech mnie opuścił a szczęście wita do mych drzwi :"

Tak skończyła się moja ostatnia notka, kupę czasu temu. Dwa tygodnie później skończyło się też to wszystko pozytywne, co czarowało mi uśmiech na twarzy: praca, ten ktoś fajny, jak i motywacja i pozytywne myśli. Aż odechciało mi się tutaj pisać bo większość postów to same smutki więc olałem. Przecież to normalne, nie był bym tym kim jestem, gdyby się to wszystko nie posypało. Znowu. Czy ja jestem jakiś przeklęty?

Może w skrócie o tym, co się przez ten czas wydażyło: z pracy mnie wywalili bo już mnie nie potrzebowali (ich zdaniem) a prawdą jest to, że im nie pasowałem. Cóż, pracownik z agencji to niewolnik i nie ma nic do powiedzenia a jak się kierownikowi postawi bo coś mu nie pasuje, to wynocha i nie ważne czy miał rację czy nie. Z resztą to w agencjach tak jest: potrzebują ciebie na kilka tygodni, a jak odwalisz swoją robotę i nie ma już zamówień to wypad. Agencja wtedy wysyła cię do innych firm, gdzie akurat robota jest ale jeśli - tak jak w moim przypadku - nie masz swojego auta ani dojazdu autobusem czy pociągiem, to zwalniają a na twoje miejsce biorą kogoś z samochodem. Kiedyś wozili swoich ludzi po firmach, nawet kilkadziesiąt kilometrów ale to, że benzyna stała im się za droga to przestali i rozwożą tylko w pobliże. Dziwne tylko, że w rok kupują sobie ze trzy nowe samochody a większość wypłaty pracownika i tak dla siebie zatrzymują więc biedni nie są. O inną, normalną pracę nie mam się co starać. Za późno wywieziono mnie do niemiec, polskie świadectwo z podstawówki nie uznali mi, a w tych dwóch szkołach co tutaj robiłem miałem za słabe oceny, przeważnie z niemieckiego a firmy oczekują tu od kandydata na stanowisko pełno ukończonych szkół (minimalnie ukończoną niemiecką podstawówkę) których nie mogłem zaliczyć z powodu swojego wieku oraz braku znajomości w języku niemieckim i angielskim (w polsce w podstawówce miałem ruski) oraz bardzo dobre oceny. Wiedziałem że sobie tutaj w szkole nie poradzę więc bardzo szybko nauczyłem się języka - czytać, pisać i mówić ale ta łacińska szwabska gramatyka mnie rozwaliła. Więc nie pozostaje mi nic innego niż pracować przez agencje, pokazać fizycznie co potrafię i nie jakimiś dennymi świadectwami na papierku bo wtedy mam szansę na zatrudnienie, tak i nie inaczej.

Jak w poprzedniej notce się pochwaliłem - poznałem "kogoś fajnego". W ciągu kilku dni znajomości strasznie ją polubiłem i przywiązałem do niej. Ona mnie bardzo motywowała, aż chciało się żyć. Kochałem chwile spędzone z nią razem, poczułem się przy niej kimś wyjątkowym i potrzebnym. Schlebiało mi to, że czasami się wściekała bo nie było mnie na internecie, bo albo byłem kilka dni u Darka (wtedy jeszcze u mnie nie mieszkał) albo odcięli mi neta przez jakąś usterkę. Aby nie była zła, zawarłem umowę na telefon komórkowy (mimo tego, że ledwie mnie na niego stać było) aby zawsze być gdy mnie potrzebuje, nawet jak mnie w domu nie będzie, ona z resztą też kupiła by mieć zawsze kontakt. Miałem w planach poznać ją bliżej, chciała do mnie przyjechać i ja do niej, poznać na żywo i zobaczyć co z tego wyniknie. Jednak fakt że wziąłem Darka pod swój dach a on mi sajgon w domu robił (przeszkadzał, nie mogłem gadać na skypie otwarcie z nią a pisząc przez komórkę marudził bym odłożył telefon) cofnęła się. Nie znosiła go. Popsuł mi naszą codzienność a na prośby i gadanie  by przestał żądzić w moim własnym domu po prostu nie reagował, nie słuchał mnie, okazywał kompletny brak szacunku i denerwował swoją durną gadką. Po prostu "nie pozwalał" mi utrzymywać z nią kontaktu, a moje upomnienia i groźby że go wywale jak nie przestanie mi tu żądzić odbijały się od niego jak piłka o ścianę. Ani odrobinki szacunku mi nie ukazał (jak prawie każdy człowiek którego znam, nie wiem czemu tak jest, może jestem po prostu za spokojny?) Ona później zaczęła myśleć że ja z jakimiś innymi paniami wypisuję i dlatego nie mam czasu. Próbowałem wytłumaczyć że tak nie jest ale nie wierzyła mi. Darek do niej pisał bo widział jak mnie to siekło że już jej "nie ma" tak jak wcześniej, przepraszał i mówił że to jego wina ale nie pomogło. Zacząłem się o nią starać. Pić przestałem bo nie lubiła tego ale jak jej to mówiłem że nie piję też nie wierzyła (no i z resztą nie tylko ona była powodem tego) Denerwowało mnie to, ten brak swobody z nią, brak jej zaufania i to że się cofnęła. W głębi mnie miałem bombę która tykała i wystarczyło tylko słówko kogoś by ta bomba wybuchła. Pewnego dnia dostałem od niej wiadomość że to między nami nie ma sensu, że jesteśmy za daleko od siebie, że brak kontaktu zrobił swoje. Wściekłem się i wybuchłem wtedy, napisałem jej kilka przykrych słów które do dziś żałuję, nawet zadzwoniłem wściekły prosząc o wytłumaczenie co się stało. Ta wiadomość odżuciła mnie dość daleko w tył... byłem taki pewien że coś z nas będzie, bo byłem przy niej innym facetem, zmotywowanym, pełnym życia gostkiem który myślał że z przybyciem jej odszedł cały pech. Jednak moje dobre serce (a może głupota? Mówię tu o przyjęciu Darka pod dach) zniszczyło wszystko. To zabolało. Po czasie jednak odblokowała mnie na Facebooku ale nigdy już nie było tak samo. Gdy straciłem pracę wyśmiała mnie, potem powiedziała że nikt takiego faceta bez pracy nie zechce bo facet powinien umieć utrzymać kobietę a nie na odwrót. No i nie tylko ona była tego zdania więc zrozumiałem, zwątpiłem w siebie, utraciłem wraz z nią swoją motywację, olałem siebie i wszystko w około. W sumie tłumaczyłem jej że nie mam perspektyw na tej wsi, bo tam ani pracy nie ma ani dojazdów i że muszę się przeprowadzić ale mówić a czynić to dwie inne pary butów a brak zmotywowania i rezygnacja z samego siebie oraz powrót samotności zrobiły swoje.

Mamy nadal kontakt. Już nie taki jak kiedyś, popiszemy chwileczkę raz na tydzień, ale to już tylko tak po znajomości. Jednak przyłapałem się na tym że w sumie co noc, gdy się kładę to muszę o niej pomyśleć. Przyłapałem na tym że dość często zerkam na jej zdjęcia oraz na to czy jest akurat na Facebooku i czy coś napisała. Wspominam mile spędzone chwile, i jak słodko wyglądała gdy usypiała na skypie przy kamerce, wtulona w swój koc i mimo tego że ledwo trzymała oczy otwarte to broniła się zaciekle przed snem. Z jednej strony to bardzo słodkie było, z drugiej zaś szkoda mi jej było bo męczyła się bidulka więc pogoniłem ją spać, przez co była wściekła bo myślała że nie chcę z nią siedzieć, no ale to była trzecia w nocy a ona o szóstej wstać musiała... nie chciałem by była w pracy nieprzytomna przeze mnie. Kiedyś napisała mi że kogoś ma. Odpisałem jej sucho że fajnie, cieszę się itp. starając nie pokazać jej co wtedy na prawdę poczułem i chyba mi się to udało, ale szczerze to rąbnęło mnie to w ryj jak z rękawicy bokserskiej. Po kilku dniach napisała mi że to nie prawda, że nie ma nikogo a napisała tak bym sobie z nią dał spokój. Odpisałem że nie musi mnie okłamywać bo już dałem sobie siana z nią ale czy to prawda? Nie wiem, może jakiś głupi jestem ale zawsze gdy o niej pomyślę, gdy zobaczę jakieś nowe zdjęcie, coś naciska mi na klatkę piersiową tak niemile i zaczynam tęsknić. Kilka razy umawialiśmy się na skype. Niestety nie wypaliło, bo miała coś z laptopem albo zabrakło jej czasu, albo albo albo... mówiłem że spoko, nic się nie stało, najwyżej następnym razem ale to że zawsze czekałem ucieszony nie mogąc się doczekać, zerkając co kilka minut na zegarek to tego jej nie powiedziałem...  Bardzo mi jej brakuje i jak już wcześniej wspomniałem, może głupi jestem ale w głębi serca nadal mam jakąś nadzieję.

NIC NIE DZIEJE SIĘ BEZ POWODU

Dlaczego mam takie spieprzone życie? Czemu udało się braciom i czemu układa się większości ludzi? Dlaczego nic mi nie wychodzi, mimo starań i walkom o lepsze jutro? Dlaczego gdy coś zaczyna się układać, wystarcza lekki podmuch wiatru i wszystko wali się tak szybko i łatwo jak domek z kart? Dlaczego muszę tak cierpieć?

Przez długi czas stawiałem sobie te pytania szukając odpowiedzi. Szukałem i nie znalazłem, więc zwaliłem wszystko na jakąś klątwę, wmówiłem sobie że to kara za jakiś ogromny grzech, przestępstwo czy coś w tym stylu. Uwierzyłem że to ma jakiś powód związany z przeszłością, grzebałem w niej i nic nie znalazłem więc co ja takiego zrobiłem? Zawsze byłem grzeczny, to ja biegłem do sąsiada dzwonić na "milicję" jak ojciec pijany w domu matke lał, to ja biegałem po sąsiadach pożyczając od nich pieniądze dla mamy bo bracia się wstydzili, to ja chodziłem do sklepu na zakupy brać na krechę bo oni nie chcieli, to ja najbardziej cierpiałem jak mama zachorowała na raka i to ja najbardziej przeżyłem jej śmierć. To ja, z dobrym sercem zawsze każdemu pomogłem mimo wiedzy, że i tak zostanę przez tych ludzi wyrolowany i wykorzystany. To ja broniłem słabszych i to ja nigdy jeszcze nikomu większej krzywdy nie wyrządziłem, więc to chyba nie klątwa. Czy na prawdę istnieje jakaś siła, paranormalna moc której wytłumaczyć nie umiemy? Jakieś "coś", co nam los do kołyski kładzie i wybiera "ty będziesz milionerem, ty będziesz menelem, ty zaś prowadzić będziesz skromne, ale szczęśliwe życie, a Ty będziesz cierpiał aż do usranej śmierci i mimo starań nie pozwolę by ci się cokolwiek udało"? Chyba też nie. To raczej przypadek, że tak wyszło jak jest, tzn zbieg okoliczności, pech. Bo po pierwsze, za późno wywieziono mnie z Polski, w sumie bez pożegnania ze starym zaufanym otoczeniem no i brak szans na szkoły w DE z powodu mojego wieku i braku znajomości języka. Po drugie śmierć matki, bieda, alkoholizm i brak miłości w rodzinnym domu, w czasie gdy jej najbardziej potrzebowałem. Po trzecie wyprowadzka od ojca do internatu, gdzie pierwszy raz zostałem sam. Po czwarte utracone "dzieciństwo" (tu mówię o trudnym czasie dojżewania) i związane z nim sprawy jak pierwsza (ta najważniejsza) miłość która została nieodwzajemniona, brak wsparcia rodzinnego, samotność w tłumie, nadużywanie alkoholu. Czyli zjebane dzieciństwo i dorastanie, ten czas który formuje człowieka, robi z niego tym, kim jest później. Zrombane dzieciństwo, zrombane dalsze życie. Faktem jest, że można to zmienić: nie oglądać się za siebie, spoglądać w przyszłość, wystartować od nowa, postawić jakieś cele i starać się je osiągnąć, zrealizować. Jednak jak jesteś sam, to nie dasz rady. Nikt nie da rady, zawsze trzeba mieć kogoś z boku, przyjaciela który wysłucha, pomoże, popchnie we właściwą stronę jeśli zaczniesz zbaczać z drogi, pomoże wstać gdy upadniesz i nigdy się nie odwróci od Ciebie jak zaczniesz bałaganić, tylko skopie ci tyłek i opierdzieli, uspokoi i sprowadzi spowrotem na ziemię. Gdy jesteś samotnym, nigdy nie znajdziesz na pozytywne zmiany sił a szanse są na prawdę minimalne że Ci się uda. Jest takie przysłowie: "Zostaliśmy tak skonstruowani, że słabniemy gdy jesteśmy sami" i to jest szczera prawda, doskonale wiem co mówię. Dużo ludzi którzy tego nie przeszli w życiu po prostu nie zrozumią że człowiek nie ma sił na jakieś zmiany, na zbudowanie czegoś a gdy już coś postawi na nogi, to jest za słaby by to stabilnie utrzymać. Po prostu nie zdają sobie z tego faktu sprawy że to niemal niemożliwe jest.

Wspominałem coś o klątwie, o losie, przeznaczeniu ale mówiłem że to wszystko co mi się przytrafiło raczej przypadkiem jest. W coś jednak wierzę, a mianowicie w to że "nic nie dzieje się bez powodu". Dlaczego? Po klinice wszystko się zaczęło układać: znalazłem pracę, poznałem kogoś, byłem z nią razem więc nie byłem sam. Chciałem wrócić do polski dla niej, dla nas, dla szczęścia którego przecież nigdy wcześniej nie doznałem. Gdyby wypaliło to osiągnął bym ostateczny cel, ostatni z celów które sobie postawiłem, celów które zrealizowałem no ale tego ostatniego nie osiągłem bo cóż... odwidziało się jej. Potem straciłem pracę z powodu kryzysu. Sypało się więc zaczęło ciągnąć mnie spowrotem do alkoholu ale pojawił się ktoś, przez internet no ale to taka wyjątkowa osoba była, pokazała mi swój mały świat w którym poczułem się tak, jak by to ona była nie tylko na ekranie, a gdzieś koło mnie z boku. To właśnie ona powiedziała mi że nic nie dzieje się bez powodu ale wtedy nie zwróciłem za bardzo na to uwagi. Stawiałem sobie po prostu pytanie dlaczego ona się pojawiła i z jakiej racji powstała między nami taka więź, spytałem jej czy ona wie, więc powiedziała mi że nic nie dzieje się bez powodu, to ma jakiś cel, to ma jakiś kierunek, to do czegoś prowadzi. Paralelnie do tego poznałem moją teraźniejszą przyjaciółkę, Z tamtą osobą urwał się kontakt, co mnie na prawdę żuciło do tyłu, straumatyzowało i znowu straciłem pracę, rozpiłem się, zwątpiłem ale myślę że to tak właśnie miało być, no ale jakim powodem jest moja teraźniejsza przyjaciółka? Myślę że to też ma jakiś powód: myślę że potrzebowała mnie do pomocy by zakończyć swój kilkuletni, raczej nie za bardzo szczęśliwy związek i zrobić miejsce komuś właściwemu, komuś kto o nią mocno zadba i sprawi że jest teraz najszczęśliwszą osobą na świecie. Teraz lepiej wygląda bo wymłodziała, odżyła i promieniuje jak słońce, a wcześniej to była jakaś taka... szara, bez życia i ducha. W pewnym sensie pomogłem jej w tym szczęściu, nieco niestosownie i nieprzyzwoicie ale chyba otworzyłem jej tym oczy. Przez to co zrobiłem zerwała ze mną kontakt ale pewnie tak właśnie miało być. Siedzieliśmy bowiem dniami i nocami na necie, graliśmy w gierki, gadaliśmy na skypie nie odrywając się od komputera, w sumie miała ona swoje obowiązki ale jak tylko wróciła do domu to zaraz nos w laptopa i nic innego więcej nie było ważne. Może moje zachowanie i jej zerwanie kontaktu dało jej więcej czasu i miejsca na takie coś jak znalezienie dobrej pracy. Ot taki powód. A ten "ktoś fajny" też zagrał w tym wszystkim swoją rolę: otworzyła mi bowiem oczy i pokazała mi że jak nie ruszę dupska to nigdy szczęścia nie doznam, bo kobiety przecież wymagające są i niestabilnego faceta bez perspektyw nie wezmą. Moja przyjaciółka jest tego samego zdania, więc zacząłem się nad sobą zastanawiać. Swój powód musiał mieć też Darek, bo chlałem z nim a te dwie wyżej wymienione osoby pokazały mi że jak dalej będę tak robić to utracę wszystko co mam i spadnę jeszcze niżej niż dno. Darek wyprowadził się w sumie, ale przez niego poznałem takiego kumpla który odwiedzał mnie bo sam tu nie ma za wiele znajomych i mimo tego że jakiś czas nie piłem to zacząłem z nim jarać oraz pić i to nie mało. Ten kumpel też musiał mieć powód: napisałem do przyjaciela z dawnych lat i poprosiłem o pomoc, o to by mnie ratował i zabrał do siebie. Cóż, rok wcześniej dość mocno go obraziłem po pijaku, a on mi wtedy przecież pomagał. Byłem u niego przez parę miesięcy, miałem zdać mieszkanie i sprowadzić się do niego, szukać u niego pracy a po znalezieniu roboty poszukać własnego mieszkania. Wspierał mnie i nie tylko on bo jego matka też. Razu pewnego gdy pojechałem do domu pozałatwiać sprawy z urzędami nachlałem się i zacząłem go mocno obrażać, co jak wiadomo na drugi dzień żałowałem i plany przeprowadzki oraz znalezienie roboty w jego pobliżu z tym runęły. W sumie myślałem że oleje mnie za to co mu zrobiłem ale ku mojemu zdziwieniu odpisał mi bym zaczął się pakować. Jak już przyjechał, powiedział mi że on raczej nie chciał więcej mieć ze mną nic do czynienia no i że to jego matka mu kazała po mnie jechać. Spakowałem zatem plecak nawet nie wiedząc co do środka wrzucam i zapominając o połowie ważnych żeczy wyruszyliśmy do niego. Jak wiadomo przeprosiłem go z całego serca za moje zachowanie. Wybaczył ale jest jeszcze nieufny.

W każdym razie ciągnę dalej to, co miałem rok temu w planach: wynieść się z tamtej nory, znaleźć u przyjaciela pracę, potem mieszkanie i żyć jak człowiek. U niego panuje abstynencja więc koniec z alkoholem, to widać co alk może z człowieka zrobić. Wpadłem kiedyś w nałóg i komuś z góry to się nie spodobało co wyprawiałem, w to wierzę. I to ten "ktoś" sprawia, że nic nie dzieje się bez powodu, ten "ktoś" sprowadził mi takie drogowskazy jak wampirkę, wraz z nią moją teraźniejszą przyjaciółkę, tego "kogoś fajnego", Darka a w ostateczności jego kumpla który w ostateczności sprawił że wylądowałem tam gdzie na prawdę jest moje miejsce, gdzie mam prawdziwych przyjaciół i gdzie doznam szczęścia i zacznę żyć. Bo myślę że nikt nie przybył ot tak przypadkowo, bo myślę że wszyscy mieli dla mnie jakieś wskazówki, zadania, bo nikt z nich nie wtargnął w moje życie bez powodu, bo nic nie dzieje się bez powodu.

Przyszłość pokaże, czy mam z tym rację.