Otóż mógł bym. Bo w sumie tak z dnia na dzień robi się coraz gorzej. Prąd za tamten miesiąc nie zapłacony i już się upominają. Gdy mi go wyłączą, katapultują mnie tym do epoki kamiennej. Wszystko tu jest na prąd, ciepła woda, ogrzewanie, kuchenka elektryczna. Telefon stacjonarny pewnie działać nie będzie no i gdzie komórki podładować. Gdy trzeci raz mieszkania nie opłacę, wylatuję stąd i ląduję na ulicy. No ale mam jeszcze dobre dwa tygodnie by to wszystko pozałatwiać.
Dziś powinny wpłynąć bezrobotne na konto, ponieważ oddałem papiery dokładnie miesiąc temu, trzydziestego kwietnia. W ten sam dzień załatwiłem papiery z opieki społecznej, by mi dopłacali coś, bo bezrobotne to jak bąk wysrał. Czekałem na potwierdzenie bezrobotnego, które powinno przyjść w ciągu dwóch tygodni po zdaniu papierów.
Nie przyszło.
Dodam, że potrzebne mi to potwierdzenie, bym załatwił sobie dopłatę do mieszkania no i do papierów o dopłatę z opieki. Myślałem że może zapomnieli wysłać, zgubiło się po drodze pocztą no chuj wie, myślałem że po prostu za dużo mają na głowie więc czekałem cierpliwie, myślałem że mają w komputerze zapisane że trzydziestego wyślą mi pieniądze na życie bo przecież muszę z czegoś żyć, bo mi się należy. Na koncie jednak nie pojawiło się nic.
Zdezorientowany oraz wściekły zadzwoniłem do nich, pytając o co chodzi, że to już miesiąc minął od kiedy oddałem papiery. Ta babka przy telefonie sprawdziła w komputerze i stwierdziła, że oni żadnych papierów nie mają i że ja im nic nie oddałem. No jak kurwa nie oddałem? Nawrzeszczałem się na nią i mówię że nie mam ani grosza w kieszeni, ani kromki chleba w szafce, po prostu nic i liczyłem z tym że dziś mogę pojechać na zakupy i przynajmniej parę rachunków zapłacić jak prąd i mieszkanie, już sraj na ten internet i telefon. Powiedziała, że ona mi wierzy, sprawdzi to i poszuka tych papierów po czym oddzwoni i powie ile potrwa ich opracowanie a w międzyczasie przyśle mi nowe podanie, które na nowo muszę wypełnić. Mówie jej że takie coś znów dwa, trzy tygodnie potrwa i pytałem co ja przez ten czas żarł będę, tynk ze ściany? Powiedziała bym poprosił rodzinę o pomoc... taaaa... przyjaciół... kurwa jakich? znajomych... no kogo? Powiedziała że muszę jakoś wytrzymać, ona się pospieszy i da znać.
Odłożyłem. Jestem teraz kompletnie bezradny. W portwelu sześć centów, w garnku ostatnie dwie chochle zupy pomidorowej, więcej nie mam nic. Też nie mam do kogo zgłosić się z pomocą bo przecież nikogo nie mam. W weekend zatem głodówka, zresztą głoduję już od dobrych dwóch tygodni przez co straciłem na wadze. Jestem kompletnie zdezorientowany i bezsilny, nie potrafię już się nawet zdenerwować...
W poniedziałek jadę do urzędu pracy narobić im wojny. Spieprzyli mi sprawę przez ich własne nieogarnięcie i bałagan ale cóż, z moim szczęściem to przecież nie jest dziwne. Wryje im w te zbite łby że nie mam kompletnie za co żyć, że to ich sprawka i mają mi w tej chwili pomóc i wypłacić jakąś zaliczkę. W sumie nie chcę tego bo pod koniec zabraknie mi na rachunki ale przecież coś jeść muszę. Mam jeszcze możliwość pójścia do księdza z ośrodka w którym byłem ale tam przecież też im coś wiszę więc wstyd znów o pomoc prosić... mogę też pójść do diakoni i powiedzieć im co się dzieje, może dadzą mi trochę jedzenia, albo pójdę do kościoła no nie wiem... inaczej zostaje mi pójść kraść albo wygłodzę się i lądując w szpitalu pokażę im że to wcale nie prawda co wszyscy tak mówią, że niemcy nie dadzą tutaj nikomu głodować? Może wtedy ruszą te swoje płaskodupia z tych stołków przy biurku i zrobią coś wkońcu, by mi pomóc? Albo naprawdę popełnię jakieś przestępstwo i pójdę siedzieć bo po pierwsze mogę mieć swoją celę tylko dla siebie, trzy posiłki w dzień i święty spokój na jakiś czas, zatęsknić to i tak mało kto by za mną zatęsknił.
Nie wiem. Po prostu nic już nie wiem. Jedynie to, że nie mam już na nic sił i że mam wszystkiego serdecznie dość.
piątek, 31 maja 2013
piątek, 3 maja 2013
Android i Kindle
Pamiętam, jak za gówniarza odkryłem pasję czytania książek. Odkryłem ją, gdy w wieku jakichś ośmiu, dziewięciu lat wręczono mi na urodziny ozdobioną w piękną, gładką, lśniącą okładkę książkę, z obrazkiem rycerza i smoka, a błyszczącymi czerwonym blaskiem literami pisało na niej "Smok i Jerzy". To była moja pierwsza książka, nie licząc tych podręczników ze szkoły, które ani troche mej ciekawości nie wzbudzały :)
Czytałem ją nocami przy blasku kolorowych lampek z powieszonego za mną na ściance z szafy obrazu Maryji, a jak bracia przez te światełka usnąć nie mogli (było nas trzech w jednym pokoju) to pod kołdrą przy świetle latarki. Czytałem ją w szkole na przerwach, w każdym wolnym czasie, siedząc na kiblu, przy jedzeniu w kuchni, nawet na podwórku siedząc na drzewie, no zawsze w sumie. Gdy ją przeczytałem, dorwałem innej, ciekawej książki (najczęściej Fantasy, Science Fiction, historyczne o wojnie albo Horrory) nie mogąc się naczytać. Zawsze wyobrażałem sobie, że jestem w tej książce jako jedna z tych postaci, wczuwałem się w opisany w niej świat, przeżywałem emocjonalnie to, co przeżywali jej bohaterowie i tak uciekałem od szarej rzeczywistości.
Nie pamiętam kiedy moja pasja do czytania się skończyła, pamiętam jednak jak. Otórz w owym czasie, gdy miałem jakieś jedenaście, dwanaście lat, kumple zaczęli się chwalić swoimi nowymi wtedy konsolami pod telewizor firmy Atari albo komputerami Commodore C 64 czy Amiga 500. Przesiadując u nich oraz pociskając Joystickiem w Pong, Pacman, Commandos, Bomberman czy Space Invaders zapomniałem całkowicie o mojej pełnej półce przeczytanych oraz nieprzeczytanych książek. W owych czasach powstały też hale komputerowe, w których można było za sto starych złotych pograć godzinkę na komputerze (kolejki były wtedy jak za kawą u spożywczego za komuny) albo wrzucając żeton do automatu rozpieprzyć przeciwnika w Mortal Kombat. A co z moimi książkami? Niektóre poszły do śmietnika, inne zaś jako prezent komuś na jakąś uroczystość. Tak też zaczęła się moja kariera Game´era (No w sumie już tu w szwabach, w wieku czternastu lat, gdy dostaliśmy naszego pierwszego Game Boya i gierke Nintendo pod telewizor)
To nie znaczy teraz, że nigdy więcej nic nie przeczytałem. Czytałem tylko jak musiałem, w więzieniu z nudów czy na terapii, albo jak mnie moja była zmusiła do przeczytania Twilight bo nie pozwoliła mi obejżeć filmu przed przeczytaniem książki. To nie znaczy też, że o swej dawnej pasji zapomniałem. Zawsze gdy zobaczę gdzieś pełną półkę różnych książek, przechodzą mi takie dziwne ciary po plecach i robi mi się jakoś ciepło. U nas w edece stoi wielka skrzynia z książkami, które można sobie wziąć za darmo do domu, jednak gdy tam zaglądam (a zaglądnę zawsze) nie znajduję nic ciekawego, mimo że tam właśnie ciekawe książki się znajdują. Gdy przyjaciółka przysłała mi PDFa z eBookiem to nie ruszyłem tego z wymówką, że przy kompie na siedząco to niewygodnie jednak zaglądałem do niego nie raz, ale tylko na chwilę. Na Ebay zaglądam za starymi książkami, im starsze tym lepsze. Mimo że nie mam kasy to i tak patrzę na amazonie po ile chodzą nowe i używane eReadery takie jak Kindle. Nawet wczoraj w nocy biegałem sobie po google Play Store szukając jakichś ciekawych eBooków, programów które ich formaty odczytają, znajdując tam darmowego Kindle dla Androida ale wyłączyłem po chwili telefon i poszedłem spać. Zawsze coś mnie ciągło do czytania, zawsze ktoś namawiał lecz bez skutku, brakowało mi motywacji, chęci czy coś, nie wiem. Jednak pewna osoba dała dzisiaj radę oddać mi to, co zagubiłem kilkanaście lat temu i może to dziwne, ale teraz czuję się jakiś bardziej kompletny.
Rozmawiając z nią o podróżach gdziem to ja nie był i com ja nie przeżył, palnęła jak by to nie w temacie, czy chcę eBooka o jakimś skrzywdzonym facecie. Rozdziewiając oczy ze zdziwienia pod sam sufit powiedziałem, że wczoraj właśnie patrzyłem za eBookami, eReader´ami, Google Books który standardowo na androidzie jest oraz książkach w google sklepiku itp. więc powiedziałem by mi tą książkę podesłała. Była ona w formacie PDF czyli nie za bardzo zdatna dla Androida w telefonie, nawet ściągnąć jej nie mogłem. Gdy ta osóbka mi podpowiedziała że nie ściągnę, nie mając programu który ją odczyta zainstalowałem Kindle i siup... książkę można było zdjąć. Była ona jednak w tym formacie nie za bardzo czytelna dla Kindle, literki za małe, a gdy powiększyłem to po przewróceniu na drugą stronę znów musiałem literki powiększać a to denerwowało. Już chciałem do tej osóbki napisać i spytać czy zna jakieś rozwiązanie na ten problem ale wolałem jej nie drażnić (chyba ma okres a okres u kobiety to woo bosz O.o...^^ Rakieta nuklearna to pikuś w porównaniu, tzn z moich własnych relacji z różnymi istotami płci żeńskiej tak wnioskuję) bo dziewczyna akurat grała. Czemu tak myślę? Bo wcześniej poprosiła, bym zarejestrował się na stronce "Lubimyczytac.pl" a gdy poprosiłem ją o link, lekko powarkując kazała zapytać dziadka google, czego ja raczej i niestety dość bardzo w sumie chyba z leksza tak troche nie trawię, więc ona warknęła, ja warknąłem ale jest git i poradziłem sobie :) Znalazłem bowiem program, który PDFki potrafi przekonwertować w różnego rodzaju pliki, w tym pliki zdatne do odczytania w Kindle (nie tylko na androidzie).
Potrzebowałem jakichś zmian, to znaczy jak to wygląda? Wstaję w połódnie albo i po, pierwsze co robię, włączam czołgi. Gram i gram i gram i gram, robi się ciemno i późno a ja gram. I gram i gram, a tu nagle robi się jasno i ptaki drą pyski na drzewach za oknem, a ja gram, jeszcze kilka rundek. Przed szóstą wtedy kładę się spać, by o piętnastej wstać i włączyć grę, tak na okrągło i bez przerwy, Gra już mi powoli bokiem wychodzi, potrzeba mi małej odmiany, jakiegoś innego zajęcia. Znalazłem, z czyjąś pomocą, tak przypadkowo i bez żadnych jej zamiarów. Trafiła na dobry dzień, dzięki Mononoke :*
Słów kilka o klątwie:
Jak już w poprzedniej notce napisałem, nie wzięli mnie w tamtej firmie na trzeci tydzień. Byłem w sumie w owy poniedziałek w agencji, pomarudzili mi o tej firmie o rzeczach, które sam dobrze wiem, po czym zaproponowali pracę w innej miejscowości, jako magazynier. Powiedziałem że pojadę do domu i oddzwonie do nich po sprawdzeniu połączeń autobusów. Takich jednak nie było na godzinę szóstą, więc powiedziałem im to. Dzień później zadzwonili, że pogadali z szefem w tej firmie o mojej sprawie, podreklamowali mnie trochę, powiedzieli że nie mam prawka i muszę jeździć komunikacją miejską. Szef powiedział że spoko, da mi jeden dzień próbny a jak będzie zadowolony to załatwi mi takie czasy, na które dam radę przyjechać (po moim sprawdzeniu rozkładu jazdy wyrobił bym się na ósmą) Ucieszyłem się, sprawdziłem konto w banku czy mam na autobus, no miałem więc przyszykowałem rzeczy do roboty i poszedłem wcześniej spać, na dziesiątą miałem być w firmie. Gdy rano się obudziłem, sprawdziłem jeszcze raz konto, sru i kasy nie ma. Zabrali mi rachunek który normalnie powinni zabrać dwa dni później, nigdy nie ściągali mi go tak wcześnie. Za dwa dni miała przyjść zaliczka więc konto było by pokryte ale cóż, klątwa. Gdy powiadomiłem o tym agencję, zdenerwowali się i już całkowicie zrezygnowali.
Teraz jestem już oficjalnie na bezrobociu. Papiery zdane i czekam na odpowiedź. Bezrobotnego będzie trochę mało ale jakoś trzeba sobie radzić, dostanę dodatek do mieszkania ale bardzo mało (papiery mogę zdać dopiero po odpowiedzi z urzędu pracy a to trochę potrwa, dodatek do mieszkania też potrwa no i weź tu się nie zdenerwuj). Trzydziestego miałem termin w urzędzie pracy. Standardowo podawali mi adresy różnych firm do których mam zadzwonić lub napisać. W jednej już byłem, mam się u nich szesnastego przedstawić. Załatwiłem też papiery na dopłatę za ubiegły miesiąc, bo przecież za mieszkanie nie zapłaciłem i żyłem jak biedak. Właścicielka mieszkania tutaj była i narobiła mi sajgonu, silna przy swoim nowym facecie (który ją chyba i tak olał, tak to zawsze cicha i spokojna) i nie dała mi dojść do słowa. Grozi mi zatem utrata mieszkania, jeśli nie zacznę spłacać jej moich długów. Ojciec dzwonił pierwszego (chyba wypity) i mówił jak bardzo go gryzie sumienie że tu jestem sam i sobie nie radzę a on mi w niczym nie pomógł. Kazał mi napisać wypowiedzenie, spakować się i przyjechać do niego bo tam pokoik wolny mają i robotę mi też załatwi. Brak kasy i końcówki żywności zmusiły mnie to zapytania żydówki, czy mi pożyczy parę groszy, wysłała ponoć w środę ale koperty do dziś nie ma. Gdy ją spytałem, powiedziała że wysłała i pewnie przyjdzie jutro. Ja jej jednak nie wierzę bo ona strasznie niesłowna jest, woli sobie zrobić paznokcie i tatuaż, aniżeli pomóc komuś, kto jej raz pomógł (nie wspomnę nawet o tym, że mi do dziś kasy nie oddała). Może ojciec coś pożyczy?...
Ciekawe co na to wszystko moja klątwa?
Czytałem ją nocami przy blasku kolorowych lampek z powieszonego za mną na ściance z szafy obrazu Maryji, a jak bracia przez te światełka usnąć nie mogli (było nas trzech w jednym pokoju) to pod kołdrą przy świetle latarki. Czytałem ją w szkole na przerwach, w każdym wolnym czasie, siedząc na kiblu, przy jedzeniu w kuchni, nawet na podwórku siedząc na drzewie, no zawsze w sumie. Gdy ją przeczytałem, dorwałem innej, ciekawej książki (najczęściej Fantasy, Science Fiction, historyczne o wojnie albo Horrory) nie mogąc się naczytać. Zawsze wyobrażałem sobie, że jestem w tej książce jako jedna z tych postaci, wczuwałem się w opisany w niej świat, przeżywałem emocjonalnie to, co przeżywali jej bohaterowie i tak uciekałem od szarej rzeczywistości.
Nie pamiętam kiedy moja pasja do czytania się skończyła, pamiętam jednak jak. Otórz w owym czasie, gdy miałem jakieś jedenaście, dwanaście lat, kumple zaczęli się chwalić swoimi nowymi wtedy konsolami pod telewizor firmy Atari albo komputerami Commodore C 64 czy Amiga 500. Przesiadując u nich oraz pociskając Joystickiem w Pong, Pacman, Commandos, Bomberman czy Space Invaders zapomniałem całkowicie o mojej pełnej półce przeczytanych oraz nieprzeczytanych książek. W owych czasach powstały też hale komputerowe, w których można było za sto starych złotych pograć godzinkę na komputerze (kolejki były wtedy jak za kawą u spożywczego za komuny) albo wrzucając żeton do automatu rozpieprzyć przeciwnika w Mortal Kombat. A co z moimi książkami? Niektóre poszły do śmietnika, inne zaś jako prezent komuś na jakąś uroczystość. Tak też zaczęła się moja kariera Game´era (No w sumie już tu w szwabach, w wieku czternastu lat, gdy dostaliśmy naszego pierwszego Game Boya i gierke Nintendo pod telewizor)
To nie znaczy teraz, że nigdy więcej nic nie przeczytałem. Czytałem tylko jak musiałem, w więzieniu z nudów czy na terapii, albo jak mnie moja była zmusiła do przeczytania Twilight bo nie pozwoliła mi obejżeć filmu przed przeczytaniem książki. To nie znaczy też, że o swej dawnej pasji zapomniałem. Zawsze gdy zobaczę gdzieś pełną półkę różnych książek, przechodzą mi takie dziwne ciary po plecach i robi mi się jakoś ciepło. U nas w edece stoi wielka skrzynia z książkami, które można sobie wziąć za darmo do domu, jednak gdy tam zaglądam (a zaglądnę zawsze) nie znajduję nic ciekawego, mimo że tam właśnie ciekawe książki się znajdują. Gdy przyjaciółka przysłała mi PDFa z eBookiem to nie ruszyłem tego z wymówką, że przy kompie na siedząco to niewygodnie jednak zaglądałem do niego nie raz, ale tylko na chwilę. Na Ebay zaglądam za starymi książkami, im starsze tym lepsze. Mimo że nie mam kasy to i tak patrzę na amazonie po ile chodzą nowe i używane eReadery takie jak Kindle. Nawet wczoraj w nocy biegałem sobie po google Play Store szukając jakichś ciekawych eBooków, programów które ich formaty odczytają, znajdując tam darmowego Kindle dla Androida ale wyłączyłem po chwili telefon i poszedłem spać. Zawsze coś mnie ciągło do czytania, zawsze ktoś namawiał lecz bez skutku, brakowało mi motywacji, chęci czy coś, nie wiem. Jednak pewna osoba dała dzisiaj radę oddać mi to, co zagubiłem kilkanaście lat temu i może to dziwne, ale teraz czuję się jakiś bardziej kompletny.
Rozmawiając z nią o podróżach gdziem to ja nie był i com ja nie przeżył, palnęła jak by to nie w temacie, czy chcę eBooka o jakimś skrzywdzonym facecie. Rozdziewiając oczy ze zdziwienia pod sam sufit powiedziałem, że wczoraj właśnie patrzyłem za eBookami, eReader´ami, Google Books który standardowo na androidzie jest oraz książkach w google sklepiku itp. więc powiedziałem by mi tą książkę podesłała. Była ona w formacie PDF czyli nie za bardzo zdatna dla Androida w telefonie, nawet ściągnąć jej nie mogłem. Gdy ta osóbka mi podpowiedziała że nie ściągnę, nie mając programu który ją odczyta zainstalowałem Kindle i siup... książkę można było zdjąć. Była ona jednak w tym formacie nie za bardzo czytelna dla Kindle, literki za małe, a gdy powiększyłem to po przewróceniu na drugą stronę znów musiałem literki powiększać a to denerwowało. Już chciałem do tej osóbki napisać i spytać czy zna jakieś rozwiązanie na ten problem ale wolałem jej nie drażnić (chyba ma okres a okres u kobiety to woo bosz O.o...^^ Rakieta nuklearna to pikuś w porównaniu, tzn z moich własnych relacji z różnymi istotami płci żeńskiej tak wnioskuję) bo dziewczyna akurat grała. Czemu tak myślę? Bo wcześniej poprosiła, bym zarejestrował się na stronce "Lubimyczytac.pl" a gdy poprosiłem ją o link, lekko powarkując kazała zapytać dziadka google, czego ja raczej i niestety dość bardzo w sumie chyba z leksza tak troche nie trawię, więc ona warknęła, ja warknąłem ale jest git i poradziłem sobie :) Znalazłem bowiem program, który PDFki potrafi przekonwertować w różnego rodzaju pliki, w tym pliki zdatne do odczytania w Kindle (nie tylko na androidzie).
Potrzebowałem jakichś zmian, to znaczy jak to wygląda? Wstaję w połódnie albo i po, pierwsze co robię, włączam czołgi. Gram i gram i gram i gram, robi się ciemno i późno a ja gram. I gram i gram, a tu nagle robi się jasno i ptaki drą pyski na drzewach za oknem, a ja gram, jeszcze kilka rundek. Przed szóstą wtedy kładę się spać, by o piętnastej wstać i włączyć grę, tak na okrągło i bez przerwy, Gra już mi powoli bokiem wychodzi, potrzeba mi małej odmiany, jakiegoś innego zajęcia. Znalazłem, z czyjąś pomocą, tak przypadkowo i bez żadnych jej zamiarów. Trafiła na dobry dzień, dzięki Mononoke :*
Słów kilka o klątwie:
Jak już w poprzedniej notce napisałem, nie wzięli mnie w tamtej firmie na trzeci tydzień. Byłem w sumie w owy poniedziałek w agencji, pomarudzili mi o tej firmie o rzeczach, które sam dobrze wiem, po czym zaproponowali pracę w innej miejscowości, jako magazynier. Powiedziałem że pojadę do domu i oddzwonie do nich po sprawdzeniu połączeń autobusów. Takich jednak nie było na godzinę szóstą, więc powiedziałem im to. Dzień później zadzwonili, że pogadali z szefem w tej firmie o mojej sprawie, podreklamowali mnie trochę, powiedzieli że nie mam prawka i muszę jeździć komunikacją miejską. Szef powiedział że spoko, da mi jeden dzień próbny a jak będzie zadowolony to załatwi mi takie czasy, na które dam radę przyjechać (po moim sprawdzeniu rozkładu jazdy wyrobił bym się na ósmą) Ucieszyłem się, sprawdziłem konto w banku czy mam na autobus, no miałem więc przyszykowałem rzeczy do roboty i poszedłem wcześniej spać, na dziesiątą miałem być w firmie. Gdy rano się obudziłem, sprawdziłem jeszcze raz konto, sru i kasy nie ma. Zabrali mi rachunek który normalnie powinni zabrać dwa dni później, nigdy nie ściągali mi go tak wcześnie. Za dwa dni miała przyjść zaliczka więc konto było by pokryte ale cóż, klątwa. Gdy powiadomiłem o tym agencję, zdenerwowali się i już całkowicie zrezygnowali.
Teraz jestem już oficjalnie na bezrobociu. Papiery zdane i czekam na odpowiedź. Bezrobotnego będzie trochę mało ale jakoś trzeba sobie radzić, dostanę dodatek do mieszkania ale bardzo mało (papiery mogę zdać dopiero po odpowiedzi z urzędu pracy a to trochę potrwa, dodatek do mieszkania też potrwa no i weź tu się nie zdenerwuj). Trzydziestego miałem termin w urzędzie pracy. Standardowo podawali mi adresy różnych firm do których mam zadzwonić lub napisać. W jednej już byłem, mam się u nich szesnastego przedstawić. Załatwiłem też papiery na dopłatę za ubiegły miesiąc, bo przecież za mieszkanie nie zapłaciłem i żyłem jak biedak. Właścicielka mieszkania tutaj była i narobiła mi sajgonu, silna przy swoim nowym facecie (który ją chyba i tak olał, tak to zawsze cicha i spokojna) i nie dała mi dojść do słowa. Grozi mi zatem utrata mieszkania, jeśli nie zacznę spłacać jej moich długów. Ojciec dzwonił pierwszego (chyba wypity) i mówił jak bardzo go gryzie sumienie że tu jestem sam i sobie nie radzę a on mi w niczym nie pomógł. Kazał mi napisać wypowiedzenie, spakować się i przyjechać do niego bo tam pokoik wolny mają i robotę mi też załatwi. Brak kasy i końcówki żywności zmusiły mnie to zapytania żydówki, czy mi pożyczy parę groszy, wysłała ponoć w środę ale koperty do dziś nie ma. Gdy ją spytałem, powiedziała że wysłała i pewnie przyjdzie jutro. Ja jej jednak nie wierzę bo ona strasznie niesłowna jest, woli sobie zrobić paznokcie i tatuaż, aniżeli pomóc komuś, kto jej raz pomógł (nie wspomnę nawet o tym, że mi do dziś kasy nie oddała). Może ojciec coś pożyczy?...
Ciekawe co na to wszystko moja klątwa?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)