czwartek, 22 listopada 2012

Eksplozja

Minął tydzień od tej bardzo przykrej jak dla mnie wiadomości mailowej. Chodziłem sobie na nocki pracować, wracałem do domu, włączałem komputer, odpoczywałem przy muzyce i relaksowałem się. Tu na swoich zombiakach zasiałem jakieś róże, tam pobiegałem po facebooku, pogadałem chwilkę z osobami które jeszcze mam, pooglądałem sobie telewizje i takie tam, jak codziennie zresztą, po czym kładłem koło 9 lub 10 rano spać, by obudzić wieczorem do pracy. Jednak ta wyżej wymieniona chwilka rozmów okazały się z dnia na dzień coraz krótsze, było tego po prostu za mało, nie starczało mi. Zerkając na swoje skromne gadu widziałem tylko czerwone słoneczka, które zaczęły mnie normalnie razić w oczy, i to tak bardzo nieprzyjemnie. Starałem się to jakoś olać, machnąć na to ręką, byłem w sumie gniewny ale po prostu dusiłem to w sobie, łykałem, tak jak zresztą zawsze starałem się łykać wszystko, olać, obrócić do nich obojętnie plecami mówiąc sucho "A kij wam w oko", jednak brutalniej się wysławiając, nie chcę przeklinać.A nie wspomn€ nawet tutaj o innych sprawach, ktre mnie męczyły na przykład finanse, sterta niezapłaconych rachunków albo ciągłe zastanawiania się czym dostanę się na następny tydzień do roboty,  itd, itp.

Dotrwałem tak do soboty. Z rana rytuał jak zawsze: Ciepła herbata, prysznic, komp, muza, chwilka rozmowy z jedną osobą (ta druga już nie mogła) spanie... i wtedy przyszedł wieczór...

Gdy się obudziłem, zerkłem do kompa. Gadu nieaktywne jak zwykle bo wszystkie słonka czerwone. W coś zagrać mi się jakoś nie chciało więc zerkłem czy leci w TV jakiściekawy program ale nic, same nudy. I takie same nudy mnie ogarnęły i to z całej siły. Poczucie samotności aż szczypało w pierś dusiło niemal utrudniając mi tak oddychanie, normalnie nie wiedziałem co ze sobą począć... więc złapałem za telefon, zadzwoniłem do kumpla  czy mogę wpaść bo krew mnie zaraz zaleje. (ten jest alkoholikiem i chleje codziennie, a w weekendy tyle, ile w tygodniu ale mnie to najmniej wtedy obchodziło) On odpowiada że spoko, pytam czy dołoży mi się do taksówki bo sam nie mam za dużo kasy, odpowiedział że sprawy nie ma, mam zapłacić a on mi odda połowę, ale mam wpaść bo dawno nie byłem, u niego jest fajnie i bla bla. Więc zadzwoniłem po taksę, która mnie tam do niego zawiozła.

Nie chcę opowiadać całej chistorii mojego pobytu u niego. Przyznam się też, że wypiłem z nim (na jego koszt bynajmniej) Był on już tak wcięty, że bredził, marudził, nie wiedział co mówi. Było też tam kilka innych osób, które znam tak z widzenia, cała ich paka menele i penery, w takich koszarach też żyją. Z czasem zacząłem żałować, że tam pojechałem ale usprawiedliwiałem się tym, że w domu samemu szlag by mnie trafił z nudów... gnój zaczął się mnie czepiać, w momencie kiedy i ja wściekły byłem na siebie. Warknąłem na niego raz, dwa, ten zaczął odwarkiwać, grozić mi i wyganiać z domu. I wtedy poszły mi nerwy...

Wiem tylko że chciałem się na niego rzucić. Wiem też że jeden z jego gości mnie trzymał, próbując uspokoić. Wiem też że ten co mnie trzymał spokojnie do mnie mówił, tłumacząc że lepiej bym już poszedł bo ten gnój aż się ze strachu trzęsie i abym mu krzywdy nie zrobił, zabrał wszystko co przyniosłem i poszedł. Pamiętam, że ocknął mnie dzwonek telefonu gdy siedziałem na przystanku, czekając na autobus który miał przyjechać dopiero za trzy godziny, a po drugiej stronie głos gnoja, spokojny w sumie głos pytając o co mi poszło. Wtedy wybuchłem jeszcze raz, wydarłem na niego tak, że sam wystraszyłem samego siebie. Cóż, nie dosłuchał do końca o co mi poszło, odłożył.

W domu mam tabletki na uspokojenie, dość silne. Wziąłem jedną bo cały czas się trząsłem. Nie wiem czemu, depresje jakieś? Kupa durnowatych myli biegała mi po głowie, o poddaniu się, rezygnacji, olewce wszystkiego o co tak zaciekle walczyłem, takie jakieś... w wyrku przeleżałem dwa dni i jedną noc, wychodząc tylko do ubikacji, nawet nic nie jadłem, z powodu braku apetytu. W poniedziałek wieczorem wróciłem do pracy, już się lepiej czuję, chyba mi przeszło...

...znów otulił mnie spokój i błoga cisza, czas się odprężyć i wrócić do życia...

Może się pytacie, dlaczego taka eksplozja? Cóż, odpowiedź jest prosta: kto w sobie stłumia oraz łyka wszystko, udając że jest okay, myśląc że potrafi być obojętnym na każdą przykrość, ten MUSI kiedyś wybuchnąć, a gdy już jest po same brzegi napełniony, wtedy wystarczy tylko małe ukłucie i BUMMM...

niedziela, 11 listopada 2012

...jak marmurowy posąg...

...siedzę od wczorajszej wiadomości, którą dostałem drogą mailową... siedzę, gapiąc się w ścianę, i nawet nie szukam na niej jakiejś plamki, ryski czy czegoś, po prostu gapię się wprost, zamarłem. Ruszyć się nie mogę, bo każdy ruch jest ciężki, jak by zablokowany czymś, jak by mięśnie stały się kamienne, nie do ugięcia. Zewnęrznie nie czuję nic, nawet zimna które mnie otacza bo nie włączyłem farełki. Trzęsę z zimna na całym ciele i nie zdaję sobie z tego sprawy bo tego nawet nie widać... Końce palców bez czucia, jak by ich wogóle nie było... w dłoniach trzymając swój pusty kubek po herbacie, którą wypiłem kilka godzin wcześniej, blady, bez jakiegokolwiek wyrazu twarzy, oschły, sztywny, bez życia, a w środku...

...a w środku okropny ból, ból którego już nigdy poczuć nie chciałem... ból który rozchodzi się po całym ciele, począwszy od zaciśniętego jak pętłą na szubienicy gardła, przez pierś którą uciska i nie daje swobodnie oddychać, źołądek któremu nie pozwala zgłodnieć, ręce, aż po same stopy... ból, który u takiego faceta jak ja, tak wiele spierdolić potrafi i który prześladuje mnie i niszczy wszystko od kiedy tylko pamiętam...

Nie chciałem go, odganiałem zawsze... bałem się go, tak bardzo bałem, więc zbudowałem wokół siebie tarczę, bardzo mocną kopułę wierząc, że on już nigdy więcej mnie nie dosięgnie. To dlatego bałem się wyjść do ludzi. To dlatego bałem się wejść na jakiś portal randkowy i poszukać sobie kobiety. To dlatego siedzę od lat już sam w tych czterech ścianach, szukając przyjaźni przez internet. To dlatego boję się ludzi, chociaż nie... ludzi się aż tak bardzo nie boję, bardziej boję się tego bólu, którego mogą mi sprawić...

Kilka osób zasłużyło na moje zaufanie i przyjaźń. Otwarłem się im, zrobiłem dostępny. Pokazałem im kim jestem, utraciłem przy nich ten strach. Bardzo ich polubiłem a oni... a oni albo wykożystali moje serce, albo po prostu olali. Ten ból powrócił, załamał mnie, po jakimś czasie ustabilizował moją tarczę jeszcze bardziej, pozostały tylko dwie osoby...

Z tych dwóch odeszła kolejna, osoba która miała ogromny wpływ na mnie i na moje niestabilne życie. Która powoli uczyła mnie uśmiechu, wiary w samego siebie, wiary w dobrą i szczęśliwą przyszłość, w wieczną przyjaźń i braterską duszę... odeszła, teraz jej już nie ma... a ja znów czuję się sam jak palec, jebnięty w kąt jak zabawka która się już wszystkim znudziła, jak marmurowy posąg, bez barwy, bez życia, ciepła czy uczucia... jak posąg z którego oczu płyną grube łzy...


PS. Czy to prawda, że trzeba stać się nieznośnym skurwysynem, by przestać czuć? ...