piątek, 21 września 2012

Huhuha, idzie zima zła

...ale ja się zimy nie boję. A raczej rachunku, który dostanę za ogrzewanie, jeśli się pożądnie do zimy nie przygotuję. Moje całe, dwupokojowe mieszkanie wykorzystuje energię elektryczną do ogrzewania pomieszczeń i wody a grzejniki są tak porąbane, że jak jeden włączę to muszę czekać trzy dni, aż zacznie on działać. A licznik zapierdziela wtedy jak śmigło od helikoptera więc trzy dni wyrzucania pieniędzy za okno i to bez skutku bo przez te dni i tak tu piździ jak w kieleckim albo i gorzej, zanim wać panowie grzejniki się nagrzeją. A one i tak wpierdzielają prąd, jak wygłodzony suchara. Ogromne pieniądze płacę co miesiąc za sam prąd. W tym roku nie było mnie w zimie ponad trzy miechy i wszystko powyłączane było a i tak niemal pół tysiąca euro dopłaty jest. Ja sam, pół zimy poza domem (mieszkam tu od listopada ubiegłego roku) a tyle dopłaty! Ich chyba powaliło, takie wpierdalacze pieniędzy tutaj montować! To nie mieszkanie dla samotnika, który pracuje przez agencję a dla młodej parki, w której on i ona mają dobrze płatną robotę. No ale cóż, musiałem się tu wprowadzić i na prawdę, jak by nie to, że tak dużo za prąd trzeba płacić to to mieszkanko było by na prawdę perfekcyjne.

Jednak wpadłem ja na dobry pomysł. Mieszkanie moje jest niemal puste, z prowizorką jako niektóre meble. - Zaczynając od gościnnego: Narożnik, ława, stoliczek pod tv, mały regał na płyty, na którym lampka lawowa stoi, półka wisząca na ścianie. Prowizorki: Trzy drewniane półki wypełnione starymi grami komputerowymi, stojące na sobie. Na nich obrus, telefon oraz książki telefoniczne. Dwie obudowy od starych komputerów okryte obrusem, stoją na nich trzy modele samochodów, dwa plastikowe opakowania po cukierkach czekoladowych a na nich biała deska, na desce kolejne dwa modele. To dziwactwo stoi pod wiszącą półką, na której kurzą się inne modele. Obok stolika z telewizorem obudowa od komputera a na niej obrus, dwa pudełka po cukierkach a na nich deska, na desce lampka, pamiątki z irlandii itp. To wszystko.
- Sypialnia: Z powodu braku szafy koc rozłożony na podłodze a na nim poukładane starannie ciuchy, od bielizny aż po same kurtki. Biurko po komputerze, specjalne takie, fajne nawet. Karton, na kartonie obrus a na nim mała, drewniana półeczka na płyty kompaktowe, która to w sumie na ścianie powinna wisieć ale nie mam wiertarki by ją przykręcić.

Mój gościnny jest dwa razy większy od sypialni. To, że cały czas tu przebywam, nie muszę mówić :p to wiadomo, tu też śpię na narożniku, z którego można zrobić wyrko. Każdy też wie, że im większe pomieszczenie, tym więcej trzeba je ogrzewać i to trwa, aż zrobi się ciepło i przytulnie a zarazem z tymi grzejnikami (dwa tu stoją bo jeden za cholere nie wystarczy) nie do opłacenia. Pomysłem zatem moim jest przeprowadzka do sypialni i przezimowanie tam :) Kabel dwudziestometrowy do telewizji juz kupiony, tak samo mały ogrzewacz (normalnie na pilota, ful wypas z displayem, automatyka elektronika, a co? :D ) bo tego cholerstwa na prąd co tam stoi i kase wpierdziela jak wygłodzony su... no wiecie co, to ja włączać nie będę. Mały pokoik, mały ogrzewacz, wtrymiga zrobi się ciepło i przytulnie (Ogrzewacz ma funkcje Timera, normalnie cudeńko :p )

Była też opcja wynajmu jakiejś ładnej ukrainki za cztery euro na godzine (Ogrzewaczka osobista, na ukrainie to kupa forsy) ale jak na mój zarobek to jednak i tak troche za drogo ;]

sobota, 15 września 2012

I już wszystko wiem

Jestem inny. Jakiś taki niezwykły, nieprzeciętny facet po trzydziestce. Boję się ludzi, nie chcę zapoznawać się z kimś nowym. Gdy jestem w gronie kolegów z pracy na przykład na przerwie, to wolał bym siedzieć gdzieś z boku, w kącie całkiem sam przy stoliku. Ale siedzę z nimi, by nie wyjść na jakiegoś odludka ale najchętniej to zapadł bym się wtedy pod ziemię. Jeśli ktoś mnie zagada, pocą mi się ręce, trzęsę się ale staram odpowiedzieć na jego pytania wyglądając oraz zachowując normalnie, ale nie zawsze mi to wychodzi. Ostatnio zaproszono mnie na pizzę, którą postawił ktoś dla wszystkich. Gdyby nie to, że narobił mi tym smaka wcale bym tam nie poszedł do nich lecz usiadł gdzieś pod ścianą między regałami, gdzieś gdzie nikt mnie nie znajdzie. No zresztą z grzeczności tak poszedłem ale ciężko mi było, bardzo nieswojo w tak wielkim gronie ludzi, unikam tego na przerwach... a jednocześnie zazdroszczę tak luźnych rozmów między nimi, żartów oraz śmiechu, ich wygłupiania się między sobą, ich przyjaźni.

Gdy jadę na zakupy, chcę wziąć udział w życiu społecznym dlatego zawsze odwiedzę swą kawiarenkę, zamówię coś do picia i poobserwuję ludzi pędzących skądś dokądś, telefonujących z kimś czy też po prostu spacerujących, parki chodzące wtę i na zad, ramię pod ramię wpatrzonych w siebie zakochanym wzrokiem. Siedzę w tym stoliku, jednym z kilkunastu na placyku, rozglądam się i patrzę kto jeszcze skożystał z ładnej pogody i usiadł sobie w jednym z nich, zamawiając kawę. Jakoś nigdy nie widziałem tam nikogo, kto by siedział tam tak samotnie jak i ja. A jeśli już widzialem to dość żadko...

Gdy jeszcze chlałem, jednym z powodów tego nałogu był właśnie cel rozluźnienia się przy innych, pozbawienie się tego napięcia oraz blokady, która trzymała mnie dość mocno. Łatwiej mi wtedy było zapoznawać się z nowymi ludźmi, oswoić w ich gronie, luźniej rozmawiać... ale gdy na drugi dzień wytrzeźwiałem, nie chciałem mieć z nimi nic doczynienia. Ucichłem, oddaliłem się, unikałem ich aż znów się upiłem, bym mógł się lżej do nich zbliżyć ale jak to w ich oczach wyglądało??? Dlatego znikali po czasie i nie chcieli mieć ze mną nic wspólnego.

Zawsze myślałem, że niechęć do innych ludzi (cała ta notka w sumie o facetach ma mówić) spowodowana jest przez to, co mi się kiedyś stało, o czym w sumie tutaj pisać nie chcę. Zresztą może w części też tak jest, że to przeżycie ma spory wpływ na moje odosobnienie ale na pewno nie w całości. Myślałem też że najlepiej się czuję w gronie kobiet, że najlepiej mi się z nimi rozmawia bo wysłuchają, zrozumią i powspółczują a nie wyśmieją chamsko albo warkną coś w stylu "przestań beczeć cioto" jak by to facet powiedział. Jednak zauważyłem że i nawet w ich gronie mnie roznosi... taki oddział na przykład, gdzie z piątku na sobotę oraz z poniedziałku na wtorek pracowałem, same kobiety tam. Gdy któraś mnie pozdrowi oraz uśmiechnie, najchętniej bym znikł. Gdy jedna spojży mi w oczy, odwracam wzrok tak, jak bym tego nie zauważył. Koncentrować się nie mogę i z niecierpliwością czekam wtedy na przerwę, co pięć minut zerkając na zegarek, by uciec ztamtąd w jakiś ciemny kąt ogromnej hali...

Na fajrant wracam do domu, w moje cztery, samotne ściany. Tu czuję się najlepiej, najbezpieczniej, do mojej samotności która towarzyszy mi już od lat. Włączam komputer, gadulca oraz Facebooka, zerkając kto mi napisał. Mało osób znam, ale te które znam, to zazwyczaj kobiety, którym ofiarowałem swoje całkowite zaufanie bo z nimi mogę rozmawiać, być blisko nie denerwując się, trzęsąc na całym ciele oraz pocąc, mogę być luźny bo nie muszę patrzeć im w oczy... można im pomarudzić, wylać na klawiature wszystko co na sercu leży, wysłuchają, pocieszą, doradzą, przywrócą uśmiech na twarzy, dadzą uczucie że jestem im w jakimś sęsie potrzebny oraz że nie jestem sam, piękne uczucie... ale by nie poczuć więcej, nauczyłem się zablokować serce, zobojętnieć uczuciowo i zrezygnować z nadziei że kiedyś będę z kimś szczęśliwy, że będę ojcem albo dziadkiem postanawiając przeżyć swoje życie w samotności. Jedna osoba mnie strasznie zawiodła, dziewczyna której dałem mienie siostrzyczki mojej przyszywanej. Bardzo ją lubiłem i cieszyłem że ją mam. Miałem do niej sentyment i cieszyłem jej własnym szczęściem, smutałem jak było jej źle, martwiłem jeśli się nie odzywała, jak była chora, byłem pewien że też dla niej coś znaczę, że rozwinęła się między nami przyjaźń której nikt zniszczyć nie darady ale cóż, dostałem od niej strzał centralnie w ryj bo po prostu nie zrozumiała kim, oraz dlaczego taki jestem, jaki jestem. Dlaczego nie szukam sobie dziewczyny itp. Powiedziałem coś co jej nie podeszło, zrozumiała mnie źle i z jednego dnia na drugi po prostu znikła. Coż, zwisa mi to i dynda, obojętny na takie coś jestem, gdybym nie był na pewno bym przez to cierpiał.

W sumie sam się nad tym zastanawiałem dlaczego taki jestem, jaki jestem. Obwiniałem swoje dzieciństwo, dojrzewanie, wyjazd do niemiec w tak młodym wieku? Utrata przyjaciół, śmierć najbliższej mi osoby, alkoholizm, te przykre rzeczy które mi się przytrafiły? Nie wiedziałem czy jedna pewna rzecz, czy wszystkie na raz zrobiły ze mnie tą osobę, jaką się stałem jednak... kilka dni temu coś mnie jebło, a raczej ktoś... osóbka pewna, szczęśliwa zresztą, zaręczona od kilku lat i bardzo zakochana opowiedziała mi coś o swoim szczęściu, tak pięknie to napisała, aż zapromieniowało. Ja maruda znów coś tam bla bla o tym że ona ma fajnie a ja nie, że mi nie wyszło tak jak to innym wychodzi i też tak bym chciał, że pewnie się nie doczekam bo jestem jaki jestem, pierdu pierdu. A ona mi jebła takim tekstem:

Ona: Ty jesteś DDA, wiesz o tym?
Ja: DDA?
Ona: Dorosłe dziecko Alkoholika
Ja: A no fakt
Ona: Nie powiedzieli Ci tego na tym Twoim odwyku?
Ja: To, że jestem dzieckiem alkoholika, to ja doskonale wiem... wiedziałem jeszcze przed terapią
Ona: Nie, nie o to chodzi...

Po dalszej, krótkiej rozmowie dostałem ten oto tekst

Wiele dzieci z rodzin alkoholowych, po wkroczeniu w doroslosc zaczyna pic i doswiadczenia z dziecinstwa rzutuja na ich doroslym zyciu. Ciezko im zalozyc i utrzymac wlasne zwiazki, a takze odnalezc sie w roli rodziców. Istnieje kilka typów DDA: wyobcowani, smutni, skrzywdzeni, uzaleznieni, wspól uzaleznieni, odnoszacy sukcesy, z poczuciem nizszosci. Poczucie nizszosci i niekompetencji towarzyszace Doroslym Dzieciom Alkoholików odzywa sie w kontakcie z innymi osobami. Sklada sie na nie kilka czynników: kiepski obraz siebie wyniesiony z wczesnego dziecinstwa, brak dobrych doswiadczen w bliskich relacjach z ludzmi i brak podstawowych umiejetnosci interpersonalnych (rozmawianie, nawiazywanie bliskich kontaktów, rozwiazywanie konfliktów czy nieporozumien). DDA to termin psychologiczny.

Gdy to przeczytałem jebło mnie a zarazem zatkało... tyle czasu szukałem odpowiedzi, tyle razy zwalałem na coś, co możliwe że nawet nie jest powodem, tak długo zastanawiałem nad tym dlaczego jestem taki inny? Czy zesłano mnie z marsa albo jakiejś innej planety? Czemu jest jak jest i do cholery dlaczego w moim wieku jestem sam, tak mało związków mając za sobą, krótkich zresztą, dlaczego tak boję się ludzi i czemu mi najlepiej samemu... dlaczego nie potrafię ułożyć sobie życia, do diabła tak, jak to mają inni, w szczęściu i we dwojga??? Wiem już. Dziękuję Ci za to, że mimo Twojego zdania, że nie jesteś jakaś specjalistka zakwalifikowana, jednak u mnie trafiłaś w sedno, czego chyba nawet mój terapeuta nie potrafił :* Pojęcia nie masz jak mi ulżyło. Ach i za adres do tego forum, w którym pewnie się zaregistruje :)



wtorek, 11 września 2012

Chwila strachu

W ostatnim tygodniu nie pracowałem. To znaczy zajmowaliśmy się z kierownikiem dość zbędną produkcją, której w sumie nie potrzebuje nikt bo zamówienia mają być gotowe dopiero za jakiś miesiąc, albo półtora. Druga maszyna zaś stała już od tygodnia bo nikt tych liczników do łazienek, które produkowałem jak na razie nie potrzebuje więc po prostu zabijaliśmy czas. Dowiedziałem się od kierownika, że od następnego poniedziałku na dwa tygodnie urlopu idzie. Zapytałem go co ze mną będzie, on jednak nie wiedział. Powiedział że nie ma mnie w planie na następny tydzień (co znaczy że oddają mnie spowrotem do agencji, w czym ja pewnie znów musiał bym iść na bezrobotne, no chyba że znależli by mi inną firmę) ale się dowie. Przez całą noc miałem cykora że szef już mnie nie potrzebuje. Kierownik jednak zaczął pocieszać, mówił że to nie przez to że źle pracuję czy coś a wręcz przeciwnie, zadowolony jest i pewnie wyśle mnie do innej hali (ta cała firma ma ich trzy, które i tak podzielone są na kilka grup w której każda grupa produkuje coś innego i ma własnego kierownika. Ja byłem w hali numer dwa). W piątek wieczorem przychodze do roboty a tam ciemno... maszyny wszystkie powyłączane, kierownika nie ma, w hali numer trzy jednak pracowali (która jest obok). Woła mnie jeden, wręcza mi moją pieczątkę (stempel, którym melduję się przy komputerze jak przychodzę, odchodzę, startuję produkcję, wpisuję na końcu ile wyprodukowałem itp) przyklejoną do kartki, na której pisało "proszę się dzisiaj zgłosić w hali numer jeden, u pana blabla" z datą oraz podpisem szefa. Okay, westchnął ja z ulgą, jeden koleś nawet z trzeciej hali który kończył zmianę zaproponował mi że mnie podwiezie (Hala nr. 1 znajduje się jakieś piętnaście minut na pięcie od dwóch pozostałych). Ogromny budynek, wchodzę do środka i dopytuję o drogę do KAP (Hala montażowa). Gdy doszedł ja, dostrzegłem tam same kobiety (co dziwne jest po tylu latach pracy z samymi facetami, ciężkiej pracy a kobitki to takie zgrabne rączki, słabiutkie takie, wrażliwe i delikatne to i praca lżejsza^^) Od razu pokazano mi moje miejsce pracy. Pakować trzeba było wykładzinki do kufra BMW i układać na palecie. Na przerwie jeszcze podszedł do dziewczyn taki rusek i zaprosił na pizze, a że nie chciał być niegrzeczny olewając mnie, to i mnie zaprosił :) Nudna praca jak bogackiego ale do przerwy dotrwałem. Chwile zajęło mi odnaleźć kantyne w tym ogromnym budynku ale prowadziłem się nosem :) Pizza przecież pachnie a im intensywniejszy zapach, tym bliżej kantyny :) Tam zobaczyłem z kim ja w hali pracuje. Sami ruscy i turcy, jeden rumun, włoch i ani jednego niemca. Turcy jednak przewyższali większość więc czułem się nieco jak w Istambulu ale pizza była smaczna a opchali mnie ją jak konia sianem. Normalnie aż mi salami uszami wyłaziło :p No cóż, po przerwie czas zleciał szybko, dobrnąłem jakoś do końca (na prawde nudna robota, jak te dziewczyny to znoszą?) spakowałem swoje cztery manatki i wyruszyłem do domu.

Weekend był spokojny, odprężający nawet i dość długi tak w czuciu. Nawet festynek strażacki tu na wsi był i o dziwo zachciało mi się tam pójść... zazwyczaj siedzę w domu i nie wystawiam nosa za drzwi, nie lubie ludzi a co dopiero ich tłumu ale pozwoliłem sobie po prostu i nie pożałowałem :) Usiadłem sobie wygodnie na ławeczce oglądając co Ci strażacy tam wyprawiają, posłuchałem naszej wiejskiej kapeli, posmakowałem nieco ostatnich już pewnie gorących promieni słonecznych w tym roku, wypiłem sobie piwko i wróciłem do domu, spoko dzionek :)

W poniedziałek rano dzwonił do mnie mój szofer na ten tydzień i mówił, że ma na drugą zmianę bo się tam z kimś zamienił więc kogo innego załatwić sobie muszę. Załatwiłem ale nawet jak by mi się to nie udało to pojechał bym autobusem do miasta a potem na nogach do firmy, szmal drogi skrajem jezdni gdzie zapierdzielają jak porąbani ale pewnie spotkał bym jakiego znajomego który by mnie podwiózł, pełno ich tamtędy do roboty jedzie, znam ich już całą stertę. No ale nie trzeba było. Wychodzę sobie zatem z domu kierując się w stronę miejsca spotkania, obserwując dwie gęsi, które leniwie i z uniesionymi dziobami treptały sobie po jezdni, zakłucając tak ruch drogowy. No cóż, na wsi mieszkam więc nic w tym dziwnego ale te gęsi to jakieś powalone były. Każdy kierowca który się przy nich zatrzymał, chcąc je ominąć na przykład od lewej, z wściekłością musiał stwierdzić że nie ma szans bo gęsi sobie po prostu poszły na lewo. No dobsz, więc auto rusza chcąc ominąć od prawej a ptoki jak zahipnotyzowane reflektorami od aut, najspokojniej i jak najbardziej odprężone z gęganiem kierują się w prawo, blokując samochodowi tak przejazd. Mruganie światłami nie pomagało. Klakson tak samo nie. Po kilku minutach jednak auta wygrywały a zfrustrowani kierowcy, markocząc coś pod nosem, z ulgą jechali sobie dalej. Wtedy przyjechał mój kumpel i zgadnijcie, w którą stronę gęsi podreptały? Dokładnie w tą uliczkę, w którą on musiał skręcić (miejsce spotkania było na takim małym skrzyżowaniu). Wsiadam do środka. Kumpel się śmieje z ptaków. Ja mu mówie że zaraz mu śmiech przejdzie bo ptaki go nie przepuszczą, jak on w lewo pojedzie to ptaki tak samo w lewo zagradzając mu drogę. Chłopak skręca w lewo, gęsi tak samo, 1:0 ptaki. Chłopak w prawo, gęsi w prawo, 2:0 ptaki a ja się mało ze śmiechu nie posikam. Kumpel już wkurzony znów wlewo, mruga światłami i trąbi a gęsi? heh, 3:0 dla zwierząt. Wkońcu kumpel spryciaż zjechał tak daleko w prawo, niemal na krawężnik zapędzając gęsi w tą samą stronę, nacisnął gaz do dechy, gumy zapiszczały i wyminął wkońcu zwierzyne po czym roześmiał niemal do łez :) Wot gąski cholerne :D

Dojechaliśmy do tej firmy. Wchodzę do środka kierując się w miejsce, gdzie pracowałem ostatnim razem. Stempluje, przychodzi do mnie tamtejszy kierownik i pyta co ja tam robię. No jak to co? Do pracy przyszedłem, mu mówie. Ten do mnie że nie ma mnie w planie, pyta u kogo mam się zgłosić? Mówię że nie wiem, nikt mi nic nie powiedział więc przyszedłem pracować... on mówi że nie u niego i łapie za telefon, dzwoniąc tam do kogoś. Po jakichś kilku minutach powiedział mi że nikt nic o tym nie wie że mam dziś do pracy przyjść. Powiedział że normalnie to pracuje w hali numer dwa, więc mu mówie że tam nie ma nikogo. Więc mówi, że powinnem w domu zostać ale jak już jestem, to poszuka czegoś. Poszliśmy w inne miejsce pytając tamtejszych czy nie potrzebują mnie bo on sam roboty dla mnie nie ma. Jednak nie potrzebowali więc powoli nastawiałem się na to, że pośle mnie do domu, wyjąłem telefon z kieszeni i zacząłem wyszukiwać numer taksówki. Ale jednak coś do zrobienia znalazł. Popracowałem sobie do fajrantu, powiedział mi żebym zadzwonił do swojej agencji spytać się o co im chodzi i dlaczego ja nic nie wiem, kiedy i gdzie oraz czy wogóle mam pracować. Dość wystrachany odczekałem godziny ósmej i dzwonię. Wszystko okazało się nieporozumieniem, w sumie była mowa o dwóch z agencji, bo kogoś firma nie potrzebuje z powodu braku pracy i że ten ktoś musi przez tydzień zostać w domu, albo on, albo ja. Tak jak mi w agencji mówili, chcieli by tamten został w domu ale w ostatniej minucie okazało się, że w firmie my dwoje jednak potrzebni jesteśmy... ktoś po prostu coś spieprzył. A teraz czytam esa, którego wcześniej nie zauważyłem, agencja informuje, że mam dopiero na jutro rano...

sobota, 1 września 2012

Ręka

Każdy z nas stuknął się czasem w łokieć o kant stołu, szafki itp. trafiając pewien nerw, przez który mamy nagłe wrażenie jak by pokopał nas prąd. Dość ochydne mrowienie przebiega wtedy od łokcia w dół po samą dłoń paraliżując ją zarazem na krótki czas, które na szczęście po chwili samo z siebie zanika, przynosząc niezmierną ulgę. Od kiedy pracuję, drętwieje mi tak lewa ręka (mańkutem jestem, czyli leworęczny) którą nie dźwigam w sumie, ale wywijam nożem tapicerskim ucinając kanty bloków licznikowych do łazienki które produkuję, albo rozciachując sobie palce w prawej dłoni. Praca łatwa, nie jest ciężka, dźwigać więc nie muszę. Mimo wszystko budzę się po kilka razy... już miałem napisać po nocach, ale ja w nocy przecież pracuję :p Budzę się zatem po kilka razy za dnia, bo moja lewa ręka właśnie tak drętwieje jak bym się stuknął o kant stołu. I nie ważne jak tą rękę ułożę, odrętwienie nie mija. To taki wieczny prąd, paraliż do tego stopnia że nie mogę tą ręką poruszyć, czasem zwisa ona jak u jakiegoś umarlaka, tak że muszę ją unieść prawą dłonią i ułożyć na brzuchu czy jakoś tak by odrętwienie zanikło. Dziwne uczucie to takie, jak bym brał w prawą dłoń jakąś obcą rękę :D Często odczuwam wtedy ból palca fuckyoułowego (środkowego) który czasem jest tak ostry, że mnie skręca :/ Odkryłem, że jak zwieszę swą rękę z łóżka nad głową ku podłodze i to leżąć w pół na brzuchu  (bardzo niewygodne położenie) to odrętwienie mija ale wtedy usnąć nie mogę. Czekam więc chwilę a gdy już jest ok usypiam ponownie, by obudzić się poraz kolejny z odrętwiałą ręką. Gdy nie śpię a ręka normalnie zwisa, czy tam coś robię, to jest w sumie ok ale palec fuckyoułowy mrowi nieco albo boli i nie mogę go zgjąć do tego stopnia, że nawet pięśći zrobić nie mogę, a jak już zrobię to z ogromną trudnością. Kubka kawy utrzymać nie mogę... Skąd się to wzięło? Myślę że od siedmiomiesięcznego bezrobocia, gdy siedząc dzień w dzień przed komputerem opierałem głowę na lewym łokciu, w prawej dłoni myszkę trzymając. Pewnie ugniotłem jakiegoś nerwa i teraz daje się to we znaki... jest też inna opcja: Ojciec wczoraj dzwonił i mówił mi że on ma podobnie i że to na pewno SKS*... cóż, nie polepszy się (a wydaje mi się że to coraz gorzej sie robi) to pójdę do lekarza, niech on to sprawdzi ale po pierwsze, boję się że ten mnie na chorobowe pośle, kierownik beze mnie był by lekko zagubiony bo tyle pracy i pewnie wściekły bo nadgodziny musiał by robić. A po drugie, u lekarza trzeba zostawić dychę i pewnie tylko za to, że mi powie bym przestał się na łokciu opierać... ale może to samo z siebie przejdzie, obaczy się.

*SKS - Starość Kurwa Starość :p