Ja: Hej, skończyłem czytać "Tatusiu, proszę nie"
Ona: I jak?
Ja: Brutalna książka. Biedny chłopczyk. Współczuję mu, przechodził piekło
O: Mam jeszcze brutalniejszą chcesz?
J: Jaka?
O: Dziewczyna z sąsiedztwa
J: Ach, opowiadałaś mi coś o niej. Poślij mi na maila
O: Okay. Ale ona na prawdę jest brutalna
J: E tam, mam silne nerwy...
Oj, myliłem się. W tym momencie nawet żałuję, że ją o tego eBooka poprosiłem. nawet nie wiedziałem jak bardzo. Mogłem poczytać przecież opinię innych czytelników, może bym tej książki nie ruszył, ale pewnie i tak był bym za bardzo ciekawy by do niej zajrzeć. Bo przecież jeśli kilka czytelników pisze, że ta książka przeraziła nawet Stephen´a King´a, to kto by nie przeczytał kilkoro rozdziałów? Aż tak straszna... lubię przecież horrory. Do tego na faktach, uuuu... pełno traumatyzowanych dziewczyn po przeczytaniu, woooow... najbrutalniejsza książka w świecie literatury... jaaa pier.... to tylko swędzi w palce, by ją przeczytać. Horrory są przecież fajne, A JA MAM KURWA SILNE NERWY. Bo w końcu facet jestem. Bo to dziewczyny beczą na Thrillerach lub horrorach, bo się boją. Bo to one potem nie usną po takim porządnym seansie grozy. Ja nie, ja mam silne nerwy i przy książkach czy filmach nie płaczę.
W nocy po odejściu od kompa zacząłem czytać. Nie pamiętam która to godzina była ale to nie istotne. Książka wciągła mnie i to konkretnie. Linijka po linijce, strona po stronie, rozdział po rozdziale. Coraz bardziej baraniałem przez to, co tam czytałem. Przyłapywałem się na tym, że miałem mokre oczy, nie, nie ze zmęczenia a ze smutku, bezradności oraz odczutego bólu w zaciśniętym jakąś niewidzialną pięścią gardle oraz ciężarze na piersi, przez które ciężko mi było oddychać.
- Odłóż to - kazał mi rozsądek, ale jakoś nie mogłem odłożyć książki
- Nie czytaj tego dalej, wykasuj z kindla - powtarzał, jednak było już za późno, za bardzo byłem wtopiony w treść, za głęboko tkwiłem w świecie opisywanym przez autora. Wczułem się w scenariusz, byłem tam niemal realnie, czułem zapachy opisywane przez autora, powiew wiatru, promienie słoneczne. Widziałem drzewa, ulice oraz domki, widziałem rzeczkę oraz skałę, byłem tam tak realnie, jak teraz jestem przed komputerem i piszę tą notkę. Byłem jednym z "nich", widziałem wszystko, widziałem piwnicę oraz schron czułem tą wilgoć oraz zapachy, widziałem, widziałem jak ona...
W pewnym momencie musiałem odrzucić komórkę, wstałem z łóżka po czym zalany łzami wybiegłem do łazienki, w której spędziłem dobre pięć minut. Mam silne nerwy... Musiałem się uspokoić, udało mi się. Wstrząśnięty wróciłem do sypialni, wziąłem kilka głębokich wdechów i rozpocząłem nowy rozdział.
Dokończyłem książkę. Szczerze powiem, że tak jak prawie wszystkich czytelników tej lektury straumatyzowała mnie. Bardzo długi czas nie zapomnę jej treści i tego, co w niej się działo. Długo nie zapomnę tych obrazów, które układałem sobie w głowie gdy ją czytałem. Oraz tej bezradności, tak bardzo chciałem jakoś wejść do niej i narobić tam porządku. Tak bardzo znienawidziłem autora występującego w tej książce jako pierwszej osobie i w pewnym sensie jakoś siebie bo "będąc tam", w sumie stałem obok niego nie robiąc nic. Wpatrując się tylko. Jak taki frajer co połknął kij od łopaty stojąc sztywno i obserwując. Ale co mogłem zrobić jako czytelnik? Przecież nie mam żadnego wpływu na treść książki. Fakt, mogłem ją zamknąć, nie czytać więcej. Ale było już za późno. Miałem nadzieję na Happy End, przez chwilkę nawet pomyślałem że będzie dobrze, ale tylko przez króciutką chwilkę... zawiodłem się na tej chwilce i to mnie rozwaliło.
Nikomu tej książki nie polecam i nigdy więcej jej nie przeczytam. To nie dla wrażliwych ludzi, a nawet dla nikogo o stalowych nerwach.
środa, 26 czerwca 2013
wtorek, 25 czerwca 2013
Przymusowa dieta
Po ostatniej notce, którą pisałem w piątek 31 Maja (pierwszy dzień na głodówce) nie jadłem kompletnie nic. W poniedziałek po weekendzie miałem jechać do urzędu pracy, by ich tam opierdolić ale z rana zadzwonił telefon. Pewna pani z owego urzędu postawiła mi kilka pytań na temat mojego meldunku o bezrobocie, chciała wyłudzić tygodniową blokadę wypłaty bezrobotnego ponieważ była zdania, że zaniedbałem jakieś terminy, zameldowałem się za późno, nie dopilnowałem swoich obowiązków związanych z nimi czy coś w tym rodzaju, lecz po wytłumaczeniach że zdałem wszystkie papiery w czasie, jeszcze nawet miesiąc przed utratą roboty, zapisała sobie wszystko i powiedziała, że wyśle należne mi pieniądze zaraz po odłożeniu słuchawki, bez blokady. Spytałem czy w końcu znaleźli moje papiery i mogę stuprocentowo być pewny, że coś mi na konto wpłynie. Potwierdziła, jednak odradziła przyjazdu po zaliczkę, tłumacząc że nic mi to nie da bo przesłanie zaliczki na konto tyle samo potrwa a na rękę nie wypłacą mi nic. Tak więc od tamtego piątku, aż po sam czwartek skazany byłem na głodowanie.
Sobota i niedziela były w sumie ok, w szafkach w kuchni znalazłem stare kostki rosołowe więc piło się rosołek (nie polecam, strasznie przeczyszcza) Poniedziałek i wtorek było najgorzej. Najmniejszy wysiłek męczył okropnie, przynosił zawroty głowy oraz wyczerpanie. Wstałem z łóżka i już kręciło mi się wszystko w oczach, musiałem usiąść. Nawet wstać chociaż na chwilkę do ubikacji kończyło się podpieraniem o ścianę, bo bałem się że upadnę. Zresztą do WC nie chodziłem za często bo nie miałem po prostu z czego się wypróżnić. Ale ciul tam, zaoszczędziłem bynajmniej na papierze toaletowym :) Środa i czwartek rano były lepsze, organizm przyzwyczaił się do braku pokarmu więc korzystał z rezerw nagromadzonego wcześniej tłuszczu. Najważniejsze było że miałem co pić. Wyczytałem w internecie, że człowiek przeżyje od trzydziestu do stu dni bez pokarmu, w tym że te sto dni tyczy się ludzi z nadmierną nadwagą. Co innego z wodą, brak płynów powoduje wysuszenie oraz dehydratację ciała w ciągu niemal kilku dni, co niesie ze sobą utratę przytomności, uszkodzenia ważnych komórek mózgowych oraz śmierć. Po prostu spałem długo by nie czuć tego głodu, oczekując tak upragnionego wpływu pieniędzy na konto, który wypadł w czwartek.
Pierwsze co zrobiłem to zapłaciłem wszystkie rachunki. Najpierw za mieszkanie, bo właścicielka znów zaczęła się upominać, bojąc że znów jej nie zapłacę. Potem prąd, za który i tak miesiąc do tyłu jestem bojąc się, że jak i tym razem nie zapłacę to mi go odetną. Kolejne rachunki poszły za ubezpieczenie, za śmieci (miałem w tym miesiącu nie płacić ale zablokowali mi konto bankowe tak, że nie mogłem nic wybrać) oraz za internet. Na życie zostało mi niespełna czterdzieści euro. W południe wsiadłem na rower i pojechałem do miasta, kupiłem stertę makaronu, kawałek kiełbasy, majonez oraz przyprawy, żywność którą jadłem przez ostatnie kilka tygodni bo najtańsza. Jakoś się przeliczyłem i zostało mi z reszty dwa euro i parę centów, za nie kupiłem chleb tostowy, jakiś tam pasztecik i szwabskie pierożki. To jedzenie starczyło mi na niespełna dwa tygodnie, w tym że jadłem tylko raz dziennie i tylko tyle co mucha nasrała. Gdy szafki i lodówka opustoszały, pomyślałem o tych kilkudziesięciu dniach bez pokarmu - nastawiony na kolejne głodowanie oraz przetrwanie do pierwszego.Po prostu nie martwiłem już się, miałem wyje(ch)ane na wszystko a jeśli na prawdę głód dopadnie, zadzwonię do w tamtej notce wspomnianego księdza oraz diakonii, do których chcę się zgłosić już w najostateczniejszej ostateczności, ponieważ to równa żebraniu,do którego jeszcze nie jestem psychicznie gotowy. Po prostu coś mnie jeszcze blokuje i nie potrafię się przełamać.
Ojciec dzwonił od czasu do czasu, w kwietniu poprosiłem go o trzydzieści euro tłumacząc mu swoją sytuację. Wtedy agresywnie zareagował na moją prośbę, kłóciliśmy się ale pomógł. Dopytywał co i jak u mnie więc mu szczerze opowiadałem. Wielu rzeczom nie wierzył, pewny swym słowom że bardzo łatwo wyjść z takiej sytuacji, że sam sobie winny jestem bo jestem leniem i nie robię nic by wyjść z tego wszystkiego, albo że po prostu zmyślam. Zawsze gdy mnie opierdalał za moje "nieudacznictwo" wściekałem się do czerwoności krzycząc na niego oraz tłumacząc że życie nie jest tak łatwe nie mając nikogo do pomocy, jak to on sobie wyobraża. On tego nie wie, jemu wszystko zostało wciśnięte na siłę do dupy, zawsze ktoś mu pomógł. Do dziś ma jak w raju więc nie wie kompletnie nic o tutejszym systemie. Jeden telefonat od niego zdziwił mnie kompletnie. Zadzwonił i zapytał co i jak, odpowiedziałem mu że wydałem ostatnie grosze na zakupy i po rozłożeniu jedzenia na tyle dni, na ile mi wystarczy znów muszę głodować. Zaproponował mi pomoc. Najpierw chciał przysłać paczkę z żywnością lecz po rozmowie z żoną stwierdził że lepiej by było, gdyby przysłał mi pieniądze. Zapytał ile ma mi przysłać, a że ja nie lubię brać od ludzi takich pomocy (nie mówiąc już o proszeniu o takową) powiedziałem by przysłał tyle ile może, ale nie za wiele bo i tak nie będę miał jak oddać, przynajmniej w najbliższym czasie. Zgodził się, podziękowałem mu i za dwa dni pojawiły się trzy dychy na koncie. Pojechałem na zakupy: kiełbaska, makaron, chleb tostowy itd. by przetrwać, mięso czy inne rzeczy są za drogie więc nie mogę sobie na nic pozwolić. Na tym makaronie w majonezie jadę już od półtora miesiąca i chudnę.
Wczoraj miałem termin do zdania papierów o zasiłek. Musiałem wypełnić oraz skompletować stertę papierów i jak los chciał, nie miałem wszystkiego. Ta panienka za biurkiem zrobiła kopię tych, które jej dałem po czym wzięła się za tłumaczenie mi, ile pieniędzy mogę oczekiwać. Nie zdziwiło mnie, że dostanę więcej niż wtedy gdy pracowałem. Opłacają mi sporą kwotę za mieszkanie, lecz nie całość. Do tego dochodzi ich opłata za mój prąd, ponieważ oni obejmują moje ogrzewanie i ciepłą wodę, które są tutaj właśnie na prąd. Opłacą mi jeszcze kilka innych drobnych rzeczy jak śmieci, telewizję regionalną oraz radio, do tego mam prawo wymagać od nich wielu innych opłat ale jakich, tego jeszcze nie wiem, no ale dowiedzieć się można. Ponoć przejmują także opłatę za telefon oraz internet, ale na sto procent tego nie wiem. Podliczyłem sobie wszystko i stwierdziłem, że jak pracowałem to miałem bynajmniej z dwieście euro mniej, niż będę miał teraz, więc na co się męczyć i iść tyrać dla agencji, za marne kilka groszy, tracąc zdrowie psychiczne? Jak wiadomo będą mieli nade mną władzę, co powiedzą, to ma być zrobione: terminy, szukanie pracy na własną rękę, własnoręczne staranie o wyjście z bezrobocia itp (człowiek na zasiłku jest tutaj traktowany niemal jak śmieć, przez nich oraz społeczność) ale przeżyję to. Wiem jak jest i jak to działa, bo już kiedyś na zasiłku byłem. Trzeba będzie robić to co mi rozkażą, ignorować ich durne gadki na mój temat a wtedy będę miał spokój oraz jako tako ułożone życie. No cóż, człowiek który ma władzę nad innym człowiekiem łatwo potrafi stać się skurwysynem, to normalne.
Kazała przynieść brakujące papiery w tygodniu a zabrakło ostatniego wycinku z konta - byłem w banku, automat nic nie wydał na moje pytanie czemu, sprawdzili w komputerze i powiedzieli że wycinek idzie pocztą i będzie dziś lub jutro. Byłem na dole i znalazłem go w skrzynce. Brakowało też jednego wycinku z wypłaty, jak jeszcze pracowałem. Znalazłem go dziś. No i ostatecznie świstek o mieszkaniu, który musi wypełnić właściciel. Wczoraj miałem szczęście bo ten, co sprzedał to mieszkanie mojej teraźniejszej właścicielce upoważniony jest do mieszkania i zarazem do wypełniania takich papierów, był tutaj u siebie w biurze pode mną więc zaniosłem go mu. Faceta już dawno nie widziałem bo sprzedał w tamtym roku to biuro i nie można było go tu zastać (sprawy finansowe, kryzys czy coś kazały mu sprzedać) ale poprawiło się w jego biznesach więc odkupił to biuro. Gdy zapukałem, otworzył mi drzwi i przestraszył. Na pytanie czemu, powiedział że bardzo schudłem. Spojrzałem po sobie w dół ale nic takiego nie zauważyłem. Pytał czy robię jakiś sport, odpowiedziałem że jeżdżę rowerem po miastach bo nie mam innej opcji ale tak to tylko w domu siedzę. Jego zdziwienie z twarzy nie zeszło więc opowiedziałem mu o mojej sprawie. Skrzywił trochę twarz, wypełnił ten świstek, dał zestaw zajebistych długopisów w prezencie po czym zaproponował mi pomoc, powiedział że jak coś, to mogę się w każdej chwili u niego zgłosić. No... on zawsze był sympatyczny i w porządku do mnie. Wiszę mu kasę za to że zaproponował mi to mieszkanie (jest maklerem mieszkaniowym) i nie raz napisał mi upomnienie o swoje, ale nigdy nie miałem z czego mu zapłacić. Gdy go o tym zagadałem by przeprosić, zawsze machną obojętnie ręką Był taki miły że zrezygnował z kaucji bo wiedział że nie mam pieniędzy. Zawsze powtarzał że wszystko jest dobrze, dopóki płacę miesięcznie czynsz i że może poczekać aż się wyrobię. Spoko gość.
Mam więc komplet. Jutro jadę oddać resztę papierów, zobaczymy co będzie. Trzeba myśleć pozytywnie, bo boję się że to wszystko robię na darmo a los znów mi w twarz z pięści przypierdoli i odmówią mi zasiłku.
Wczoraj przed prysznicem rozebrałem się i spojrzałem na siebie w lustrze. Fakt, schudłem... i to bardzo. Żebra wystają na wierzch i można rozpoznać pojedyncze kości. Uda schudły i jak stanę na baczność, przytykając kolano do kolana, widać między nimi lukę, której nigdy tam nie było. Kości policzkowe wystają na wierzch, przez skórę przebijają się kości łopatkowe. Po prostu bardziej widać mój szkielet, niż kiedykolwiek widziałem. Nie mam wagi łazienkowej, jednak gdybym miał i stanął na niej, na oko mówiąc zauważył bym jakieś dwadzieścia pięć do trzydziestu kilogramów mniej, niż ważyłem normalnie. Daję sobie zatem jakieś sześćdziesiąt pięć do siedemdziesięciu kilogramów, a moja normalna waga wynosiła ponad dziewięćdziesiąt. Znajdzie się okazja, sprawdzę to.
Sobota i niedziela były w sumie ok, w szafkach w kuchni znalazłem stare kostki rosołowe więc piło się rosołek (nie polecam, strasznie przeczyszcza) Poniedziałek i wtorek było najgorzej. Najmniejszy wysiłek męczył okropnie, przynosił zawroty głowy oraz wyczerpanie. Wstałem z łóżka i już kręciło mi się wszystko w oczach, musiałem usiąść. Nawet wstać chociaż na chwilkę do ubikacji kończyło się podpieraniem o ścianę, bo bałem się że upadnę. Zresztą do WC nie chodziłem za często bo nie miałem po prostu z czego się wypróżnić. Ale ciul tam, zaoszczędziłem bynajmniej na papierze toaletowym :) Środa i czwartek rano były lepsze, organizm przyzwyczaił się do braku pokarmu więc korzystał z rezerw nagromadzonego wcześniej tłuszczu. Najważniejsze było że miałem co pić. Wyczytałem w internecie, że człowiek przeżyje od trzydziestu do stu dni bez pokarmu, w tym że te sto dni tyczy się ludzi z nadmierną nadwagą. Co innego z wodą, brak płynów powoduje wysuszenie oraz dehydratację ciała w ciągu niemal kilku dni, co niesie ze sobą utratę przytomności, uszkodzenia ważnych komórek mózgowych oraz śmierć. Po prostu spałem długo by nie czuć tego głodu, oczekując tak upragnionego wpływu pieniędzy na konto, który wypadł w czwartek.
Pierwsze co zrobiłem to zapłaciłem wszystkie rachunki. Najpierw za mieszkanie, bo właścicielka znów zaczęła się upominać, bojąc że znów jej nie zapłacę. Potem prąd, za który i tak miesiąc do tyłu jestem bojąc się, że jak i tym razem nie zapłacę to mi go odetną. Kolejne rachunki poszły za ubezpieczenie, za śmieci (miałem w tym miesiącu nie płacić ale zablokowali mi konto bankowe tak, że nie mogłem nic wybrać) oraz za internet. Na życie zostało mi niespełna czterdzieści euro. W południe wsiadłem na rower i pojechałem do miasta, kupiłem stertę makaronu, kawałek kiełbasy, majonez oraz przyprawy, żywność którą jadłem przez ostatnie kilka tygodni bo najtańsza. Jakoś się przeliczyłem i zostało mi z reszty dwa euro i parę centów, za nie kupiłem chleb tostowy, jakiś tam pasztecik i szwabskie pierożki. To jedzenie starczyło mi na niespełna dwa tygodnie, w tym że jadłem tylko raz dziennie i tylko tyle co mucha nasrała. Gdy szafki i lodówka opustoszały, pomyślałem o tych kilkudziesięciu dniach bez pokarmu - nastawiony na kolejne głodowanie oraz przetrwanie do pierwszego.Po prostu nie martwiłem już się, miałem wyje(ch)ane na wszystko a jeśli na prawdę głód dopadnie, zadzwonię do w tamtej notce wspomnianego księdza oraz diakonii, do których chcę się zgłosić już w najostateczniejszej ostateczności, ponieważ to równa żebraniu,do którego jeszcze nie jestem psychicznie gotowy. Po prostu coś mnie jeszcze blokuje i nie potrafię się przełamać.
Ojciec dzwonił od czasu do czasu, w kwietniu poprosiłem go o trzydzieści euro tłumacząc mu swoją sytuację. Wtedy agresywnie zareagował na moją prośbę, kłóciliśmy się ale pomógł. Dopytywał co i jak u mnie więc mu szczerze opowiadałem. Wielu rzeczom nie wierzył, pewny swym słowom że bardzo łatwo wyjść z takiej sytuacji, że sam sobie winny jestem bo jestem leniem i nie robię nic by wyjść z tego wszystkiego, albo że po prostu zmyślam. Zawsze gdy mnie opierdalał za moje "nieudacznictwo" wściekałem się do czerwoności krzycząc na niego oraz tłumacząc że życie nie jest tak łatwe nie mając nikogo do pomocy, jak to on sobie wyobraża. On tego nie wie, jemu wszystko zostało wciśnięte na siłę do dupy, zawsze ktoś mu pomógł. Do dziś ma jak w raju więc nie wie kompletnie nic o tutejszym systemie. Jeden telefonat od niego zdziwił mnie kompletnie. Zadzwonił i zapytał co i jak, odpowiedziałem mu że wydałem ostatnie grosze na zakupy i po rozłożeniu jedzenia na tyle dni, na ile mi wystarczy znów muszę głodować. Zaproponował mi pomoc. Najpierw chciał przysłać paczkę z żywnością lecz po rozmowie z żoną stwierdził że lepiej by było, gdyby przysłał mi pieniądze. Zapytał ile ma mi przysłać, a że ja nie lubię brać od ludzi takich pomocy (nie mówiąc już o proszeniu o takową) powiedziałem by przysłał tyle ile może, ale nie za wiele bo i tak nie będę miał jak oddać, przynajmniej w najbliższym czasie. Zgodził się, podziękowałem mu i za dwa dni pojawiły się trzy dychy na koncie. Pojechałem na zakupy: kiełbaska, makaron, chleb tostowy itd. by przetrwać, mięso czy inne rzeczy są za drogie więc nie mogę sobie na nic pozwolić. Na tym makaronie w majonezie jadę już od półtora miesiąca i chudnę.
Wczoraj miałem termin do zdania papierów o zasiłek. Musiałem wypełnić oraz skompletować stertę papierów i jak los chciał, nie miałem wszystkiego. Ta panienka za biurkiem zrobiła kopię tych, które jej dałem po czym wzięła się za tłumaczenie mi, ile pieniędzy mogę oczekiwać. Nie zdziwiło mnie, że dostanę więcej niż wtedy gdy pracowałem. Opłacają mi sporą kwotę za mieszkanie, lecz nie całość. Do tego dochodzi ich opłata za mój prąd, ponieważ oni obejmują moje ogrzewanie i ciepłą wodę, które są tutaj właśnie na prąd. Opłacą mi jeszcze kilka innych drobnych rzeczy jak śmieci, telewizję regionalną oraz radio, do tego mam prawo wymagać od nich wielu innych opłat ale jakich, tego jeszcze nie wiem, no ale dowiedzieć się można. Ponoć przejmują także opłatę za telefon oraz internet, ale na sto procent tego nie wiem. Podliczyłem sobie wszystko i stwierdziłem, że jak pracowałem to miałem bynajmniej z dwieście euro mniej, niż będę miał teraz, więc na co się męczyć i iść tyrać dla agencji, za marne kilka groszy, tracąc zdrowie psychiczne? Jak wiadomo będą mieli nade mną władzę, co powiedzą, to ma być zrobione: terminy, szukanie pracy na własną rękę, własnoręczne staranie o wyjście z bezrobocia itp (człowiek na zasiłku jest tutaj traktowany niemal jak śmieć, przez nich oraz społeczność) ale przeżyję to. Wiem jak jest i jak to działa, bo już kiedyś na zasiłku byłem. Trzeba będzie robić to co mi rozkażą, ignorować ich durne gadki na mój temat a wtedy będę miał spokój oraz jako tako ułożone życie. No cóż, człowiek który ma władzę nad innym człowiekiem łatwo potrafi stać się skurwysynem, to normalne.
Kazała przynieść brakujące papiery w tygodniu a zabrakło ostatniego wycinku z konta - byłem w banku, automat nic nie wydał na moje pytanie czemu, sprawdzili w komputerze i powiedzieli że wycinek idzie pocztą i będzie dziś lub jutro. Byłem na dole i znalazłem go w skrzynce. Brakowało też jednego wycinku z wypłaty, jak jeszcze pracowałem. Znalazłem go dziś. No i ostatecznie świstek o mieszkaniu, który musi wypełnić właściciel. Wczoraj miałem szczęście bo ten, co sprzedał to mieszkanie mojej teraźniejszej właścicielce upoważniony jest do mieszkania i zarazem do wypełniania takich papierów, był tutaj u siebie w biurze pode mną więc zaniosłem go mu. Faceta już dawno nie widziałem bo sprzedał w tamtym roku to biuro i nie można było go tu zastać (sprawy finansowe, kryzys czy coś kazały mu sprzedać) ale poprawiło się w jego biznesach więc odkupił to biuro. Gdy zapukałem, otworzył mi drzwi i przestraszył. Na pytanie czemu, powiedział że bardzo schudłem. Spojrzałem po sobie w dół ale nic takiego nie zauważyłem. Pytał czy robię jakiś sport, odpowiedziałem że jeżdżę rowerem po miastach bo nie mam innej opcji ale tak to tylko w domu siedzę. Jego zdziwienie z twarzy nie zeszło więc opowiedziałem mu o mojej sprawie. Skrzywił trochę twarz, wypełnił ten świstek, dał zestaw zajebistych długopisów w prezencie po czym zaproponował mi pomoc, powiedział że jak coś, to mogę się w każdej chwili u niego zgłosić. No... on zawsze był sympatyczny i w porządku do mnie. Wiszę mu kasę za to że zaproponował mi to mieszkanie (jest maklerem mieszkaniowym) i nie raz napisał mi upomnienie o swoje, ale nigdy nie miałem z czego mu zapłacić. Gdy go o tym zagadałem by przeprosić, zawsze machną obojętnie ręką Był taki miły że zrezygnował z kaucji bo wiedział że nie mam pieniędzy. Zawsze powtarzał że wszystko jest dobrze, dopóki płacę miesięcznie czynsz i że może poczekać aż się wyrobię. Spoko gość.
Mam więc komplet. Jutro jadę oddać resztę papierów, zobaczymy co będzie. Trzeba myśleć pozytywnie, bo boję się że to wszystko robię na darmo a los znów mi w twarz z pięści przypierdoli i odmówią mi zasiłku.
Wczoraj przed prysznicem rozebrałem się i spojrzałem na siebie w lustrze. Fakt, schudłem... i to bardzo. Żebra wystają na wierzch i można rozpoznać pojedyncze kości. Uda schudły i jak stanę na baczność, przytykając kolano do kolana, widać między nimi lukę, której nigdy tam nie było. Kości policzkowe wystają na wierzch, przez skórę przebijają się kości łopatkowe. Po prostu bardziej widać mój szkielet, niż kiedykolwiek widziałem. Nie mam wagi łazienkowej, jednak gdybym miał i stanął na niej, na oko mówiąc zauważył bym jakieś dwadzieścia pięć do trzydziestu kilogramów mniej, niż ważyłem normalnie. Daję sobie zatem jakieś sześćdziesiąt pięć do siedemdziesięciu kilogramów, a moja normalna waga wynosiła ponad dziewięćdziesiąt. Znajdzie się okazja, sprawdzę to.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
