czwartek, 30 sierpnia 2012

Monotonia żarłoka ciastowego

Przez kilka dni zastanawiałem się, o czym by tu napisać notkę. Długo myślałem i nie wpadło mi nic do głowy. W mojej pierwszej notce wspomniałem o pewnej istotce, która zachęciła mnie do stworzenia własnego bloga ale ja zawsze się bałem tego, że nie będę miał co naskrobać... życie moje bowiem jest strasznie nudne, nie robię w sumie nic, oprócz spania, pracowania albo siedzenia w internecie lub przed telewizorem. Czasami wyjdę na zakupy i odwiedzę moją kawiarenkę, w której zamówię kawe oraz kawałek ciasta i obserwuję ludzi gnających z lewej w prawą, czy z prawej w lewą, skądś dokądś pędząc, zastanawiając się co to za ludzie, kim oni są, dokąd tak pędzą i jak im się w życiu wiedzie. A jak jestem w domu to pogadam sobie z kilkoma osobami przez gadulca lub na fejsie, z trzema, czterema osobami? Lecz oni nie zawsze są wtedy, gdy mi się chce by byli więc nudzę się niezmiernie. Gdy pomarudzę im o tym, mówią mi bym wyszedł z domu, poszedł do jakiegoś kumpla ale ja tutaj kumpla nie mam. W sumie nikogo tutaj nie znam, jestem całkiem sam. Tych kilkoro znajomych z neta mówią mi wtedy bym wyszedł z domu i poznał ludzi, lecz niestety strach oraz nienawiść do obcych, spowodowany traumatycznymi przeżyciami z przeszłości siedzi bardzo głęboko we mnie i utrudnia tak udział w życiu społecznym. Moim zdaniem najbespieczniej dla mnie jest poznawać ludzi przez internet, bowiem mam pewien dar, który pomaga mi podpowiadaniem komu mogę zaufać, z kim mogę bespiecznie rozwinąć przyjaźń, czy warto poznać wady oraz zalety tej osoby i jeśli poczuję pewne ciepło, pewne "coś", którym promieniuje ta osoba, nawet zgodzić na spotkanie w realu by dowiedzieć się czy jest ona tą, za którą się podaje. Jeśli jestem pewien że warto, to przejadę nawet setki kilometrów by spotkać się z tą znajomością a jeśli mój dar dobrze podpowiadał, szczęśliwy jestem twierdząc, że zyskałem przyjaciela... jednak całkiem niedawno pomyliłem się co do kogoś, ale o tym nie dziś...

Do wczoraj miało być tylko tyle naskrobane. Ale praca jak praca (temat który pewnie najczęściej poruszany na tym blogu będzie) czasami kryje w sobie małe niespodziewanki, o których warto napisać :) W sumie nie codziennie się coś ciekawego dzieje ale może tak raz w tygodniu? Dziś był taki dzień. A raczej noc, bo ja nockowicz z natury i pasji :) Przyjechali my z kumplem - szoferem własnym, co nawet mi drzwi otwiera jak komuś sławnemu bo klamka od wnętrza mu nie działa, do pracy. Szkoda że nie ma takiej czapki na głowie i nie mówi do mnie "sir" ale BTW. Wchodząc do środka dostrzegł ja na stole dwie ogromne tace z górą ciast. Na jednej tacy były to takie rożki posypane cukrem pudrem, a w środku masa z bitej śmietany, sporo ich było nawet a na drugiej tacy ciasto z masą orzechową w środku a na powierzchni różnego rodzaju orzeszki lepiące się w miodzie. To chyba ciasto orzechowe było :p Ślinka mi pociekła jak skurczysyn ale nikt nie zaproponował więc się nie poczęstowałem, nie wiedziałem czyje i z jakiej okazji, więc nie ruszyłem a kusiło mnie! Nie mogłem napić się kawy, od razu trzeba było do maszyny, tam stał szef i zjeby na dzieńdobry ale nie ważne o co tam poszło, takie tam, ktoś zrobił przy mojej maszynie coś źle i nikt się przyznać nie chce, więc pytał i mnie, ale zaprzeczając że to ja dyskusja była na całego, tłumaczenia itd. Gdy sobie poszedł wkońcu, wziąłem się za robotę, jednym okiem zerkając w to co robię a drugim w górę ciasta, które to z godzinki na godzinkę ubywało... kusiło, oj kusiło ciacho... :p Wymyśliłem pomysła. Zostawiając maszynę razy trzy chyba przed przerwą, tłumacząc kierownikowi że muszę siku przechodził ja obok ciasta i... cmyknął rożka, czy sztukę orzechowego tak, by nikt nie widział :p wpychając ogromne kawały do ust znikał ja za drzwiami toalety. Mmmm jakie ono dobre... Gdy wybiła godzina pierwsza w nocy, czyli czas na przerwę, zapytał ja kierownika co to za ciasto i kto ma urodziny. Ten powiedział że nikt, wytłumaczył że to ciasto pożegnalne dla nas, od kolegi z pracy, który odchodzi bo znalazł robotę gdzie indziej. Przez to przypływa mi więcej procent szans, że zostane przyjęty na stałe ale to tak na marginesie :p Więc na moje "Ahaaaa" poczęstował ja się oficjalnie, nie ukrywając się :) Zjadł ja kilka rożków i trzy kawałki orzechowego. O wpół do drugiej przerwa minęła, powróciwszy do maszyny nie mogłem przestać przyglądać się obu tacom. I znów zachciało mi się pseudosiku, i znów przeszedł ja obok tacy wpychając sobie sporawy kawałek do ust. Wtem wyskakuje kierownik zza komputera i pyta:
Kierownik: "Ty znowu siku?"
Ja, z pełną buzią: "Mhhmm"
Kierownik: "Co Ty znowu żresz?
Ja: "Bołoł, bołom łoł łu"
Kierownik: "Znowu ciasto? Nie masz już dość żarłoku?"
Ja: (klepie się po brzuchu i przytakuję) "Mhhmm..."
Kierownik: "Człowieku, tace prawie puste a to dla wszystkich miało być, na trzy zmiany!"
Ja: (Zakrztusiłem się, kaszlę, łapię butelkę swego napoju i popijam) "Ta? Eeee... Ale ja myślałem, że to tylko dla naszej zmiany"
Kierownik, śmieje się: "Hahah, nie, to dla wszystkich miało być, po jednym rogaliku i po jednym kawałku ciasta dla każdego a Ty prawie wszystko zeżarłeś!"
Ja, z głupią miną rozkładam ręce: "No nie wiedziałem... chodź, pokroimy resztę na małe kawałeczki, nie skapną się"
Kierownik, śmieje się głośniej "wspomnę to w protokole, agencja z pęsji Ci potrąci a cała reszta znienawidzi"

Ej, no co? Co ja poradze na brak komunikacji między pracownikami w tej firmie??? Nikt mi nie powiedział że to dla wszystkich! ...no dobra, nie spytałem :p Ale kara i tak mnie nie ominęła. Maszyna opryskała mnie całego tym materiałem, którym produkuję, cały uwalony byłem od kolan aż po twarz. Wytrzeć nie da rady bo to w stanie płynnym, po wydobyciu się na zewnątrz schnie i twardnieje w ciągu kilku sekund więc w wannie drapanko aż do czerwoności skóry :p Tak to bywa jak koncentruje się na tacy pełnej ciasta a nie na tym, co się robi :)

czwartek, 23 sierpnia 2012

Zapominalski

Szlag mnie kiedyś trafi przez moją krótką pamięć. Co mi do diabła dolega? Niedość że wkurzam tym garsteczkę osób, które znam, powtarzając coś co powiedziałem już dzień wcześniej (i powtórzę to jeszcze nie raz, mimo kilkukrotnego zwrócenia uwagi) to objecując sobie coś w stylu "okay, muszę zapamiętać, by zrobić za chwilę to czy siamto" i tak zapominam o tym... czy to jakaś choroba? Brak witamin? Tak jak wczoraj: fajrant, czyszcze maszyne a w głowie "dobra dokończę formy to wyczyszcze kranik". Cóż, formy wyczyszczone, posprzątane, części wyprodukowane podliczone, wpisane do komputera, wszystko zrobione więc można iść do domu.

Taa, wszystko... a kranik? To już drugi raz pod żąd.Wczoraj "NIE MOGE ZAPOMNIEĆ!" A dzisiaj "Cholera, zapomniałem wczoraj to dziś kranik wyczyszcze" ...i gówno... w połowie drogi przypomina mi się co zapomniałem. Taki kranik to niby błachostka, skrobniesz dwa razy nożykiem, wsio... ale szwaby to taki popierd... naród, raz, dwa razy zapomnisz i już masz wroga i przesrane i to tak, jak bym gościowi który po mnie przy tej maszynie pracuje rodzine wymordował. Już mnie facet bada wzrokiem jak bym mu matke zabił i ani dzieńdobry, ani pocałuj mnie w rzyć, gdy do mnie podejdzie. Mi się w sumie przez to nie obrywa ale mój kierownik... niedość że tyle ma na głowie jeśli chodzi o pracę, to jeszcze taki frajer mu sajgon z powodu czegoś zrobi, czemu on sam jest niewinny.

To jest właśnie szwabski temperament. Miał bym kilka przykładów na głupote oraz bezmózgowstwo tych palantów, wyliczył bym dlaczego tak ich znienawidziłem ale nie chcę się denerwować tak na fajrant. Napiszę sobie dziś wieczorem, co mam jutro na koniec pracy zrobić a jak frajer podejdzie i znów zacznie marudzić, powiem mu po polsku by spierd... no, żeby sobie poszedł.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

O dniu, który zmienił wszystko

Dzwonek. Dość długi, trwał on jakieś dwadzieścia sekund, był głośny i zawsze cieszył po czterdziestu pięciu minutach siedzenia w ławce oraz wysłuchiwaniu marudzenia nauczycielek, denerwował gdy zabrzęczał po dziesięciu minutach przerwy wołając na kolejną, długą oraz nudną lekcję. Tym razem jednak zdawałem sobie sprawę, że słyszę go poraz ostatni w moim życiu. Wybiegliśmy z klasy jak co przerwę, jednak tym razem ze świadomością, że już nigdy więcej do niej nie powrócimy. Ale czy ktoś z nas był wtedy smutny? A gdzie tam! Wakacje! Osiem lat jednej i tej samej szkoły, tych samych ryjów znienawidzonych, czy też lubianych nauczycieli, przyjaciół czy też wrogów, tego samego miejsca, szkoły której większość z nas nienawidziła. Świerze świadectwo w dłoniach, jeszcze tylko zdjęcie klasowe, na schodach przed wejściem do naszej "budy". Ustawiliśmy się, koleżanki trzymały w dłoniach kartoniki z napisem "VIII A". Cyk, fotka zrobiona, kto zapłacił wcześniej, otrzyma fotografię drogą pocztową do domu. No właśnie, do domu, do którego wybierał się wtedy każdy z nas, po raz ostatni tą drogą, którą w wieku lat siedmiu poraz pierwszy mama zaprowadziła za rączkę i kazała ją zapamiętać, bo będziemy ją przemierzać sami przez następne osiem lat...  Kilka rozmów jeszcze z przyjaciółmi, wymiana numerów telefonu albo adresu, jak ktoś telefonu nie miał i plany pozostania w kontakcie. Wychodząc przez bramę obróciwszy się za siebie, wystawiając środkowy palec w stronę tak znienawidzonej szkoły, ze słowami FUCK YOU!!! w ustach nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo kochałem to miejsce oraz fakt, że nigdy nie przestanę za nim tęsknić...


Siedząc na podwórku na naszej ławce, z tornistrem na plecach wpatrywałem się swemu świadectwu. Był to piątek, 24 czerwca 94 roku. Piękny dzień, cieplutko, wiadomo było już że te wakacje będą gorące. Niemal przy każdym przedmiocie stała ocena "dostateczny" z kilkoma wyjątkami. Biologia - przypomniał mi się brech klasy, gdy nauczycielka zapytała co jest -NIE-zbędne do życia człowieka?  Źle zrozumiwszy pytanie zgłosiłem się "Tu! Tu! Ja!" krzyczałem by nauczycielka mnie zauważyła a gdy na mnie wskazała, odpowiedziałem poważnie "Alkohol i nikotyna". Albo Religia - ocena "Bardzo dobry". Śmiech klasy, gdy wracając z ubikacji, przechodząc za księdzem uniosłem swoje dłonie nad jego głowę udając że gram w gre komputerową, niby nic śmiesznego, ale nasz ksiądz z powodu jego mega brody dostał ksywkę JOYSTICK. Muzyka - Ocena "Dobry". Śmiech klasy, gdy rozwaliłem koledze flet na głowie bo mnie wkurzał. Matematyka - "Dostateczny". Wyleciałem z klasy, bo gdy kumpel zabijając muchę moim zeszytem upaskudził mi jej flakami całą okładkę, na co ja mu ten zeszyt przytkwił do twarzy krzycząc "Zlizuj to chamie!" WU-EF... "bardzo dobry". Nauczycielka mnie chyba nie lubiała. Zawsze jak mnie wołała, drząc jape przedłużała dziwnie moje nazwisko, jak bym był jakimś ułomniakiem, brzmiało to mniejwięcek tak: (Nazwiska zmyślone)

- KOOOOWAAAALSKEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEeeeeeeeeeeeeeeeeee!!! (to "i" na końcu zmieniała zawsze na "e")
Przez jakiś czas nie zwracałem na to uwagi ale raz się wkurzyłem, więc odkrzykłem jej
- KACZMAAAARSKEEEEEEEEEEEEEEEEE TY PIZD........ no tu nie dokończę, ale mama dostała wtedy list od pani Kaczmarskiej a ja kare.

No cóż, wtopiony tak w świadectwie, zamyślony, zastanawiając się jaką szkołę wybrać po wakacjach, usiadł przy mnie Patryk. Kolega z podwórka, jakiś rok młodszy ode mnie, blondynek "smołojad" (kiedyś siedział z bratem pod trzepakiem i jak bogackiego żuł z nim smołę...) Pokazałem mu swoje świadectwo. Jakoś zaczęliśmy rozmawiać, temat spadł na naszych ojców. Jego jak i mój siedzieli wtedy w niemczech, zaczęliśmy się kłucić który z nich częściej przyjeżdża ze słodyczami oraz prezentami. Jakiś czas trwała nasza dyskusja (no albo kłutnia w stylu a Twój tata to, a Twój ojciec tamto itp.) o tym, źe jego ojciec wcale go nie kocha i że mój mnie bardziej niż jego ojciec swojego syna. I tak jak bym to wyczuł, jak przypadek chciał, na nasze podwórko zajechał szary mercedes na niemieckich blachach. Ja w szok, Patryk zdziwiony... wstałem, wyśmiałem Patryka i zostawiając go na ławce pobiegłem w stronę mercedesa, z którego wysiadł mój ojciec. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że nigdy więcej już Patryka nie zobacze...

Po przywitaniu się z ojcem oraz zbadaniu bagażnika, zaladowany reklamówkami słodyczy wbiegłem do domu. Czekała na nas mama. Dość szybko padł temat o już kilka lat wcześniej objecanym wzięciu nas do niemiec na wakacje. Jednak temat był troche inny. Mama już wtedy chora była na raka i źle wyglądała. Nie trwało to długo by się domyślić że chce nas wziąć już na zawsze. Ja jako czternastolatek, podjarany tym nie wiedziałem co to będzie dla mnie znaczyć. Niemcy, złote góry, inne państwo, pełna kieszeń niemieckich marek, barek pełny słodyczy, życie w dostatku... mama nie miała za dużo czasu na zastanawianie się, ojciec musiał w poniedziałek być już w pracy więc miała ledwie jedną noc do przemyśleń. Cóż, zgodziła się... dla naszego dobra, byśmy mieli lepsze życie niż w tej polskiej biedzie, zapewnioną przyszłość, przecież była śmiertelnie chora... a kto by się wtedy nami zaopiekował, gdyby umarła? Byliśmy przecież tak młodzi, kto by nas wszystkich przygarnął? Ojciec kazał nam się pakować, pamiętam wziąłem tylko ciuchy oraz parę drobiazgów, zostawiając niemal wszystko w swoim pokoju. Było nas czterech, więc nie mogłem wziąć za wiele, bagażnik tego mercedesa też nie za duży...

W sobotę wieczorem wyjechaliśmy, zostawiając mamę, która po załatwieniu spraw miała do nas dołączyć. Zostawiając mój pokój, pełen wspomnień oraz dzieciństwa, w którym mieszkałem czternaście lat, od samych narodzin, nie realizując tego, że już nigdy więcej tam nie wrócę. Zostawiając podwórko pełne wspomnień, wszystkich przyjaciół, z którymi nawet nie zdążyłem się pożegnać. Zostawiając swoją młodość, swoje życie oraz rodzinę, zostawiając tam siebie, swą duszę oraz serce, nie zdając sobie z tego sprawy że właśnie w tym dniu umarłem...

Niedziela. Dzwonek do drzwi. Mama otwarła, zapłakana, ledwo stojąc na nogach. Stał tam Gutek, najlepszy mój przyjaciel.
- Dz... dzieńdobry, jee...jest, km... Tomek?
- Nie... nie ma Tomka...
- Aa...aaaha, km, a kieee...kiedy wróci?
- Już nigdy więcej.........




sobota, 18 sierpnia 2012

Szczęście w nieszczęściu...

...i nie był bym tym kim jestem, gdyby nie przytrafiło mi się to DWA razy podczas jednej nocki. Kilka notek wcześniej napisałem coś o mojej zepsutej maszynie. Wyjaśniłem  ogólnie co było nie tak, czyli zatkane węże, przez co maszyna nie funkcjonowała przez kilka dni. Maszynę tą popsuł jeden młodzieniec który chciał sobie zarobić na feriach, ale on po prostu nie uważał, przez błachostkę i nieuwagę zniszczył węże oraz wywołane przez ich zatkanie kilka innych części, które zamówić trzeba było w jakimś innym państwie oraz zapłacić za nie sporą fortunę. Kierownik wyjaśnił jemu wcześniej jak trzeba maszynę obsługiwać by to się nie przytrafiło, tamten jednak nie uważał no i spieprzył. Na drugi dzień już chłopiec nie przyszedł...

Cóż, maszyna od kilku dni znów działa a ja pracuję przy niej. Jednak dzisiaj w nocy bardzo roztargniony oraz zamyślony byłem. I mimo że wyspany, najedzony oraz w pełni sił, to jednak zatopiony we własnych myślach o pewnej sprawie, popełniłem ten sam błąd, co owy młodzieniec... ale wąż się nie zatkał, dzięki Bogom czy komukolwiek nie zatkał się. On po prostu pękł. Gorący plastik rozpryskał się na lewo i prawo, paskudząc calutką maszynę oraz ściany. Gdybym nie odskoczył, dostał bym tym plastikiem w twarz, oczy, do ust, nosa, wszędzie. Zawołałem kierownika, ten się wściekł... ale dał szpachtelkę i kazał ten cały, ostygły już plastik pozdrapywać ze ścian oraz miejsc, na których się lepił. Wąż pękł przy samej końcówce więc kazał uciąć go przy końcu i przymocować spowrotem do maszyny. Sprawdził komputer, ten błędu w wężu nie znalazł, wkońcu dwa kilo plastiku się wylało na hale, nie znalazł oporu przez zatkanie więc program się nie zawiesił, uff............

Godzinę potrzebowałem na zdrapywanie plastiku ze ścian oraz wszystkiego, co wokół niej stało. Kierownik uspokojony faktem że maszyna nie pierdykła całkowicie wytłumaczył jeszcze raz na spokojnie na co mam uważać. Ja "mhm, aha, okay" przytakuje, tam coś zapytałem jeszcze i on poszedł robić swoje a ja do maszyny. Uważałem, przy każdej części sprawdzałem wszystko, koncentrowałem się i szło jak po maśle. Znów się niechcąco zamyśliłem i SRU, ten sam błąd poraz drugi... tym razem wąż nie pękł. Komputer zameldował, że zatkany. Niechętnie oraz w strachu i panice wołam kierownika, ten sie wściekł na maksa... podszedł do komputera, popstrykał coś w programie, potem mówi mi bym trzymał kciuki dla własnego dobra, zacisnąłem więc pięści... ciśnienie w wężu bylo bardzo wysokie.Ten nie pękł. Zaschnięty plastik wystrzelił z niego jak ze strzelby, wąż odetkany, maszyna sprawna, kierownik wściekły ale uspokoił się gdy przy fajrancie do niego podszedłem i postawiłem kawe. On mi mówi że to ON zjeby od szefa dostanie, jeśli znów maszyna padnie i części nowe zamawiać trzeba, które są bardzo drogie. On, nie ja. Za to że mi nie wytłumaczył dokładnie tej maszyny, na co uważać przy niej trzeba itd. A to wcale nie prawda bo on doskonale mi wszystko wyjaśnił. I mimo że to ja był bym wszystkiemu winien, on musiał by nastawiać swą twarz. On miał by przechlapane, a ja mógł bym stracić prace...

Kierowniku musi wszystko zapisać, co było na nocce. Ciekawe czy - oraz jak szef zareaguje...

niedziela, 12 sierpnia 2012

Prawo człowieka do życia na ziemi

Gdy byłem na terapii, poznałem pewnego faceta, niemca zresztą. Wpożądku chłop, przyjazny, mógł bym go nazwać nawet dobrym kumplem, podkreślając "mógł bym" Ale tak go nie nazwę, bo po prostu nie zasługuje. Mieszka on niedaleko stąd, ale kontakt ze sobą mamy dość żadki i tylko przez internet. Zawsze gdy mnie zagadał, to zazwyczaj jakimś kawałem o polakach, hitlerze i napadem niemców na polskę we wrześniu 39 roku albo o pobyciu polaka w "jego" kraju, w którym nie powinien przebywać. Nie wywoływało to we mnie ani odrobiny wzburzenia, pomyślałem tylko "niech sobie gada, jeśli mu to taką radoche sprawia?" Nawet nie rozpoczynałem żadnej dyskusji, nie kontratakowałem, ale po ostatnim jego kawale, który opowiedział mi kilka dni temu wnerwiłem się. Ale w sumie nie "tylko" przez niego...

Parę tygodni wcześniej przebywałem u "śmierdziela" (wtajemniczeni wiedzą, o kogo mi chodzi). Ten ostro mnie na ten temat zadrapał. Opowiedziałem mu o przyjaciółce, która przyjechała do niemczech zarobić sobie pieniążki na borówkach. Ten warknął i skomentował w stylu "znów przyjeżdża jakiś polak do niemiec i zabiera niemcowi pracę, nie rozumiem takiego czegoś, niech wraca skąd przyjechała i tam pracy poszuka, niemiecka praca dla niemca bla bla bla a potem taki jak ja siedzi w domu i chociaż pracować chce, roboty nie dostanie właśnie przez cudzoziemców jak ona". Ja normalnie myślałem że mu przyjebie... nie tylko z powodu instynktownemu stanięciu w obronie przyjaciółki, a i ogólnie, bo to jest śmierdzący nierób. Śmierdzący bo się miesiące nie kąpie... ale okay, nie o nim notka...

Taki zadrapany, dostałem dowcip od - juz na początku notki wymienionego - znajomego. Zapytał mnie ile czasu się jedzie z Monachium do Warszawy. Na moją odpowiedź że nie wiem, odpowiedział że dziesięć godzin czołgowych. No haha, hihi, zajefajny kawał, weź mnie zastrzel. Chwilkę pomyślałem i odpowiedziałem mu że jak napotka po drodze ruska, to i tak nie dojedzie. Ten mi na to coś o ruskich czołgach, że to są tylko puszki z ciastkami których ruscy mają dużo. Moja odpowiedź była już dłuższa. Napisałem mu, że to te puszki ciastek rozpieprzyły całe niemcy i to tak, że cegła na cegle więcej nie stała a niemiec nawet ciastka wtedy do żarcia nie miał. Dodałem fakt że to cudzoziemiec po wojnie ich domy odbudował i że co drugi dom został wybudowany przez cudzoziemca bo nie mieli wystarczająco mężczyzn, dlatego nie można tego kraju niemcami nazwać. Napisałem mu że to my odbudowaliśmy niemcy bo gdyby nie my, to ten kraj był by jednym z najbiedniejszych krajów tego świata, że to dzięki nam ten kraj się wzbogacił a jako "dziękuję" dostajemy od nich kopa i mamy się stąd wynosić.

Konwersacja się wtedy skończyła, odpowiedź dostałem dziś. Napisał w niej, że to nie my, a kobiety odbudowały domy, co nie jest prawdą. Kobiety posprzątały gruzy, potem przyjechał polak, turek, rusek i zaczęli budować za małe pensje, za prawo życia w niemczech i za priwilegie takie jak mieszkania, obywatelstwa oraz ogólnie lepsze życie w "nowym" państwie a każdy z nas wie, jak się wtedy w zniszczonej polsce żyło, nie mówiąc już o ruskich. Do dziś my, oraz nasi sąsiedzi ze wschodu żyją w biedzie.

BTW

Odpisałem mu. Napisałem co myśle o naziźmie, o masowym wymordowaniu ludzi z powodu ich koloru skóry, innej religii, innych poglądów światowych czy politycznych, ludzi niepełnosprawnych czy homosexualistów. O wyniszczeniu jednej trzeciej ludności całej ziemi, bo jakiś psychicznie chory debil światem zawładnąć chciał. Napisałem mu że ziemia do nas wszystkich należy i żyć będziemy tam, gdzie nam dobrze, gdzie życie jest lżejsze, gdzie głodować nie musimy a nasze dzieci mają się w co ubrać i trzy razy na dzień coś do jedzenia na talerzu. Powiedziałem mu że gdyby każdy myślał tak jak on, zbudował bym sobie rakiete i spierdolił na marsa. Nikt nie ma prawa rozkazywać mi, gdzie mam żyć. Na koniec jeszcze dodałem że gdyby nie my, cudzoziemcy, niemcy zatopiły by się pod własnymi odpadami. Taki szkop nie schyli się za cztery euro na godzinę by podnieść jakiegoś śmiecia, woli siedzieć w domu i pobierać zasiłek za podatki tych, którzy w tym państwie uczciwie pracują. Tak, nawet nas, polaków którzy schylą się dwa razy, by podnieść śmiecia obok śmiecia, bo jesteśmy ich zdaniem porządnymi pracownikami a za te cztery euro na godzine nawet w polsce przeżyć można. To oni, te smrody tak jak "śmierdziel" opłacani są za nasze podatki, za to że my się schylimy za cztery euro a im się nie podoba że my tu jesteśmy. Oni powinni nam dziękować za odbudowanie niemiec, za to że na nich pracujemy, za to że siedzą na worach pieniędzy, nam polakom, ruskim, turkom i innym cudzoziemcom przebywającym tutaj. Mojej przyjaciólce za to że ich sklepy bogate są w borówki, za to że na niej zarobili wypłacając jej marne grosze a w podziękowaniu za to musiała spać w nieludzkich okolicznościach, na jakimś rozdartym materacu gdzieś w kącie na strychu. Nie nawidzę takich ludzi.

Znajomy owy też nie pracuje i żyje z zasiłku... odpowiedział mi przed chwilą na moje rozpisanie. Co napisał? "Dziesięć czołgowych godzin!!!"

piątek, 10 sierpnia 2012

Gościu

Tak koło 22:00 europejskiego czasu kierownik pokazywał mi inną maszynę oraz jak ona działa, bo moja była zepsuta i naprawić można dopiero po wymianie jakichś węży, które przyjdą dziś rano. Tamte się po prostu zatkały i już odetkać ich nie można było.Aż tu nagle przyłazi gościu do naszej firmy... gościu jak gościu, tam zawsze ktoś po coś przyłazi. Kierownik polazł do niego i coś tam tłumaczy. Nie słyszałem co, ale wiedziałem że bardzo precyzyjnie opisuje problem, który tkwi w zepsutej maszynie. Ja tego gościa przybysza nie znał, jakiś taki malutki, rozczochrany, w binoklach, taki krzywy, nieogolony i niepewny. Mechanik jakiś? Maszynoznawca profesjonalista? Posłannik z wężowej firmy który przylazł po zlecenie?  W każdym ądź razie se stoje i czekam na skierownika, aż skończy gadać z gościem i przylezie na zad, by wytłumaczyć mi maszynę do końca, bym mógł zacząć pracować. Przyglądam się im tak, zaczęło mi się nudzić. On z tym gościem dość długo gadał a ja nie miałem co ze sobą począć. Aż tu nagle skierowniku mnie woła. Pomyślałem, że potrzebuje mnie bym poświadczył problem i czas wczorajszy, który potrzebował do próby naprawienia maszyny. W końcu wczoraj mi powiedział "ej, chodź tu, popatrz, będziesz moim świadkiem i potwierdzisz, jak by kto się żucał. Maszyna nie działa bo tu to, węże zatkane i ten tamto siamto nie działa i wsio, nic nie zrobisz, sam widzisz". Zatem podchodze ja żwawo oraz wesoły, zmotywowany tym że mnie akurat potrzebuje by poświadczyć, by uratować jego rzyć ^^ stoję przed gościem i patrze weń krzywo, wyciągam brudne łapsko i taki tekst: "Yo, dobryyyyyyyy, siemasz gościu, ty z powodu maszyny, nie? Nie działa i działać nie będzie bo zepsuta" a ten mi na to "Dobrywieczór, nazywam się !#%#$% i jestem pana szefem, przychodzę w pańskiej sprawie"... hah! zachwiałem się. Nie wiało a ja się zachwiałem. Nie było gorąco a ja walnął takiego buraka, wydaje mi się nawet że głowa mi zaparowała. Kierownik się ze mnie śmieje, ja się jąkam, szef się uśmiecha a ja przepraszam ^^ Fakt, przyszedł z powodu maszyny ale także i mnie chciał poznać. Kierownik tak chwalił moją pracę, pierwszej jak i drugiej zmianie (bo ich pracownicy jak żółwie wolni) oraz szefowi samemu. W sumie byłem tylko zastępcą kogoś kto ma urlop i wraca w poniedziałek. Miałem po jego powrocie iść gdzie indziej ale ten urlopowicz ochoty do pracy nie ma. Obija się, do kierownika mówi że za tak małą pensję stu procentów z siebie nie da. No i nie daje, góra jakieś osiemdziesiąt a ja od samego początku daję z siebie wszystko. Kierownikowi się to spodobało, do tego tak mnie polubił że staliśmy się dobrymi kumplami. Urlopowicza on już nie chce u siebie na nockach, woli mnie i z tym właśnie poszedł do bossa. Ten się zgodził odesłać urlopowicza gdzie indziej, pochwalił mnie oraz moje umiejętności i wolę do dawania z siebie wszystkiego, zmotywował zamiarem przyjęcia na stałe jeśli tylko będę tak dalej trzymał. Suma sumarum szefu zadowolony, kierownik zadowolony, ja zadowolony bo praca nie jest ciężka, fajna atmosfera, same nocki i za to więcej kasiory będzie ;)

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Pierwszy tydzień...

...zaliczony :) Poniedziałek, wtorek oraz środa (nocki mam, więc w nocy) były najcięższe. Nie przyzwyczajony jestem więc nie dziwię się. Sama praca nie jest ciężka. Spryskuję maszynę jakąś chemią, naciskam dwa guziki i maszyna się zamyka. Doń wlewa się gorący plastik i zależy od formy w maszynie, po jakichś kilku minutach otwiera się ponownie, a ja wyciągam z niej takie plastiki do auta, a mianowicie do Volkswagena. Coś do tapicerki albo teraz inne zamówienie, taka wanna ochronna do baku na benzynę. Obcinam kanty, wyrównuję boki nożykiem (palce ja se pocharatał przez pierwsze dwa dni, a raczej noce że hoho) tak by się bokami nie pokaleczyć, po czym układam te plastiki na regale albo palecie no i to wsio... najbardziej męczy mnie to stanie na nogach ale czwartek i piątek było już lepiej :) Kwestia przyzwyczajenia. Dojazdy mam załatwione z kolegą z firmy, ale tylko na ten tydzień a potem dwa tygodnie z dawnym kolegą ze starej pracy bo ten co teraz mnie wozi to tylko przez tydzień nocka a potem ma na ranki. A później? To się pomyśli :) Nocki są fajne, więcej się zarobi, sam nie mam rodziny więc nikt tu na mnie nie czeka a i ja sam taki nocny włuczęga który w dzień śpi a w nocy buszuje, czemu tak? Napisałem kilka notek wcześniej :) Kierownik mnie polubił i jest ze mnie zadowolony bo produkuję szybciej i więcej niż ci z innych zmian, pracujący przy tej maszynie. On jest pięć lat młodszy ode mnie... mimo że tak nie wygląda, dziwne to, czy ja już taki stary jestem? No chyba :) Także suma sumarum start był udany, tydzień zleciał, w weekend odpocząłem i pełny motywacji jutro na wieczór do tyry :)