niedziela, 21 kwietnia 2013

W ostateczności

Tydzień miałem dość spokojny. Pogoda w telewizji nie kłamała, było ciepło a w drodze do pracy i spowrotem nie chlapło mi ani jednej kropelki na łeb. W pracy było dość fajnie, nie miałem ciężkiej roboty, nie musiałem biegać czy dźwigać. Najbardziej męczyła mnie ta monotonia tam (całe osiem godzin wkładania buteleczek do kartoników albo do maszyny) oraz droga o czwartej nad ranem rowerem, sprawdziłem dokładnie ile kilometrów w jedną stronę, jakieś 7,4 ale do dworca wyrobiłem się w jakieś dwadzieścia pięć minutek i było prawie cały czas lekko z górki, cóż... po pracy zmęczony musiałem pedałować w ślimaczym tempie spowrotem pod górkę, no i po jakichś dziesięciu minutach więcej niż rankiem dotarłem do domu, ale przynajmniej spaliłem kilka kalorii i poprawiłem kondycję. Na rowerku też nudno nie było. Z przymocowaną komórką na kierownicy i słuchawkami w uszach oglądałem sobie Kiepskich albo słuchałem muzyki, nawet mi się spodobało tak podróżować :) Nie denerwował mnie nawet fakt, że gdy mając fajrant o czternastej, z drogą od firmy do przystanku, z podróżą autobusem (pełnym nieznośnej, piszczącej, wiercącej się dzieciarni) spowrotem do mojego miasta oraz ślimaczeniu rowerem do domu, zajmywało mi to tak suma sumarum jakieś trzy godzinki. "Przynajmniej skożystam ze słońca i nie będę siedzieć jak ten ciołek w domu" sobie w środę po fajrancie pomyślałem i gdy wysiadłem z autobusu kupiłem w Edece dwa zimne piwka (te najtańsze, 35 centów ale dobre), usiadłem na murku przy strumyku i wsłuchując się w jego szum przyglądałem kaczkom albo tyłkom panienek w krótkich spodenkach biegających po mostku, popijając w spokoju swój zimny, odprężający napój. Spokojny, fajny wiosenny tydzień w którym nawet się uśmiechałem, jednak znów mi ten uśmiech odebrano, bo mi chyba uśmiechać się nie wolno.

Nie był bym tym kim jestem, gdyby obeszło się bez porażek. Jedna taka mała była w poniedziałek, nawet nie warto jej wyliczać. Przez te dziury na drodze (którą pewnie polacy robili) połamał mi się uchwyt do lampki, także musiałem ją cały czas trzymać w ręce, przez co mogłem tylko jeden hamulec używać. Ale co mi tam, uchwyt stary, lampka chińska więc to było przewidywalne. Aut też dużo o tak wczesnym poranku nie jeździło więc spoko, mimo wszystko się o mało nie wywróciłem bo wychamować nie potrafiłem, utrzymałem jednak równowagę. Po pęknięciu uchwytu, jakieś dwa kilometry dalej zgubiłem całą paczkę fajek i nie odnalazłem już. Ale tak jak już mówiłem, nie warto o tym gadać, to tylko takie bagatelki, nie zdenerwowałem się nawet. W domu nawet baterie znalazłem więc prąd do lampki do końca miesiąca zaklepany, szybko o tym uchwycie i fajkach zapomniałem, po prostu zaplanowałem sobie spokojny, przepracowany tydzień, bez marudzenia.

Przyszedł czwartek. Jak co dnia wybrałem się do roboty. Na przerwie zauważyłem nowy plan na następny tydzień, więc zerkłem do niego, wyszukując moje nazwisko i przy jakiej maszynie będę pracować. Nazwiska jednak nie znalazłem. Zmieszany podążyłem do biura zapytać co grane, zapomnieli mnie wpisać?  Przecież obiecano mi że mogę tam zostać do dwudziestego szóstego więc musi być coś nie tak. Siedział tam taki gostek i na moje pytanie co się dzieje, zerknął do komputera i potwierdził to, co pisało na planie. Zawiedziony oraz wkurwiony powróciłem do maszyny. Na fajrant zadzwoniłem do agencji, powiedzieli mi że oni jeszcze nic nie wiedzą, spytają się w firmie szefostwa i powiadomią mnie na następny dzień. W piątek dostałem SMSa z agencji z informacją, że to mój ostatni dzień w pracy.

Agencja objecała, że jak przepracuję do ostatniego piątku w miesiącu bez chorobowego, zaspania czy coś w tym rodzaju, wypłacą mi pierwszy tydzień kwietnia (który przesiedziałem przymusowo w domu) jako urlop płatny, mimo że mi się nie należy jako taką małą premię, ba, nawet dwudziestego dziewiątego oraz trzydziestego (dzień mojego zwolnienia). Ucieszony faktem, że dostanę wypłatę z całego kwietnia nie martwiłem się o finanse i rachunki na maj. Jednak mimo obietnic tej miłej pani (z którą pogadać nie mogłem bo na urlopie jest) nie potrzebują mnie w firmie więc odpada cały następny tydzień i teraz nie mam kompletnego pojęcia co dalej.

Agencja napisała w esie że mam się u nich w poniedziałek zgłosić. Nie wiem co mi powiedzą ale znając mój pech, który tak mocno mnie w swych szponach trzyma i powoli dusi, usłyszę od nich coś w stylu "przepraszamy, to nie nasza wina, nie poradzimy na to nic, wyszło jednak inaczej i nie możemy wypłacić całego miesiąca jak tydzień nieprzepracowany bla bla itp. musi pan sobie jakoś poradzić chuje muje dzikie kozy".

Mam dziwne wrażenie, że tym razem to już na prawdę koniec z moim dotychczasowym życiem. Już jakieś dwa miesiące temu miałem dziwne przeczucie że za niedługo stanie się u mnie coś strasznego, że nadchodzi coś, co wszystko zmieni. Pamiętam to przeczucie, wtedy wiedziałem dokładnie że coś niemiłego się szykuje, jednak nie wiedziałem co. Tym razem chyba już konkretnie dostałem w ryj i upadłem... boję się, że znów nie będę mógł zapłacić za mieszkanie. Jak stąd wylecę to dokąd pójdę? Ojciec mnie nie weźmie, znam go, ja mu tam niepotrzebny. A nawet jeśli, to miał bym z nim tam prawdziwe piekło. Bracia mają swoje życie, rodziny, do nich tam mogę wpaść na jakieś kilka dni w odwiedziny ale nie na dłuższy czas. Ktoś mi dziś coś powiedział, tak chyba dla jaj bo po jej zdaniu wkleiła szczerzącą się minkę.

- weź ty wracaj do polski :D

Pierwsze co odpisałem, to to że nawet jak bym chciał to nie mam do kogo ale po krótkim zastanowieniu wpadła mi jedna osoba w myśl. Chodzi tu o syna żony mojego ojca któremu ja kiedyś uratowałem dupę, bo pozwoliłem mu u mnie mieszkać. Wtedy uciekałem z miasta w którym mieszkałem dziewięć lat spowrotem do ojca, ale ten posłał mnie do schroniska dla bezdomnych, nie przyjmując pod swój dach. Ale mieszkaliśmy tam z moim przyrodnim bratem razem, a wcześniej spał on po piwnicach bo ojciec go też nie chciał. Mieszka on w polsce na wsi niedaleko Namysłowa, w domu jego matki, przepisanym na nią od jej własnej matki a jego babci, która teraz jest u nich tu w niemczech więc dom jest w sumie pusty tylko on tam przebywa gdy się ze swoją dziewczyną pożre. Chłopak by się ucieszył bo tęskni za mną i zawsze o mnie wypytuje albo śle SMSy z pytaniem kiedy przyjadę.

W ostateczności mogę tam jechać. Wiem że coś nienormalnego się dzieje. Wiem że to nie przypadek że przytrafiają mi się takie przykrości. Mam przeczucie że ktoś lub coś kieruje moim losem, jakaś niewytłumaczalna siła, coś paranormalnego nie daje mi tu normalnie żyć oraz cały czas odbiera uśmiech, zabiera mi spokój a nawet przyjaciół? Może to coś po prostu nie chce bym tutaj normalnie żył? Ja bym to rozumiał gdybym był przez pech jakieś dwa, trzy miesiące pod żąd prześladowany ale nie tyle lat... i tak myśląc spowrotem to od kiedy jestem tutaj w niemczech, spieprzone mam wszystko... może polska chce mnie spowrotem? Tutaj przecież niemal każdy zgred ma jakoś tam ułożone życie, najpaskudniejsi faceci potrafią sobie znaleźć kobietę, narobić dzieci i jakoś żyć, tylko mi jakoś coś nie wychodzi i po prostu nie chce się ułożyć. Normalnie klątwa jakaś. Może to w polsce moje miejsce... może tam znajdę normalną pracę, kobietę, rodzinę, utracę samotność zdobywając przyjaciół, wogóle szczęście oraz spokój? Wiem że zawsze jak tam byłem, odczuwałem taką wewnętrzną ulgę, jak by mi jakiś ciężar z plecu zdjęto, uspokajałem się, częściej uśmiechałem, no normalnie zmartwychwstawałem i od razu byłem innym człowiekiem...

Naprawdę poważnie myślę nad opcją skończenia z niemcami. Po tylu latach cierpienia nie mam już po prostu sił, odczuwam zmęczenie i brak jakiejkolwiek energii na kolejną walkę. W polsce mam szanse na pracę, mam perfekcyjne znajomości języka niemieckiego a to jest duży plus. Mam też doświadczenie przez agencję bo pracowałem w wielu różnych firmach, oni mogli by mi to na papierze potwierdzić. Niedaleko tej wsi jest Namysłów, tam bym się porozglądał a jak nie to Opole i okolice, w polsce komunikacja miejska jest o wiele lepsza niż ta tutaj u mnie. Jeśli na prawdę już się na nogi nie uniosę, to pogadam z żoną ojca i przedstawię jej mój plan, zapytam czy mogę tam na wsi zamieszkać. Wkońcu ona też mnie kiedyś poprosiła, bym dał jej synu dach nad głową...

W ostateczności pójdę tam, gdzie moje miejsce. W ostateczności powrócę do domu...




piątek, 12 kwietnia 2013

Paranormalia




Poniedziałek: Podróż do miasta, do agencji zapytać czy oni się przypadkiem z moim zwolnieniem nie pomylili, byłem pewien że zwolnienie jest do trzydziestego marca (tak też zapodałem tą datę w tamten czwartek, w urzędzie pracy i zapewniłem właścicielce mieszkania, że dostanie ode mnie z wypłaty za mieszkanie, piętnastego kwietnia a potem następny czynsz trzydziestego z bezrobotnego, ucieszyła się bo sama nie pływa w kasie a ma dzieci za które ojciec nie płaci).Powiedzieli że nie, że dobrze przeczytałem. Więc spanikowany zapytałem za co będę żyć przez cały kwiecień oraz maj, bo bezrobotne dostanę dopiero 30 maja? Bezradnie rozłożyli ręce mówiąc, że sam sobie winny jestem, bo oni mają robotę ale ja nie mam jak dojeżdżać. Kurwa zajebista wina z mojej strony, że nie mam prawka. Dodali jeszcze że za marzec mam jeszcze wypłatę więc nie będzie źle... zapytałem gdzie mają robotę, powiedzieli tu, tu, tam i tam, na ranki ale musiał bym autobusem dojeżdżać ale z mojej dziury na dworzec to jedenaście kilometrów i o czwartej rano autobusy nie kursują więc nie ma szans. Zgodziłem się jeźdźić rowerem, nie ważne czy deszcz, wichura, zamieć tornado czy tłister, huragan czy tajfun, tsunami czy jaki chuj. I tak załatwili mi pracę na tydzień trzydzieści kilometrów stąd. Uśmiech, zarobie sobie, fajnie.

Wtorek: druga rano pobódka. Nie wiedziałem ile czasu potrzebuje rowerem te jedenaście kilometrów do miasta na dworzec, dlatego tak wcześnie. Wyszedłem na balkon, uśmiech bo nie pada. Ruszyłem o trzeciej rano, znów uśmiech bo w kołach powietrze a mam wentylki nieszczelne. Nie za dużo powietrza ale starczyło. Przejechałem tylko jakieś pięćset metrów, sru i jebut deszcz mi w twarz i na łeb. Mokry jak szczur dojechałem w 35 minut do dworca, tam pod daszek ale po kilku minutach przestało padać. Ciul tam, przypadek, nie zwracałem na to uwagi. Autobus kursuje od 4:47 więc trochę sobie tam posiedziałem, ale wyschłem. Wsłuchując się w cichą muzykę Bryana El z moich słuchawek oraz wydzieranie wróbli stwierdziłem że te ptaki są popierdolone, o tej godzinie wstawać i ćwirkać? Łomy jedne zamiast się wyspać, wkońcu do roboty nie muszą... Gdy dojechałem, włączyłem GPS w telefonie by znaleźć drogę do firmy. Przeszedłem sto metrów, rozpadało się. "Kurwa..." se tylko pomyślałem i szybkim krokiem dotarłem do firmy, ale zmokłem. Dobrze że miałem ciuchy na przebranie ze sobą. Robota mi się spodobała. Na przerwach stwierdziłem że nie pada, bo na papierosa to trzeba wyjść z budynku. Poznałem tam miłą kobietę z mojej agencji, pogadaliśmy, opowiedziałem o moim zwolnieniu i braku prawka, więc objecała mi postarać się, bym został u nich dwa tygodnie, ale dokładnie powie mi w czwartek czy się udało czy nie. Uśmiech... Wychodząc na fajrant z budynku, rozpadało się i szczało tak aż do samego dworca (20 min. drogi na nogach). A gdy schowałem się na przystanku... przestało. I pewnie się zdziwicie, a może nawet i nie, całą drogę do mojego miasta nie padało a tylko usiadłem na rower by wrócić do domu... zgadnijcie. W domu stwierdziłem później że już nie pada i nie padało do samego wieczora... chuj tam, przypadek.

Środa: Do roboty wyruszyłem trochę później, żeby nie siedzieć godziny na dworcu, wkońcu dowiedziałem się ile czasu potrzebuję na swoim mustangu. Przejechałem tylko jakieś... no, czytaj wyżej, dokładnie to samo, wydażenia podobne do siebie jak kurwa go mać że tak powiem DWIE KROPLE WODY. Wszystko tak samo, aż do powrotu do domu. W pracy było spoko, ta miła pani z agencji potwierdziła mi, że stuprocentowo będę mógł u nich dwa tygodnie pracować. Uśmiech... Gdy wchodząc do domu sprawdziłem pocztę, znalazłem w skrzynce swój wycinek z wypłaty za marzec. Sprawdzając ile zarobiłem, zbaraniałem i przeszedłem lekki szok. Zarobiłem mniej, niż kosztuje czynsz za mieszkanie. Zacząłem zastanawiać się co dalej i wymyśliłem owe opcje z poprzedniej notki. Wieczorem zadzwoniła do mnie ta miła pani i powiedziała, że maszyna zepsuta więc w czwartek mam wolne. Tak z boku opowiedziałem jej o wypłacie, o "mojej winie" że tak niska, w poprzedniej notce wszystko pisze, wytłumaczyła mi parę spraw co mam zrobić. Uspokojony odprężyłem się, porobiłem sobie coś tam (Facebook, TV itp) i o dziesiątej poszedłem spać.

Śniła mi się Sandra. Właścicielka mieszkania. Płakała. Obudziłem się przez to nad ranem i nie mogłem już usnąć, widok płacżącej kobiety rozkraja mi serce.

Czwartek: Cały dzień padało. Wyruszyłem do miasta (tym razem autobusem) by pozałatwiać wymienione w poprzedniej notce opcje. Opcja numer jeden... nie wypaliła. Oni mają swoje paragrafy, prawa, powiedzieli mi że mam umowę więc zarabiam, oni nie mogą mi pomóc. Nawet jak dałem im czarne na białym ile zarobiłem i co opłacić muszę. Ta kobieta z opieki powiedziała że prywatnie mnie rozumie, ale urzędowo nic nie może poradzić, nie da mi po prostu ot tak kasy na jakieś rachunki, nie należy mi się. Co oznacza że jednak niemcy są w stanie zagłodzić człowieka lub pozbyć dachu nad głową, mimo pogaduszek innych ludzi którzy temu zaprzeczają. Paragrafy są takie i takie i nie ma dla pana ani centa, musi pan sobie radzić sam. A gdyby mnie martwego na kanapie znaleźli tutaj z powodu wygłodzenia, dopiero wtedy by się złapali za głowę i stwierdzili że facet na prawdę pomocy potrzebował, ale cóź, było by już po fakcie. W sumie chyba wszędzie tak jest, nie tylko w tym kraju... poszedłem więc do księdza do diakonii. Chodziło by o dyche albo dwie na jedzenie, spoko bez problemu ale czynsz za mieszkanie? To już za dużo jak na nich, oni z różnych darowizn się utrzymują więc... bez czegokolwiek załatwienia powróciłem do domu, mokry i zdruzgotany, bez jakiegokolwiek planu co i jak dalej...

Przyśniła mi się znów Sandra, płakała. Obudziłem się w czasie, trzeba było jechać do roboty. I uwierzcie w to czy nie, to samo co wtorek i środa z tym deszczem. Przypadek???

Piątek: W pracy obmyśliłem co i jak powiedzieć w agencji, w stosunku z opcją numer cztery z poprzedniej notki. Układałem słowa, chciałem być stanowczy, wściekły a zarazem zdruzgotany. Obmyślałem jak wywołać u nich współczucie, jak wyciągnąć od nich kasę na czynsz. Często zerkałem na numer telefonu od ich przełożonych, na przerwie wyszukałem miejskiego adwokata w necie. Cały dzień myślałem o tej sprawie bo to jedyna, ostatnia opcja by Sandra dostała swoje pieniądze. Już mi nawet eska napisała i pytała czy już wiem jak to z moją wypłatą i że jak dostałem to ona jutro z dziećmi przyjedzie, wyskoczymy na kawe czy coś i od razu jej tą kasę dam, ona jeszcze nic nie wiedziała o tej sprawie. Odpisałem że wiem, i że w pracy jestem, że zadzwonie jak wrócę do domu. Wesoła i radosna napisała mi że się cieszy, że znalazłem pracę. Po wyjściu z autobusu, jeszcze raz obmyślając swoje w pracy ułożone słowa, dumny siebie, pewny optymizmu i wiary w to że opcja nr. cztery się uda, tym razem otulony promykami słońca ruszyłem w stronę agencji i... gówno. Drzwi zamknięte, na drzwiach kartka że nie ma ich, wyjechali do klientów ale możemy w każdej chwili zadzwonić. Kurwa szczęka mi opadła. Dobra, poszedłem do piekarni, kupiłem kubek kawy i bółkę, usiadłem na ławce obok agencji i zadzwoniłem. Po kilku sygnałach odebrała pani automatyczna sekretarka. Zadzwoniłem drugi, trzeci raz... sekretarka. Chuj, czekałem na nich bo może wrócą zaraz, wkońcu zaraz powinni mieć fajrant... siedziałem, miło było. pierwszy raz nie moknę, słońce świeci i mimo wiatru dość przyjemnie ciepło. Chujnia, tylko usiadłem na ławce, zachmurzyło się i zaczęło padać. PRZYPADEK KURWA JA SIĘ PYTAM??? Schowałem się pod daszkiem czekając na nich. Deszcz już padać nie przestał. Wkurwiony ruszyłem do domu, zmokłem znowu jak szczur. Wlazłem do domu, wykompałem się, wyjżałem przez okno, a tam słońce. PRZYPADEK KURWA!!!!!!!!

Musiałem zadzwonić do Sandry i powiedzieć co grane. Miała dobry chumor,a ja go jej zjebałem. Rozpłakała się przy telefonie i powiedziała mi że ma tylko trzy euro w portfelu... rozniosło mnie to. Z całego serca przeprosiłem. Powiedziałem jej że ja o te pieniądze w poniedziałek walczyć będę, że jak chce to dam jej pięć dych, ale nie chciała bo jej to w sumie nie pomoże bo ona też za mieszkanie zapłacić musi a zawsze płaciła swoje za mój czynsz. Zdruzgotana aż drżała w głosie, tak bardzo mi się przykro zrobiło... obiecałem że zrobię wszystko by dostać to co mi się należy, co jej się należy. Obiecałem jej że wyprzedam się, sprzedam komputer i telewizor, kolekcję moich aut ale ona swoje dostanie ode mnie. Rozbeczałem się przy telefonie jak małe dziecko i powiedziałem że jak chce to niech mnie stąd wywali, ale zaprzeczyła. W poniedziałek jadę do tej agencji i zrobię im tam ogniska pod dupami, nie wyjdę stamtąd dopuki mi kasy nie oddadzą. I niech dzwonią po policje czy coś, ja się stamtąd nie ruszę, nawet na centymetr.

A co do mojej psychiki przez te wszystkie PRZYPADKI? Chuj, nic nie wychodzi. Nic nie chce po prostu iść jak po maśle, nic się nie udaje mimo moich starań i walki. Nie ważne jest to, że walczę o życie jak człowiek, o to by nie zdechnąć z głodu lub zakopać się rachunkami, o to by było w końcu w miarę dobrze. Staram się jak mogę czołgając się w błocie bo wstać mi nie wolno. Nic nie wychodzi i to tak już od wielu lat. Że jeszcze żyję to jest normalnie cud, bo każdy inny by sobie dawno to życie odebrał (mój były szef na przykład, pisałem o nim, dowiedziałem się że miał problemy finansowe) i bez bicia się przyznam, czasami myślę nad czymś co nie boli... ostatnio leciał film o Hitlerze, Goehringu i jego tam sługach którzy się pozabijali biorąc truciznę (kapsułki cyjankali) albo przez kulkę w łeb, albo tych których powiesili, w każdym przypadku wpatruję się w twarze tych nieboszczyków i patrzę jaki mają wyraz twarzy: czy wykręcona z bólu? Czy spokojna? Albo jakoś lekko uśmiechnięta, szczęśliwa że już po wszystkim? Ostatnio dwie noce pod rząd śnił mi się jeden sen: Kilka zwłok na szubienicy, twarze uśmiechnięte (oglądałem taki film dokumentalny z drugiej wojny jak to niemcy wieszali żydów, odsunęli ich stołki spod nóg, Ci zawiśli ale nawet nie drgnęli, chyba kark im pękł i śmierć w ciągu ułamku sekundy, może nawet nic nie odczuli? Pewien jestem, że jak bym się bólu przed śmiercią nie bał, to już dawno by mnie na tym świecie nie było.

Wiem wiem. Pierdu pierdu i zjeby w komentach ale od niedawna zdałem sobie sprawę, że powoli brakuje mi sił do życia na te stare lata. A to, że zawiodłem Sandrę, boli mnie teraz najbardziej.

Na jeden sukces dziesięć porażek. Na dziesięć porażek ich sto.
I wciśnij pomiędzy choć jeden uśmiech, wtem zgniecie go w miazgę to zło.

Coś wpycha mnie w błoto, lecz wstaję na nogi, wstaję by lżej mi się szło
Otrzepać się nie da, znów stawia mi nogę i mówi: "Twym losem jest dno"


by ThM 

środa, 10 kwietnia 2013

Bez tytułu, cz. 2

Już chciałem się czymś fajnym pochwalić. Już miała być notka "z uśmiechem". Pozytywna, optymistyczna wiadomość dla ludzi, którzy mnie czytają, jedna z niewielu wesołych notek tutaj na moim blogu, z dobrymi wieśćmi. Miałem się pochwalić tym że znalazłem fajną pracę, daleko stąd w sumie i szmal drogi pokonuje najpierw jakieś dziesięć, jedenaście kilometrów rowerem do miasta, (sport to zdrowie, przeważnie o czwartej nad ranem) z miasta autobusem do innej miejscowośći a potem z przystanku piechotą dobre dwadzieścia minut do firmy, która zowie się OMEGA Pharm i produkuje pasty do zębów, płyny do płukania ust itp. Pracuję tam przy maszynie z trzema, dość młodymi kobietami które rozumią mój humor a i same są w tym niezłe, także jest tam śmiech po pachy. Są tam też inni, przyjaźni ludzie bo firma jest wielka ale każda grupka ma swoją maszynę a każda maszyna ma swoje pomieszczenie. Robota nie jest ciężka, albo to muszę układać buteleczki na taśmie które po drodze są automatycznie napełniane płynem, uszczelniane nakrętką, plombowane, etykietowane i potem lądują u dwóch panienek, które je biorą z taśmy i pakują do kartonów. Trzecia panienka to odpowiedzialna jest za to, że maszyna funkcjonuje bezbłędnie i naprawia usterki, które dość często się tam zjawiają. Sam wyglądam tam jak doktor lekarz stomachiatra rozłożony, biały fartuch, czepek, maska na usta jak to dentyści na przykład mają i gumowe rękawiczki z latexu. I nic, tylko operować ^^ I co z tego jak pada deszcz a ja na rowerku? Co z tego że w drodze dwie godziny jestem w tamtą stronę i na zad tyle samo? Co z tego że zrąbany po pracy rowerkiem spowrotem, niemal bez sił by kopać w te pedała? Co z tego że praca na tydzień tylko, góra dwa? Ważne że praca, zarobić sobie trzeba parę groszy bo w domu siedziałem dwa tygodnie i mało tu z nudów nie zdechłem, a te dwa tygodnie nikt mi nie zapłaci.

A tu nagle "Ooooo, kurwa Tomasz uśmiechnięty? A jakim prawem? Znów wstaje chłop powoli na nogi? Nie ma kurwa, ma leżeć jak zawsze w błocie leżał, niech gryzie trawe skurwysyn nieudacznik i się czołga więc JEB!" Pewna wiadomośc pieprzła mnie znów w błoto i tym razem konkretnie, z całej lampety...

Przyszedł wycinek z wypłaty z tamtego miesiąca. Kasy nie starczy na czynsz za mieszkanie. A jeszcze prąd muszę do dziewiętnastego zapłacić bo elektrownia mi grozi odcięciem, co znaczyć będzie zimna woda, brak możliwości ugotowania sobie, zimne kaloryfery, brak TV, kompa, wogóle światła i możliwości naładowania komórki. No dobra, gdzieś tam się na przykład w piwnicy gniazdko znajdzie, w komórce mam neta ale przesz komórke też trzeba zapłacić  a jak nie zapłacę, to wyłącżą mi sieć. Telefon stacjonarny mam, taki zwykły, nie potrzebuje prądu ale on też musi być opłacony. O jedzeniu już pisać nie będę bo po prostu jedzenia wtedy nie będzie.

Gdybym nie zapłacił za mieszkanie, przetrwał bym. Pewnie myśl owa wam do głowy wpadnie "to pogadaj z właścicielką, powiedz jak sprawa wygląda, może zrozumie" czy coś w tym stylu. Cóż, ona sama w kasie nie pływa, ma dwojga dzieci za które ojciec alimentów nie płaci, ostatnio do mnie dzwoniła rozpłakana i powiedziała że nie wie co dzieciom do garnka ma włożyć, tłumacząc mi jeszcze sytuacje z jej bankiem, opowiedziała mi że bank jej kase zabiera bo coś tam dłużna jest więc chce przyjechać do mnie w ten weekend i odebrać kase osobiście, by bank jej nie zgarnął jak jej to prześlę na konto. No i do tego jeszcze mam długi u niej za luty tamtego roku i dopłatę coroczną do mieszkania, no dość sporą sumkę, bo trochę więcej niż pół tysiąca.

Więc strzał w ryj, konkretna gleba w błoto i znów trzeba się czołgać. Gdy zobaczyłem wycinek z wypłaty, na prawdę mało się nie rozpłakałem. Siedziałem jakieś pół godziny bez ruchu i gapiłem w te cyferki. Nabrała mnie ochota wyżucić to z siebie by się jakoś uspokoić, ale nie chcę nikomu już marudzić bo coraz to więcej osobom działa to na nerwy. Napisałem do żydówki, a ona "och scheisse ach scheisse" i cała rozmowa. Włączyłem więc bloga i piszę...

W międzyczasie obmyśliłem trzy opcje co dalej:

- Opcja numer jeden: pojechać jutro do opieki społecznej, powiedzieć co grane i wybłagać od nich by opłacili mi mieszkanie za ten miesiąc, nie robią tego raczej ale spróbować można.
- Opcja numer dwa (w razie niepowodzenia opcji numer jeden): pójśc do diakonii i tam wybłagać od nich pomoc, może coś to da
- Opcja numer trzy: Oddać właścicielce całą wypłatę, stracić pracę (brak kasy na autobus do roboty), wyjebać się na wszystko i zdechnąć tutaj z głodu

Pisząc tą notkę, natrafiła się opcja numer cztery: przed chwilą zadzwoniła do mnie taka pani i powiedziała że maszyna się spieprzyła (owe usterki, które powyżej wspomniałem) i to na maksa więc jutro siedzę w domu, ale w piątek znów do pracy. Wczoraj z nią rozmawiałem w cztery oczy bo była tam w OMEDZE, ona jest z tej agencji w której jestem i zna się na prawie. Opowiedziałem co grane. Wytłumaczyła mi że to nie do pojęcia że nie wypłacili mi pieniędzy za to, że w domu siedziałem bo nie mam jak się do pracy dostać. Dziś przez telefon powiedziałem jej, że na wycinku z wypłaty pisze, że ponoć sam zawiniłem, bo w robocie nie byłem i nic nie zarobiłem a to wielkie gówno prawda. Po pierwsze dawali mi pracę w miejscach, do których nie dojadę i to nie z mojej winy, a po prostu przez to że nie mam prawka albo że stałem o północy na przystanku czekając na faceta z którym jeździłem (sama agencja mi go załatwiła) a ten se po prostu nie przyjechał i wyłączył telefon, a gdy powiedziałem to tym z agencji zadzwonili do niego a on im walnął po prostu taki tekst, że już nie ma ochoty po mnie jeździć bo ma za daleko. A w ten dzień na wycinku zero euro bo "z własnej winy nie byłem w robocie". Nosz kurwa...Oni doskonale wiedzą że nie mam prawka, wiedzieli od zawsze, dlatego nie mogą mi dawać roboty do której się nie dostanę, tak nie wolno i powinni mi pracę w okolicy znaleźć, a jak nie to normalną godzinną stawkę wypłacić albo po prostu zwolnić (co też zrobili, do trzydziestego ale do tego trzydziestego powinni mi płacić, nawet jak siedzę w domu). Wytłumaczyłem tej miłej pani że jestem na dnie i nie wiem co dalej. Doradziła mi bym poszedł jeszcze raz do agencji i powiedzieć tak, jak ona mi to wytłumaczyła, że tak nie można, że powinni mi płacić, że to nie moja wina itd. no i że jak oni mi dalej takie kity wciskać będą to podała mi numer do ich przełożonych i że tam mam się z tym problemem zgłosić i wytłumaczyć na czym stoję.

A to że ta pani bardzo miła jest, to jednak wyczarowała uśmiech na mojej twarzy. Chciała mnie na tydzień. Gdy mnie osobiście poznała i usłyszała mój problem, zapewniła do osiemdziesięciu pięciu procent dwa tygodnie. Teraz już wie więcej. Nie będzie tylko tydzień roboty tam, ani może dwa. Ze współczucia zapisała mnie do dwudziestego szóstego, także miesiąc maj mam zaklepany :)