W końcu posortowałem swoje papiery, które rzucałem na stertę od jakiegoś dłuższego czasu. Było ich na pewno z kilka kilosów, więc zajęło mi to dobre cztery godziny, albo i krócej bo z przerwami, segregator z pustego zrobił się zatem przepełniony. Ale nie dziwię się, bo tylko utracisz pracę albo tak mało zarabiasz, że nie stać cię na rachunki to to się zbiera, człowiek nawet nie chce się patrzyć na to co w tych listach pisze, a niektórych innych nawet nie otwiera. Jednak wziąłem się w końcu za to, tylko nie zdążyłem nawet posprzątać sobie kuchni ani poprać, a kosz z ciuchami robi się większy i cięższy, a ja przecież tak bardzo nie znoszę rozwieszać prania... jutro się za to wezmę. Na weekend pomyję okna, wyszoruję łazienkę, na blank, wymyję podłogi odkurzę itp, brudno i syf tu, ale nie przeszkadzało mi to. Wzięło mnie po prostu natchnienie, kupę czasu nie zajmowałem się mieszkaniem, czemu? O tym za chwilę.
Po odłożeniu segregatora na miejsce, wziąłem portfel, wsiadłem na rower i pojechałem na stację benzynową po coś do jedzenia, sok i jakąś czekoladę. Przy okazji zabrałem kilka puszek oraz butelek, bo było ich tu trochę. Nie znałem tej pani za kasą, była dość młoda, nie brzydka, miała ciemnego blondu długie włosy skręcone z obu stron na warkocz. Nie przywitałem się, bo zajmowała się akurat czymś, pisała na ladzie jakieś notatki, nawet nie przyjrzałem się jej, od razu pomaszerowałem do automatu na puste butelki, przeszła może raz albo dwa mi za plecami spoglądając we mnie, zarejestrowałem to kątem oka ale nie zwróciłem na to uwagi koncentrując się na wrzucaniu butelek w dziurę przyrządzenia. W końcu butelki rozbić nie chciałem, a mam dziurawy plecak. następnie migiem ruszyłem do regałów szukając swych rzeczy, po czym podszedłem do kasy, przy której stała owa, wyżej opisana kasjerka. Wystawiając koszyk na ladę komentowała co z niego wyciągam.
- Makaron - przyrządem w jej ręce, przejechała czerwonym laserem po kodzie kreskowym opakowania - bip...
- Fasolka - ten sam ruch jej ręki, przyrząd w niej jak na rozkaz - bip...
- Kiełbaski - nie przyglądałem się już temu, patrzyłem tylko niżej; na regał jaką czekoladę sobie wziąć, a z przodu - bip... "Po co ona to powtarza?..." Wzdrygnąłem ramionami wyjmując z półki pod ladą fioletowe opakowanie
Lipton Ice Tea - spojrzałem w nią kładąc przed nią tabliczkę Milki jogurtowej, uśmiechała się i ładnie jej z tym uśmiechem było, mnie to nie ruszało w sumie, że tak słodko z tym wszystkim wyglądała ale razem, synchronicznie z jej aparatem w ręce wydobyłem z siebie wesołe
- Bip... -
- Twój numer Telefonu - zapytała nie przestając się uśmiechać, celując nagle we mnie swoim skanerem
- ...Co?
Sekundkę milczała celując mi w pierś laserem - A Twoje imię?
Zatkało mnie, stałem jak wryty. Nie zrozumiałem co ona ode mnie chce
- Hej, to był tylko żart! - zaśmiała się głośno, promieniując przy tym
- Ah... sorki, nie z...orzumiałem... akustischnye... szczęka mi o mało nie opadła
Ja jej chyba na prawdę nie zrozumiałem. Nie wiem, to było jakieś takie jak by za ścianą w tym momencie, nie dosłyszałem, jednak doszło do mnie dopiero po kilku sekundach, o co poprosiła. Taki mały flirt, jak to na reklamie z McDonalds. Miała pewnie dobry dzień, może mnie pamiętała tylko ja jej nie? W końcu to moja "benzyniarka" i często tam bywam, a oni mają dość wiele kasjerek i kasjerów. Nie przypominam sobie jej. Nie wiem ale w każdym razie ta jej akcja mnie trochę zirytowała, a tym rozzłościła. Do tego jeszcze się splamiłem, bo karta mi nie działała z powodu rachunków powysyłanych dziś rano, zaznaczonych na koncie w sumie ale nie ściągniętych jeszcze. Wtedy nie można kartą kupować. Ale sam sobie winny jestem, mogłem spojrzeć na swoje konto przed pójściem tam. Mówiła że nie szkodzi.
- Poszperaj w kieszeni, słyszę że Ci tam coś brzdęka - mówi do mnie
- To klucz. I może parę centów
Trzymałem się od niej na dystans. Nawet nie spojrzałem w oczy. Grzebiąc w portfelu wyliczyłem nerwowo trzy piętnaście dwieście i sam jej dałem w rękę - masz, policz, lepsza w tym jesteś
Chyba poczuła, że jakiś "zimny" dla niej jestem więc przestała się uśmiechać i tak promieniować, jak jeszcze przed kilkoma minutami
- Na Fasolkę Ci starczy - powiedziała, podając mi puszkę
Cofłem się, drażniąc jej bliskością. - Dzięki, nara... - rzekłem i wyszedłem
Myślałem w domu co to było. Powinienem się przecież przynajmniej "jakoś" uśmiechnąć do niej, poflirtować jak to by każdy inny facet zrobił, zagrać razem z nią. Ale ona mnie speszyła, nie w stylu "zawstydziła", a bardziej tak... no nie wiem, podeszła za blisko, ale nie była przecież dalej ode mnie niż metr, albo półtora! Czy mi odbiło? Myślę, że w pewnym sensie tak. Już kiedyś myślałem sobie, że nie chcę na razie poznawać innych ludzi, bo musi się w moim życiu coś zmienić - mieszkanie, otoczenie, życiowy standard. Już kiedyś wmawiałem sobie, że jak już będzie lepiej to i moje nastawienie się zmieni, mówiłem "wszystko po kolei i będzie dobrze, krok po kroku" ale już wtedy nie potrafiłem sobie tego wyobrazić, że siedzi tutaj koło mnie jakaś kobieta będąc moją dziewczyną i patrzy razem ze mną na jakiś film DVD albo po prostu tuli do mnie i rozmawia słuchając wspólnie muzyki albo przynajmniej świerszczy za oknem. Nie umiałem sobie wyobrazić innego życia niż te, które toczę teraz. Zacząłem sobie po czasie wmawiać, że taki jest po prostu mój los i jednak nic się nie zmieni, nie ważne jak bym się starał zmienić jego tok. Że każdemu jedno życie pisane, jak gotowa książka z której żadnych rozdziałów nie wymażesz tylko dlatego, bo on Ci się akurat Nie podoba i chciał byś napisać go lepiej. Jak jedna taka prosta linia ciągnąca się tylko w jedną stronę. Wtedy nie wychodziłem z domu, nie poznawałem ludzi, z czasem nabrałem dystansu do siebie i do innych. Zamknąłem w tych czterech ścianach z internetem, przez którego znam w sumie kilka osób, jednych bliżej, innych dalej, ale wiedząc że oni nie są tu, koło mnie, nie widzą mnie i nie mogą mnie dotknąć ani spojrzeć mi w oczy, popchnąć mnie, kopnąć czy powygłupiać ze mną, napić czy wyjść na kawę albo na basen. Bo dzieli nas odległość i to bezpieczeństwo, które daje nam monitor oraz klawiatura, bo w końcu jak coś piszesz, to czytasz to jeszcze raz zanim wyślesz prawda? No chyba że się uchlejesz i pieprzysz jakieś farmazony w stylu "Oh kocham Cię bo widziałem Twoją fotkę i fajnie piszesz". Wydarzenia z życia mnie właśnie takim odludkiem zrobiły. Tu nie wystarczy już powiedzieć "Rusz swoje dupsko z tego domu" bo to już nie pomoże, nie ważne jak by kto napierał i tłumaczył, to nic nie da, słowami tutaj nic nie zdziałasz. Wczoraj widziałem w TV pewien program, o ludzkim mózgu i pewnym punkcie weń zawartym. Jeśli on jest uszkodzony, to pomóc może tylko Terapeuta.
A teraz standardowo, króciutko o mojej doli lub nie doli, kto jak chce
Dostałem zwrot całych tych miesięcy, w których głodowałem i nie miałem za co płacić rachunków. Wmawiali mi w urzędach że mi się nie należy i myśleli, że mogą mnie tak łatwo spławić. Ale grubo się mylili, trochę się na tym szwabskim systemie znam i zawsze wiedziałem, że powinni mi płacić. Więc przetrwałem (ledwo ledwo ale jednak) głodując czasem do sześciu dni pod rząd. Od razu popłacałem rachunki, stare jak i te nowe a zostało nawet na następne. Wypiłem sobie toast topiąc tą męczarnie przeszłych kilku miesięcy oraz zostawiłem ją za sobą, od sąsiadki wziąłem wtedy kotka perskiego, mały jeszcze ale oddałem go bo jej synek cały czas płakał i prosił o niego a mi to serce ściskało. Sam jeszcze na zwierzaka gotowy nie jestem. Przedwczoraj byłem na basenie, ale nie długo bo tam za dużo ludzi, jak los chciał pośliznąłem się na trampolinie i uderzyłem w głowę. Mam chyba lekki wstrząs mózgu bo dość źle się czuję i kręci mi się w oczach. Jutro termin u dentysty... niech Bóg mnie strzeże. A Propos strzyże, w końcu u fryca byłem. Foty nie będzie więc nie prosić
piątek, 12 lipca 2013
poniedziałek, 1 lipca 2013
Półrocze
Dziś jest początek lipca, pierwsza połowa roku 2013 jest za mną. Wydaje mi się on jednym z najgorszych, przez które musiałem przechodzić. W tej notce chcę podsumować jego pierwszą połowę, moje życie (a raczej walka o przeżycie, dosłownie) od początku roku do dnia dzisiejszego oraz prognozę na drugie półrocze, plany na poprawki stanu życiowego itp.
Styczeń - W styczniu było jeszcze w sumie ok, grudniowa impreza wigilijna z firmy postawiła mnie na nogi i zmotywowała, byłem pewien że rok 2013 będzie zajebisty, że przełamię siebie oraz mój strach przed światem oraz ludźmi i rozbuduję sobie grono przyjaciół, poznam dziewczynę, umebluję mieszkanie, ogólnie się zmienię i spojrzę na siebie z zupełnie innej perspektywy niż dotychczas spoglądałem. Nawet szef z firmy w której pracowałem obiecał mi, że jak dalej będę się tak dobrze starał i pokazywał że chcę pracować to przyjmie mnie do swojej firmy, bo ponoć brakuje im dobrych ludzi. Ufał mi, postawił nawet zupełnie samego przy maszynach na nockach, bez innych pracowników ani kierownika, mimo że byłem tylko pracownikiem z agencji a raz nawet dał mi kogoś do pomocy, więc byłem przez ten czas jego kierownikiem i musiał mnie słuchać. To doładowało baterie mojej motywacji. Na pytanie kiedy mogę z przejęciem mnie liczyć, odpowiedział że najpóźniej w marcu. Wtedy już zacząłem planować swą przyszłość.
Luty - Z powodu braku zamówień agencja zaczęła wysyłać mnie w inne miejsca, do innych hal z tej firmy, a w tych halach kierownicy czasami nie wiedzieli co ze mną począć, bo mnie po prostu nie potrzebowali, więc szukali mi jakiegoś bezsensownego zajęcia. Przez jeden tydzień nawet musiałem siedzieć w domu, bo nie mieli dla mnie kompletnie nic. Zacząłem więc powoli zastanawiać się co grane i czy szef mnie czasem nie okłamał, bo po co mu nowi ludzie jak nie ma zamówień? Wtedy nie wiedziałem, że na swoje miejsce gdzie zawsze pracowałem już więcej nie wrócę.
Marzec - Popracowałem dwa tygodnie, albo nie, nie nazwę tego pracą. Jak już wyżej napisałem - szukano mi jakiegoś zajęcia w stylu "przynieś, wynieś, pozamiataj" co mi po prostu nie pasowało ale robiłem, by zarobić kilka groszy. Zwątpiłem całkowicie w to, że zostanę w tej firmie, nie mówiąc już o mojej hali oraz kolegach stamtąd, o maszynach i mojej pracy na której bardzo dobrze się znałem. Zacząłem tracić ochotę do wszystkiego i mój optymizm zmienił się w parszywy pesymizm. Po tych dwóch tygodniach kazali mi już nie przychodzić. Agencja w sumie miała dla mnie kilka innych miejsc do pracy, ale bez prawka ani rusz, tam nawet autobusy nie kursują o tak wczesnych porach, nie mówiąc już o nockach. Po kilku dniach, na jedno z tych miejsc załatwili mi kogoś kto mógł by mnie brać ze sobą, ucieszyłem się, podjechał koleś po mnie, popracowałem tylko dwa dni a w trzeci dzień już po mnie nie podjechał. Okazało się że ma do mnie okrężną drogę i odechciało mu się po mnie jeździć, mimo tego że zapłacił bym mu za benzynę.
Kwiecień - Okropnego kopniaka dostałem od wycinku z wypłaty za marzec. Właścicielkę mieszkania musiałem powiadomić o tym, że nie jestem w stanie zapłacić za czynsz, nic dziwnego więc, że się okropnie wściekła. Pod koniec marca, gdy skończyły mi się pieniądze, zacząłem głodować. Jeździłem do agencji i prosiłem (jak co miesiąc zresztą) o zaliczkę, lecz nie mogli mi dać za wiele, z powodu godzin których w marcu nie przepracowałem, prosiłem i błagałem, w końcu dali mi trochę ale większość poszła na czynsz, by mnie stąd nie wyjebano. Za resztę nakupowałem makaronu i majonezu bo na więcej po prostu nie było mnie stać. Pojechałem do urzędu pracy oraz opieki poprosić o pomoc, oni jednak pomocy odmówili. Ich wymówką był fakt, że posiadam umowę z pracy więc zarabiam i żadna pomoc mi się nie należy. I mimo moich tłumaczeń i wyjaśnień co się dzieje, mimo papierów oraz dokumentów takich jak wycinki z konta, wycinki z wypłaty oraz sytuacji w której głoduję, mimo tego że właśnie za siedzenie w domu ani grosza nie dostanę, nie chcieli mi pomóc, trzymając się swych zasranych paragrafów. Nie miałem innego wyjścia, pojechałem ponownie do agencji i powiedziałem im, że muszą mnie zwolnić. Wytłumaczyłem im moją sytuację. Powiedziałem że nie dam rady dojeżdżać, jeśli firma którą mi zaproponują nie jest w okolicy. Wytłumaczyłem im że MUSZĘ iść na bezrobocie żeby nie zdechnąć z głodu. Zgodzili się, kilka dni później w skrzynce leżał list z zwolnieniem. Pojechałem z tym do urzędu pracy i zameldowałem się na bezrobociu. Jednak jak prawo niemieckie mówi, moje zwolnienie wkracza w działanie dopiero po miesiącu czasu, więc przez cały kwiecień nie dostał bym od agencji ani grosza, gdyby mi nic nie znaleźli bo kto by zapłacił mi za siedzenie w domu? Spytałem urząd pracy oraz opiekę o jakieś racjonalne wyjście ale kurwa go mać nie dostanę od nich pomocy bo mam przecież umowę do 30 Kwietnia! Agencja znając już moją sytuację znalazła mi firmę na dwa, góra trzy tygodnie z powodu dużego zamówienia, w innej miejscowości ale całe szczęście akurat tam jechał autobus z samego rana, już o 4:47 (tam na miejscu jest dworzec kolejowy do Schtuttgartu). Moim jedynym zadaniem było wsiąść na rower i jechać osiem, prawie dziewięć kilometrów do miasta na przystanek bo z mojej wsi tutaj nie kursuje o tej godzinie nic. Popracowałem tam dwa tygodnie, zamówienie się skończyło i już mnie nie potrzebowali. Trochę mnie to męczyło bo nawet śniadania nie mogłem ze sobą brać, bo mnie nie było stać. Po tym znaleźli mi inne miejsce, lecz jak los chciał nie jeździ tam autobus a po drugie i tak nie miałem pieniędzy na bilet więc agencja zwątpiła całkowicie.
Maj - Piętnastego maja dostałem wypłatę za kwiecień, tak samo skąpa jak wypłata z marca. Tym razem jednak wydałem większość pieniędzy na czynsz oraz inne rachunki, na życie zostało mi niewiele. Na zakupach standardowo makaron i majonez, przyprawa, jakaś kiełbaska by wkroić to do makaronu. Po kilku dniach zostałem bez jedzenia i bez grosza. Poprosiłem rodziców o pomoc - jak oczekiwałem wkurwili się, bo chciałem by mi pożyczyli parę groszy. No ale pomogli, przysłali. To starczyło do 30 maja, spokojny w sumie, wiedząc że pierwszego dostanę pierwsze pieniądze z bezrobotnego nie martwiłem się za bardzo. Ale kurwa nie był bym Tomkiem gdyby wszystko poszło gładko. Urząd pracy przejebał moje papiery, a potem parszywie jeszcze twierdził że to moja wina, bo im papierów nie oddałem. Pamiętam, to było w piątek, 31 maja jak do nich dzwoniłem i dopytywałem o pieniądze, bo na koncie wiało pustką. W poniedziałek zadzwonili i powiedzieli że znaleźli papiery i że pieniądze już są w drodze ale dojdą dopiero w środę lub czwartek, więc od piątku do czwartku nie jadłem kompletnie nic. Mało nie jebłem ze słabości. Nikomu takiego czegoś nie życzę.
Czerwiec - Gdy kasa przyszła, zapłaciłem za czynsz oraz inne rachunki, zostawiając sobie kilka groszy na makaron. Przez cały miesiąc nie jadłem nic innego, jedynie tylko paczuszkę takich niemieckich pierogów, bochenek chleba oraz mały pasztecik, bo przeliczyłem się na zakupach i zostało mi dwa euro i kilka centów reszty. Jednak na te luksusy pozwolić sobie mogłem przez mojego ojca, który (o dziwo) sam zadzwonił do mnie i dopytując mojej sytuacji zaproponował pomoc. Pod koniec czerwca oddałem papiery od opieki społecznej, których w maju oddać nie mogłem - brakowało bowiem potwierdzenia od urzędu pracy, które dostałem dopiero na początku maja a wszystko przez ten jebany urząd pracy. Papiery te zostały przeze mnie wywalczone, ponieważ już od początku mówiono mi że nie mam prawa do opieki, z powodu prawa na bezrobotne. Ale wryłem im w te czerepy że mi te bezrobotne nie starczają na życie, że mam za mało i nie mam co jeść. Tutaj w DE jest pewne minimum egzystencji: Człowiek potrzebujący pomoc jest wtedy, gdy dostaje mniej pieniędzy niż to minimum a ja leże daleko poniżej takowego. Oni jednak nie sprawdzając tego powiedzieli już z góry że nie dostanę. Po kilku wizytach jednak odpuścili sobie i zajęli się moją sprawą. Kilka dni temu przyszedł list z nowym obliczeniem mojego bezrobotnego - przy następnej, ostatniej już ich wypłacie chcą mi odliczyć ponad dwieście euro za stary rachunek z przed kilku lat, z czasów jeszcze przed terapią. Jeśli opieka społeczna mi jednak tej pomocy odmówi, to już całkowicie koniec ze mną. Jednak jestem dobrej myśli... ósmego sierpnia kończy się moje prawo na bezrobotne i rozpoczyna już oficjalnie prawo na pieniądze z opieki. Jednak strasznie się boję że coś pójdzie nie tak i pierwszego sierpnia znów nie będę miał pieniędzy na czynsz. Jutro pojadę do opieki, oddam im ten świstek i dopytam szczegółów, co i jak z kasą, kiedy pierwsza wypłata itd. Mam jeszcze miesiąc czasu.
Tak wyglądało moje pół roku. Same zamartwienia oraz walka o przeżycie. PRZEŻYCIE - to nie jest tylko gadka jakiegoś zakompleksionego debila, który chce zwrócić tym słowem na siebie uwagę. Nie mam pieniędzy i nikt mi ich nie da. Nie mogę sobie kupić jedzenia a makaronem się nie najem, co najwyżej zaspokoję głód. Patrząc na siebie w lustrze zbliżam się sylwetką do oświęcimiaka, chudnę i chudnę. Byłem w mieście, koło apteki stoi taka czerwona waga, zważyłem się. Z moich dawnych 92 kilogramów zrobiło się 68. Tłumacząc moją sytuację w urzędach chyba nikt w to nie wierzy że posuwam się na cieniutkiej linii między życiem a śmiercią, lub "bynajmniej" jakąś chorobą spowodowaną przez niedożywienie oraz brak witamin potrzebnych do zdrowego funkcjonowania. Myślą że mogę przecież poprosić o pomoc rodzinę, przyjaciół, dziewczynę czy chuj go wie kogo. Oni nie wiedzą o tym że istnieją ludzie, którzy nie mają takowych ani nic do jedzenia. Nie wierzą w takie coś, myślą że zawsze jest jakieś wyjście. Nie wytłumaczę im że nie mam tu nikogo bo oni takiego czegoś nie znają.
- Nie ma nic do jedzenia, to niech idzie i sobie kupi - nosz kurwa jego mać...
Jedzenie jedzeniem... a co z pielęgnacją? Mydło czy szampon, papier toaletowy, proszek do prania albo pasta do zębów, żyletki i płyn do golenia... jakiś dezodorant... normalnie jak śmierdzący menel, jedynie dach mam nad głową... a i tu też wiszę na włosku... normalnie wstyd. "Poznaj kogoś, wyjdź z domu poszukaj sobie baby" słyszę stąd czy zowąd. Mało kto zrozumie, że to nie jest dla mnie takie proste. Gdy wstydzisz się samego siebie oraz czujesz do siebie okropny wstręt, nie jesteś w stanie do takich czynności. Te wszystkie przeżycia siadają ci na psychice i zmieniają ciebie, oddalają od społeczeństwa, robią z Ciebie outsidera, zamykasz się wtedy w swoich czterech ścianach i nie chcesz mieć ze światem nic do czynienia. Porażka po porażce i mało kiedy stanie się coś, co Cię ucieszy, poprawi humor, podbuduje na duchu, zmotywuje. Wtedy wątpisz. A jak widzisz ludzi, starych znajomych na przykład z pracy, którzy umawiają się w weekend na grilla czy jakieś piwko, albo kogoś urodziny, zawsze myśląc że byłeś ich dobrym kumplem, ale ciebie jednak wykluczają bo jesteś jakiś "inny" nie rozumiejąc co musiałeś przechodzić w życiu dobija kompletnie i zamyka drzwi wyjściowe na drugi spust. Wierzysz wtedy w to, że oni tak samo myślą o tobie jak ty sam o sobie więc nie chcesz się im narażać i zakłócać sobą ich spokoju. To dotyczy tych właśnie znajomych z pracy, nowo poznanych ludzi, kobiety, rodziny... wszystkich tam na zewnątrz...
Podziękowania: wszystkim tym, którzy są. Dziękuję M. za to że mnie znosi, moje zapominalstwo, moje marudzenia (mimo iż przyrzekłem sobie że już nigdy nikomu marudzić nie będę [oprócz blogowi] bo jestem tego zdania, że tym ludzi od siebie odganiam ale cóż... wygadać się trzeba czasem, żeby nie wybuchnąć a zazwyczaj nie ma komu) i za jej porady. Specjalne podziękowania dla mojej kochanej S. która była zawsze, która jest i wiem, że zawsze będzie, mimo przeszkód które nas od siebie dzielą. Za to że się tak bardzo mną interesuje bo tym pokazuje mi, że nie jestem nikim, tylko kimś wyjątkowym, bynajmniej dla niej. Dziękuję też wszystkim tym, którzy czytają potajemnie tego bloga, nie zostawiając komentarzy po sobie, bo to pokazuje że jednak istnieją ludzie, którzy się mną interesują. Dzięki mojej kochanej kuzyneczce N, która mnie molestuje swymi zadaniami z niemca. Wiem że pamięta i też potajemnie czyta tego bloga. W sumie mogła by mnie olać bo obiecałem że przyjadę do niej na osiemnastkę, jednak nie udało mi się. Dziękuję też tym którzy byli przez jakiś czas, wzbogacając moją twarz w uśmiech oraz uczucie bycia kimś wyjątkowym. Tym którzy odeszli nie wytrzymując ze mną, cóż, czasami sam z sobą nie wytrzymuję więc nie dziwię im się. Dzięki za wspólnie spędzony czas.
Przede mną następne pół roku. Trzymać mi kciuki bym przeżył do sylwka, ale wiedzcie, będę się starał. Jak zawsze. Kiedyś będzie dobrze, wierzę w to. Jestem cierpliwy. Muszę być tylko twardy i obojętny na każdą przyszłą klęskę, a będzie ich jeszcze wiele. Ja zresztą już na wszystko zobojętniałem, biorę wszystko na klatę i pierdolę. Ale nie wolno mi się załamać.
Styczeń - W styczniu było jeszcze w sumie ok, grudniowa impreza wigilijna z firmy postawiła mnie na nogi i zmotywowała, byłem pewien że rok 2013 będzie zajebisty, że przełamię siebie oraz mój strach przed światem oraz ludźmi i rozbuduję sobie grono przyjaciół, poznam dziewczynę, umebluję mieszkanie, ogólnie się zmienię i spojrzę na siebie z zupełnie innej perspektywy niż dotychczas spoglądałem. Nawet szef z firmy w której pracowałem obiecał mi, że jak dalej będę się tak dobrze starał i pokazywał że chcę pracować to przyjmie mnie do swojej firmy, bo ponoć brakuje im dobrych ludzi. Ufał mi, postawił nawet zupełnie samego przy maszynach na nockach, bez innych pracowników ani kierownika, mimo że byłem tylko pracownikiem z agencji a raz nawet dał mi kogoś do pomocy, więc byłem przez ten czas jego kierownikiem i musiał mnie słuchać. To doładowało baterie mojej motywacji. Na pytanie kiedy mogę z przejęciem mnie liczyć, odpowiedział że najpóźniej w marcu. Wtedy już zacząłem planować swą przyszłość.
Luty - Z powodu braku zamówień agencja zaczęła wysyłać mnie w inne miejsca, do innych hal z tej firmy, a w tych halach kierownicy czasami nie wiedzieli co ze mną począć, bo mnie po prostu nie potrzebowali, więc szukali mi jakiegoś bezsensownego zajęcia. Przez jeden tydzień nawet musiałem siedzieć w domu, bo nie mieli dla mnie kompletnie nic. Zacząłem więc powoli zastanawiać się co grane i czy szef mnie czasem nie okłamał, bo po co mu nowi ludzie jak nie ma zamówień? Wtedy nie wiedziałem, że na swoje miejsce gdzie zawsze pracowałem już więcej nie wrócę.
Marzec - Popracowałem dwa tygodnie, albo nie, nie nazwę tego pracą. Jak już wyżej napisałem - szukano mi jakiegoś zajęcia w stylu "przynieś, wynieś, pozamiataj" co mi po prostu nie pasowało ale robiłem, by zarobić kilka groszy. Zwątpiłem całkowicie w to, że zostanę w tej firmie, nie mówiąc już o mojej hali oraz kolegach stamtąd, o maszynach i mojej pracy na której bardzo dobrze się znałem. Zacząłem tracić ochotę do wszystkiego i mój optymizm zmienił się w parszywy pesymizm. Po tych dwóch tygodniach kazali mi już nie przychodzić. Agencja w sumie miała dla mnie kilka innych miejsc do pracy, ale bez prawka ani rusz, tam nawet autobusy nie kursują o tak wczesnych porach, nie mówiąc już o nockach. Po kilku dniach, na jedno z tych miejsc załatwili mi kogoś kto mógł by mnie brać ze sobą, ucieszyłem się, podjechał koleś po mnie, popracowałem tylko dwa dni a w trzeci dzień już po mnie nie podjechał. Okazało się że ma do mnie okrężną drogę i odechciało mu się po mnie jeździć, mimo tego że zapłacił bym mu za benzynę.
Kwiecień - Okropnego kopniaka dostałem od wycinku z wypłaty za marzec. Właścicielkę mieszkania musiałem powiadomić o tym, że nie jestem w stanie zapłacić za czynsz, nic dziwnego więc, że się okropnie wściekła. Pod koniec marca, gdy skończyły mi się pieniądze, zacząłem głodować. Jeździłem do agencji i prosiłem (jak co miesiąc zresztą) o zaliczkę, lecz nie mogli mi dać za wiele, z powodu godzin których w marcu nie przepracowałem, prosiłem i błagałem, w końcu dali mi trochę ale większość poszła na czynsz, by mnie stąd nie wyjebano. Za resztę nakupowałem makaronu i majonezu bo na więcej po prostu nie było mnie stać. Pojechałem do urzędu pracy oraz opieki poprosić o pomoc, oni jednak pomocy odmówili. Ich wymówką był fakt, że posiadam umowę z pracy więc zarabiam i żadna pomoc mi się nie należy. I mimo moich tłumaczeń i wyjaśnień co się dzieje, mimo papierów oraz dokumentów takich jak wycinki z konta, wycinki z wypłaty oraz sytuacji w której głoduję, mimo tego że właśnie za siedzenie w domu ani grosza nie dostanę, nie chcieli mi pomóc, trzymając się swych zasranych paragrafów. Nie miałem innego wyjścia, pojechałem ponownie do agencji i powiedziałem im, że muszą mnie zwolnić. Wytłumaczyłem im moją sytuację. Powiedziałem że nie dam rady dojeżdżać, jeśli firma którą mi zaproponują nie jest w okolicy. Wytłumaczyłem im że MUSZĘ iść na bezrobocie żeby nie zdechnąć z głodu. Zgodzili się, kilka dni później w skrzynce leżał list z zwolnieniem. Pojechałem z tym do urzędu pracy i zameldowałem się na bezrobociu. Jednak jak prawo niemieckie mówi, moje zwolnienie wkracza w działanie dopiero po miesiącu czasu, więc przez cały kwiecień nie dostał bym od agencji ani grosza, gdyby mi nic nie znaleźli bo kto by zapłacił mi za siedzenie w domu? Spytałem urząd pracy oraz opiekę o jakieś racjonalne wyjście ale kurwa go mać nie dostanę od nich pomocy bo mam przecież umowę do 30 Kwietnia! Agencja znając już moją sytuację znalazła mi firmę na dwa, góra trzy tygodnie z powodu dużego zamówienia, w innej miejscowości ale całe szczęście akurat tam jechał autobus z samego rana, już o 4:47 (tam na miejscu jest dworzec kolejowy do Schtuttgartu). Moim jedynym zadaniem było wsiąść na rower i jechać osiem, prawie dziewięć kilometrów do miasta na przystanek bo z mojej wsi tutaj nie kursuje o tej godzinie nic. Popracowałem tam dwa tygodnie, zamówienie się skończyło i już mnie nie potrzebowali. Trochę mnie to męczyło bo nawet śniadania nie mogłem ze sobą brać, bo mnie nie było stać. Po tym znaleźli mi inne miejsce, lecz jak los chciał nie jeździ tam autobus a po drugie i tak nie miałem pieniędzy na bilet więc agencja zwątpiła całkowicie.
Maj - Piętnastego maja dostałem wypłatę za kwiecień, tak samo skąpa jak wypłata z marca. Tym razem jednak wydałem większość pieniędzy na czynsz oraz inne rachunki, na życie zostało mi niewiele. Na zakupach standardowo makaron i majonez, przyprawa, jakaś kiełbaska by wkroić to do makaronu. Po kilku dniach zostałem bez jedzenia i bez grosza. Poprosiłem rodziców o pomoc - jak oczekiwałem wkurwili się, bo chciałem by mi pożyczyli parę groszy. No ale pomogli, przysłali. To starczyło do 30 maja, spokojny w sumie, wiedząc że pierwszego dostanę pierwsze pieniądze z bezrobotnego nie martwiłem się za bardzo. Ale kurwa nie był bym Tomkiem gdyby wszystko poszło gładko. Urząd pracy przejebał moje papiery, a potem parszywie jeszcze twierdził że to moja wina, bo im papierów nie oddałem. Pamiętam, to było w piątek, 31 maja jak do nich dzwoniłem i dopytywałem o pieniądze, bo na koncie wiało pustką. W poniedziałek zadzwonili i powiedzieli że znaleźli papiery i że pieniądze już są w drodze ale dojdą dopiero w środę lub czwartek, więc od piątku do czwartku nie jadłem kompletnie nic. Mało nie jebłem ze słabości. Nikomu takiego czegoś nie życzę.
Czerwiec - Gdy kasa przyszła, zapłaciłem za czynsz oraz inne rachunki, zostawiając sobie kilka groszy na makaron. Przez cały miesiąc nie jadłem nic innego, jedynie tylko paczuszkę takich niemieckich pierogów, bochenek chleba oraz mały pasztecik, bo przeliczyłem się na zakupach i zostało mi dwa euro i kilka centów reszty. Jednak na te luksusy pozwolić sobie mogłem przez mojego ojca, który (o dziwo) sam zadzwonił do mnie i dopytując mojej sytuacji zaproponował pomoc. Pod koniec czerwca oddałem papiery od opieki społecznej, których w maju oddać nie mogłem - brakowało bowiem potwierdzenia od urzędu pracy, które dostałem dopiero na początku maja a wszystko przez ten jebany urząd pracy. Papiery te zostały przeze mnie wywalczone, ponieważ już od początku mówiono mi że nie mam prawa do opieki, z powodu prawa na bezrobotne. Ale wryłem im w te czerepy że mi te bezrobotne nie starczają na życie, że mam za mało i nie mam co jeść. Tutaj w DE jest pewne minimum egzystencji: Człowiek potrzebujący pomoc jest wtedy, gdy dostaje mniej pieniędzy niż to minimum a ja leże daleko poniżej takowego. Oni jednak nie sprawdzając tego powiedzieli już z góry że nie dostanę. Po kilku wizytach jednak odpuścili sobie i zajęli się moją sprawą. Kilka dni temu przyszedł list z nowym obliczeniem mojego bezrobotnego - przy następnej, ostatniej już ich wypłacie chcą mi odliczyć ponad dwieście euro za stary rachunek z przed kilku lat, z czasów jeszcze przed terapią. Jeśli opieka społeczna mi jednak tej pomocy odmówi, to już całkowicie koniec ze mną. Jednak jestem dobrej myśli... ósmego sierpnia kończy się moje prawo na bezrobotne i rozpoczyna już oficjalnie prawo na pieniądze z opieki. Jednak strasznie się boję że coś pójdzie nie tak i pierwszego sierpnia znów nie będę miał pieniędzy na czynsz. Jutro pojadę do opieki, oddam im ten świstek i dopytam szczegółów, co i jak z kasą, kiedy pierwsza wypłata itd. Mam jeszcze miesiąc czasu.
Tak wyglądało moje pół roku. Same zamartwienia oraz walka o przeżycie. PRZEŻYCIE - to nie jest tylko gadka jakiegoś zakompleksionego debila, który chce zwrócić tym słowem na siebie uwagę. Nie mam pieniędzy i nikt mi ich nie da. Nie mogę sobie kupić jedzenia a makaronem się nie najem, co najwyżej zaspokoję głód. Patrząc na siebie w lustrze zbliżam się sylwetką do oświęcimiaka, chudnę i chudnę. Byłem w mieście, koło apteki stoi taka czerwona waga, zważyłem się. Z moich dawnych 92 kilogramów zrobiło się 68. Tłumacząc moją sytuację w urzędach chyba nikt w to nie wierzy że posuwam się na cieniutkiej linii między życiem a śmiercią, lub "bynajmniej" jakąś chorobą spowodowaną przez niedożywienie oraz brak witamin potrzebnych do zdrowego funkcjonowania. Myślą że mogę przecież poprosić o pomoc rodzinę, przyjaciół, dziewczynę czy chuj go wie kogo. Oni nie wiedzą o tym że istnieją ludzie, którzy nie mają takowych ani nic do jedzenia. Nie wierzą w takie coś, myślą że zawsze jest jakieś wyjście. Nie wytłumaczę im że nie mam tu nikogo bo oni takiego czegoś nie znają.
- Nie ma nic do jedzenia, to niech idzie i sobie kupi - nosz kurwa jego mać...
Jedzenie jedzeniem... a co z pielęgnacją? Mydło czy szampon, papier toaletowy, proszek do prania albo pasta do zębów, żyletki i płyn do golenia... jakiś dezodorant... normalnie jak śmierdzący menel, jedynie dach mam nad głową... a i tu też wiszę na włosku... normalnie wstyd. "Poznaj kogoś, wyjdź z domu poszukaj sobie baby" słyszę stąd czy zowąd. Mało kto zrozumie, że to nie jest dla mnie takie proste. Gdy wstydzisz się samego siebie oraz czujesz do siebie okropny wstręt, nie jesteś w stanie do takich czynności. Te wszystkie przeżycia siadają ci na psychice i zmieniają ciebie, oddalają od społeczeństwa, robią z Ciebie outsidera, zamykasz się wtedy w swoich czterech ścianach i nie chcesz mieć ze światem nic do czynienia. Porażka po porażce i mało kiedy stanie się coś, co Cię ucieszy, poprawi humor, podbuduje na duchu, zmotywuje. Wtedy wątpisz. A jak widzisz ludzi, starych znajomych na przykład z pracy, którzy umawiają się w weekend na grilla czy jakieś piwko, albo kogoś urodziny, zawsze myśląc że byłeś ich dobrym kumplem, ale ciebie jednak wykluczają bo jesteś jakiś "inny" nie rozumiejąc co musiałeś przechodzić w życiu dobija kompletnie i zamyka drzwi wyjściowe na drugi spust. Wierzysz wtedy w to, że oni tak samo myślą o tobie jak ty sam o sobie więc nie chcesz się im narażać i zakłócać sobą ich spokoju. To dotyczy tych właśnie znajomych z pracy, nowo poznanych ludzi, kobiety, rodziny... wszystkich tam na zewnątrz...
Podziękowania: wszystkim tym, którzy są. Dziękuję M. za to że mnie znosi, moje zapominalstwo, moje marudzenia (mimo iż przyrzekłem sobie że już nigdy nikomu marudzić nie będę [oprócz blogowi] bo jestem tego zdania, że tym ludzi od siebie odganiam ale cóż... wygadać się trzeba czasem, żeby nie wybuchnąć a zazwyczaj nie ma komu) i za jej porady. Specjalne podziękowania dla mojej kochanej S. która była zawsze, która jest i wiem, że zawsze będzie, mimo przeszkód które nas od siebie dzielą. Za to że się tak bardzo mną interesuje bo tym pokazuje mi, że nie jestem nikim, tylko kimś wyjątkowym, bynajmniej dla niej. Dziękuję też wszystkim tym, którzy czytają potajemnie tego bloga, nie zostawiając komentarzy po sobie, bo to pokazuje że jednak istnieją ludzie, którzy się mną interesują. Dzięki mojej kochanej kuzyneczce N, która mnie molestuje swymi zadaniami z niemca. Wiem że pamięta i też potajemnie czyta tego bloga. W sumie mogła by mnie olać bo obiecałem że przyjadę do niej na osiemnastkę, jednak nie udało mi się. Dziękuję też tym którzy byli przez jakiś czas, wzbogacając moją twarz w uśmiech oraz uczucie bycia kimś wyjątkowym. Tym którzy odeszli nie wytrzymując ze mną, cóż, czasami sam z sobą nie wytrzymuję więc nie dziwię im się. Dzięki za wspólnie spędzony czas.
Przede mną następne pół roku. Trzymać mi kciuki bym przeżył do sylwka, ale wiedzcie, będę się starał. Jak zawsze. Kiedyś będzie dobrze, wierzę w to. Jestem cierpliwy. Muszę być tylko twardy i obojętny na każdą przyszłą klęskę, a będzie ich jeszcze wiele. Ja zresztą już na wszystko zobojętniałem, biorę wszystko na klatę i pierdolę. Ale nie wolno mi się załamać.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)