poniedziałek, 30 lipca 2012

Kolekcja

Każdy z nas, kiedyś czy dziś miał lub nadal ma szajbę na punkcie kolekcjonowania tego, czy owego. Kolekcjonować można kapsle, znaczki, koraliki oraz muszelki, stare lub zagraniczne monety, paczuszki zapałek, gadżety z II wojny światowej, zegarki, odpady ze śmietnika... tak, nawet śmieci. Wspominając dawne czasy przypomina mi się mój starszy brat oraz jego puste butelki od win czy szampanów, poustawiane na szafach i półkach, pochodzących z całego świata. Zaraził on się od mojego świętej pamięci wujaszka, który z tym zaczął. Ja natomiast w posiadaniu byłem całego kartonu opakowań po czekoladach. Różnorakie, kolorowe papierki z tąd czy owąd, które - gdy miałem podwójnie wymieniałem z kumplami, którzy też zbierali (A było ich kilku) Największą wartość miały te, które jeszcze pachniały czekoladą, albo te które miały w środku oryginalne sreberko a bezcenne były te, w których znajdowały się jeszcze plamki po czekoladzie. Cóż... czasy PRLu, gdzie czekolada warta była majątek albo wogóle jej nie było. Gdy już z tego wyrosłem, starałem zająć się zbieractwem czegoś dopasowanego do mojego wieku. Próbowałem ze znaczkami, z monetami ale jakoś nie wciągało mnie to, chyba z powodu braku znajomych, którzy interesowali by się tym samym. Gdy kupiłem pierwszy komputer rozpocząłem zbierać gry. Z biegiem lat dozbierałem ich coś ponad sześćset, w których połowe niemal wogóle nie grałem. Miesiąc w miesiąc jednak wychodziły na rynek coraz to nowsze gry, z wzmaganiami lepszej grafiki, większej pamięci RAMu oraz większego miejsca na twardym dysku a na nowy komp, czy też modyfikacje nie zawsze było mnie stać, więc zwątpiłem. Długo szukałem zastępstwa, lecz znalazłem wkońcu coś doskonale do mnie dopasowanego.

Kolekcją moją są modele samochodów w skali 1:18. Autka te nie są zabawkami dla dzieci, są one bowiem bardzo szczególnie upodobnione do oryginalnych pojazdów, posiadające karoserie z metalu oraz bardzo detalistyczne, plastykopodobne wnętrze czy tez kopia silnika pod maską. Są niezmiernie delikatne, dlatego nadają się one tylko i wyłącznie na postój w witrynie. A oto kilka zdjęć moich "zabaweczek" (fotki robione własnoręcznie, nie ściągane z internetu, tylko trochę przerobione, by wyglądały oryginalniej)


1988 Lamborghini Countach 25th Anniversary
Producent: RICKO
Autko owe kupiłem za niecałe 35 Euro. Fuksa miałem, dobra cena, model gorączkowo poszukiwany przez kolekcjonerów,  ponieważ nie jest on już produkowany i ciężko go znaleźć, firma RICKO przestała już istnieć, żadna inna firma nie przejęła produkcji, więc autko limitowane, teraźniejszą wartość jego szacuje się na jakieś. 70 do 80 EURO.
...ale mi fota fajnie wyszła...



1990 Lamborghini Diablo
Producent: Bburago
Jeden z najtańszych modeli w mojej kolekcji, ponieważ firma wyprodukowała go niezliczoną ilość razy. Ebay roi się od tego modelu a kolekcjonerzy sprzedają go za grosze. Są tam fioletowe, czerwone, niebieskie i pomarańczowe, czarne oraz żółte auta... a szarych nie maa :) Kupiony za 14 Euro ma z powodu limitowanego koloru o wiele większą wartość kolekcjonerską.



1995 Lamborghini Diablo SV
Producent: Welly
Jedno z ulubionych "Diablo" u kolekcjonerów, producent wyprodukował trzy kolory: szary, czarny oraz niebieski. ten ostatni jest niestety rzadko spotykany, ale to mi nie przeszkadza, moje "Diabla" mają być pod kolor :)



2007 Lamborghini Reventon
Producent: MONDO MOTORS
Jedno z najdroższych aut na świecie, prawdziwe jest limitowane do 20 sztuk i warte ponad milion Euro. Ten modelik nie przekracza 30,- ale cóż, nie stać na prawdziwe to sie kupuje model :)


To jeszcze nie wszystko, notka ta zostanie od czasu do czasu aktualizowana. Zdjęcia następnych aut w krótce (Jeszcze 13 zdjęć)


piątek, 27 lipca 2012

Odpoczynek

Dzisiaj rano wybył ja z domu, by pozałatwiać ostatnie sprawy związane z nową pracą, czyli podpisać umowę, wymeldować się z urzędu pracy, zdobyć parę groszy by się zabespieczyć w razie wu i co do czego jak by nie było gdyby nagle wybyło i te pe ^^ Wszystko poszło jak po maśle, ba, nawet połączenia autobusowe się zgadzały :) Spojżał ja na rozkład jazdy na dworcu szukając powrotnego, dzięsięć minut i będzie, żadne dwie godziny, trzy, półtora, nie, dziesięć minut! A że ja wredny czasami, pomyślałem sobie "nieeee do jasnej cholery, jak Kuba Bogu, tak ten no wiecie, tym razem ja Cie wkurw.... rze" i sem nie pojechał nim. Usiadłem sobie za to w kawiarence ponieważ następny za półtora godziny, więc zamówił se ja wielką, lodowatą colę a po niej całą salaterkę pełną kulek z różnorako-smakowatych lodów a na nich gęsta, bita śmietanka, sporo jej, oj sporo :D więc tak sobie siedziałem, podjadałem i odpoczywałem, wpatrując się w... tych, no, Lu...dzi ^^ ...Bosz jak ja te spodeneczki uwielbiam, białe, czarne, różowe, niebieskie, króciutkie, mmmh jeszcze krótsze... ...ekhó ;]... sorki ;] 
 ...ten, no, w każdym razie wolny od trosk, spowrotem w życiu, nie martwiąc się jak przeżyć następny tydzień, wolny od walki o przetrwanie jestem spokojny i odpoczywam z uśmiechem na twarzy. Szczęście zaczęło sprzyjać, nawet do domu wracając spotkał ja jeszcze kumpla starego, który będzie mnie wozić przez następny tydzień więc gitarka :) Przede mną ostatni weekend na bezrobociu. Wykożystam go i pojadę sobie na basen... popływać sobie, poopalać no i takie tam se jeszcze przy okazji ^^

wtorek, 24 lipca 2012

Nie no, to chyba sen...

Ulga! Jaki ogromny ciężar spadł mi z pleców, który nosiłem na nich przez niemal osiem miesięcy! Tak się cieszę... podskakuję pod sufit, stukam głową w niego "stuk, puk, dub, jeb, hop, sru" ale nic mi to nie robi! Tynk pruszy się na dywan, gwiazdki krążą wokół czerepa i to w jaskrawy dzień, guz za guzem i guz na guzie ale co mi tam :) Lekki jak motylek mam ochotę wyskoczyć przez barierkę na balkonie... nie, nie brałem prochów czy zielska, nie upiłem się czy w jaki kolwiek sposób zaburzyłem świadomość, nie utraciłem stabilności psychozy o nie, po prostu... ufffffffff... aż mi się odbiło :P

Był se ja w urzędzie pracy. Jak wiadomo, klątwa siwogłowej rozruch...szanej, brzeskiej cyganki spod bedeku, ta z tą niedopitą flachą spirytusa z kości alpaki - o smaku łuszczącej się fretki, cholerna klątwa która na mnie leży od dzieciństwa odezwała się ponownie... a mianowicie to autobus przyjechał pięć minut później niż powinien. Dzieciarnia kilka przystanków dalej zatrzymała nas na jakieś dwie minuty, potem była jeszcze budowa po drodze, autobus do mojego celu dojechał niemal pół godziny później. Ja biegiem na termin, tylko wlazłem do biura i już zjeby. Na te zjeby zareagował ja niezmiernie agresywnie. Rozkrzyczał się ja, ba, rozdarł jak nie wiem kto, ale gościu jednak młody i miły dał radę mnie uspokoić. Pogadali my o tym i owakim oraz o mojej sytuacji. Rozmowa półgodzinna ale nic z niej nie wywnioskowałem, tak samo jak i mój rozmówca nie wywnioskował nic. W sumie mogłem zadzwonić tylko i nie jechać bo i tak suma sumarum nic z tej rozmowy pozytywnego nie wyszło ale prawo prawem, musiałem się zjawić i ch... no. Zapytałem o parę groszy zaliczki lub wogóle jakiejś pomocy do pierwszego, ale tak bidny jak tam wlazłem, tak bidniejszy jeszcze wyszedłem. Zatem treptam se ja po mieście zrezygnowany, czekając na kolejny atak cygańskiej klątwy. Długo czekać jam nie musiał, spojżał ja tylko na rozkład jazdy autobusa powrotnego i stwierdził, że następny kursuje jakieś dwie i pół godziny później... machnął ja ręką obojętnie, nie dziwiąc się temu. Polazł ja se na spacer, gdzie jaką tanią kawke wyczaić. Przeszedł ja przez rynek, gdy nad głową zabłysnął mi znak z napisem RANDSTAD. Agencja jedna, która oferuje stanowiska pracy tu i uwdzie. Jednak mysląc o klątwie przeszedł ja obojętnie bo przesz "kiedyś tam byłem, od razu o prawko pytali, dostali CV i inne dane o mnie i się więcej nie zgłosili" Ale... tu nagle coś mnie jak by dupło w pierś a w głowie STÓJ! WEJDŹ TAM! więc ja przystanął i wlazł... pani taka gdzieś w moim wieku o blond włosach przywitała mnie ślicznie. Powiedziałem że szukam pracy, ale od razu też, źe prawka nie mam.( No co, wejść nie zaszkodzi a urzędowi pracy powiem że tam byłem, by facet widział że szukam) Ona mi na to coś o firmie gdzieś dalej stąd co dojazdu bym nie miał czyli standard ale... mam przysłać ponownie swoje CV i dane, bo moooooooooże coś się znajdzie. Zgodziłem się, zostawiłem numer telefonu, wziąłem wizytówkę i wciąż zrezygnowany polazł ja do sklepu za ostatnie grosiki nakupić makaronu. Godzina na przystanku, Bus... dziesięć minut opóźniony i lej na to że czekam ponad godzine, normalka! Potem wlazł ja do domu, telefon. Właścicielka mieszkania upomina się o czynsz. Ja znów machnąc ręką odpowiadam "tak psze pani, zapłacę psze pani, cierpliwości, krucho u mnie psze pani, proszę o zrozumienie, litości psze pani". Po odłożeniu słuchawki znów telefon. Bardziej zdołowany odbieram i smutnym głosem "Halo..." Odezwała się młoda pani o blond włosach. "Dzieńdobry panu, upszejmie pana informujemy że jak pan jeszcze zainteresowany pracą, to zaczyna pan w poniedziałek wieczór w firmie bla bla, same nocki, blisko pana domu, gratulujemy, czy pan się cieszy? dość szybko, co?" A ja... a mnie zatkało... :D HURAAAA!!! :D :D :D Jestem w szoku... nareszcie! Jaka ulga... ja teraz na prawdę boję się obudzić...

poniedziałek, 23 lipca 2012

Notka długa o oczekiwanym poniedziałku...

Siedzę sobie na narożniku, jak co dnia z resztą - przed telewizorem. Akurat leci Teleexpress. Mam tu kilka polskich programów, więc dowiaduję się tak codziennie, co w naszej polsce słychać. Rozmyślam nad tym, co to o dzisiejszym poniedziałku naskrobać... hm...

Z niecierpliwością czekałem na dzisiejszy dzień, miałem dzisiaj dostać wiadomość z pewnej agencji, która miała by dobrze płatne miejsce pracy na bawarii, czyli jakieś dwieście kilometrów poza moim domem. No cóż, facet bez kobiety ani dzieci, nic mnie tu w tygodniu nie trzyma, szansy na prace w okolicy nie ma z powodu braku prawka, wracał bym w weekendy ale premia by za to była i to sporawa przez odlegość, jakieś tam kieszonkowe, plus normalna wypłata, kasy jak smrodu i bródu u... (dla wtajemniczonych, wiecie u kogo). No ale to ani maila, ani telefonatu od nich, więc zadzwoniłem. Okazało się, że agencja nic jeszcze nie wie, wysłali moje CV tamtemu szefowi, który się w agencji jeszcze nie zgłosił więc usłyszałem tylko "nie wiemy jeszcze nic, czekamy na wiadomość, jak się dowiemy to powiadomimy pana". A więc czekam... jednakże wątpie by to wypaliło. Szczęście od lat ogromnym łukiem mnie omija a pech przyczepił się do mnie jak rzep do psiego ogona, albo i mocniej. Dajmy taką pieprzoną wyprawę rowerem do sklepu, który znajduje się jakieś 7 kilometrów stąd, do którego zazwyczaj jeżdże autobusem ale z powodu braku pieniędzy teraz mnie na to nie stać. Taki jeden przykład z dosłownie codziennych porażek, które muszę znosić, nie załamując się. Ubieram się, golę, pakuję butelki na wymianę, przygotowuję, notuję co potrzebuję by wystarczyło do wypłaty z urzędu pracy, schodzę na dół do roweru a ten... najzwyczajniej w świecie rozpieprzony bo hamulce nie działają, a raczej działają bo trzymają się koła i za cholere puścić nie chcą. No cóż, więc nie pozostało mi nic innego niż pójść do piekarni po drogi chleb i nutelle, bo nie mieli nic innego.

Podjadłem sobie kilka kromek i siedzę. Jak codziennie z resztą przed telewizorem. Teleexpress się skończył, leci jakiś polski serial. Nie wiem o co w nim chodzi bo łeb zawalony myślami... jedną z tych myśli jest, że jakoś nie pasuję do tego świata. Biedak siedzi przed ogromnym, dość drogim, płaskim TV z opcją 3D, kupionym gotówką za ciężko zarobione pieniążki w byłej pracy. Za nadgodziny, nocki i popołudniówki, za przepracowane weekendy i za utracone nerwy, przez które tak samo utraciłem kilkanaście kilo i to w ciągu niemal połowy roku, miesiąc w miesiąc wbijając nową dziurkę w pas, bo niegdyś ciasne spodnie poczęły mi spadać z dupy. Nie musiałem się tam wysilać, praca łatwa i wogóle nie męczyła fizycznie. Ta utrata wagi na pewno spowodowana była  przez nerwy. U boku na ścianie modele samochodów, czyściłem je sobie wczoraj i zrobiłem renament kolekcji. Nazbierało się ich kilka, kupywałem sobie po jednym w prezencie na wypłatę, takie małe wynagrodzenie za ciężką pracę. Przez kilka rarytasów które już niemal nie dostanie się na rynku ma kolekcja wartość większą niż telewizor. Mieszkanie śliczne, w bardzo cichutkiej wiosce, dwa pokoiki, balkon, wanna, zmywarka nawet której sam przecież nie używam. Od lat wymarzone mieszkanie, w którym tak dobrze się czuję... jednak coś mi podpowiada, że nie pisane mi takie rzeczy i że to nie tu moje miejsce. W myślach obliczam, ile bym dostał pieniędzy za ten telewizor, o którym marzyłem od lat? Czy  kupił by ktoś te autka za cenę, którą podliczyłem? Pieniądze te pomogły by mi na jakiś czas, ale utracił bym to, na co tak ciężko zapracowałem... a jeszcze wyprowadzką z tąd wymazał już całkowicie te półtora przepracowanego roku, pozbywając się plonów ciężkiej charówy... w nocy przyśnił mi się dawny czas, jeszcze z przed terapii. O piątej rano skończyła się wódka, wybiegłem w kapciach i po kilku minutach wróciłem z nową, pełną butelką. Załatwiłem flachę od razu, nawet papci nie ściągając. I fakt, w czasach mojego chlańska nawet bez grosza w kieszeni dałem radę upić się do wieczora. Wtedy nie miałem trosk, było mi dobrze, nikt nie chciał ode mnie nic... czasem mam po prostu wrażenie, że to tam jest moje miejsce, a nie w normalnym życiu...

Siedzę sobie na narożniku przed telewizorem, jak codzień zresztą. Siedzę i gapię w jakiś polski serial, nie wiedząc o co w nim chodzi. Co jakiś czas zerkam na pocztę, oczekując maila z agencji, który przyniósł by tak ogromną ulgę... czekam na telefon z dobrymi wieśćmi. Wieśćmi, które potrafiły by doprowadzić mnie do łez. Nie wierzę jednak. Mam nadzieję, ale nie wierzę w to, że takie coś mogło by się przytrafić. Nie wierzę, bo mam po prostu dość tego wszystkiego... i chwiejnie stojąc na nogach, wyciągam swe dłonie do kilku osób, które zasłużyły na miejsce w moim sercu. Wyciągam swe dłonie bo to jedynie nim zawdzięczam to, że jeszcze stoję...

I w dalszym ciągu siedzę na narożniku, jak codzień zresztą... w TV jakaś dokumentacja polska i nie wiem o co w niej chodzi. Zerkam tam czasem ale nie kumam. Ciekawe ile on jeszcze pogra? Ma pół roku, obraz mu zaczął mrugać, cóż... telewizorek się pieprzy...

piątek, 20 lipca 2012

Mój świat oraz ja, czyli kim jestem






Wy chcecie wiedzieć kim ja jestem?
Okay, ja wam to powiem
Jestem dobrze wychowanym chłopcem
Z całkiem twardym hakiem
Ja mam dwie twarze - które ujawniają moje życie
I już wcześniej wam to powiem
Ja bym to życie znów wybrał

Z jednej strony jestem tym szczęśliwym
Zawsze zwariowanym
Wesołym i życzliwym
W pełni uczuciowym
Jestem tym, kim jestem
I zostanę takim jakim jestem

Z innej strony jestem tym cichym
Który cieszy się spokojem
Tym, który czasem z chęcią wsłuchuje się
W odglłos swej łzy spływającej po policzku
Bo wtedy jestem "Back" w myślach o przeszłości
I tkwie w tym brudzie z minionego czasu

Pobity, skopany, zdradzony przez życie
Straszony, gnojony, dręczony przez wszystkich
Ale to są tamte czasy które mnie dzisiaj charakteryzują
I jak już powiedziałem, ja bym to życie znów wybrał

  •  

On jest mój
To jest mój świat
Bez przyjaciół, bez miłości i bez gównianych pieniędzy
Nawet jeśli nie ma aż tyle do zaoferowania
Tak jak by mi się to podobało
I tak on jest mój, ja kocham swój świat

On jest mój
To jest mój świat
Bez przyjaciół, bez miłości i bez gównianych pieniędzy
Nawet jeśli nie ma aż tyle do zaoferowania
Tak jak by mi się to podobało
I tak on jest mój, ja kocham swój świat

  •  

Nie wierzę w Boga, bo nigdy go dla mnie nie było
Ufam przeznaczeniu, bo to ono prowadziło mnie przez życie
I zawsze, gdy mnie ono powaliło, 
Złapało mnie znów i postawiło spowrotem na nogi
Wszyscy myślą że mam przyjaciół stojących za mną
Ale musze was zawieść i odgonić ową myśl
Jestem mym własnym przyjacielem,
Mym własnym dzieckiem
Żyję własne życie bo chodzę własnymi drogami
Jestem pacyfistą i walczę zawsze o pokój
Walczę zawsze o duszę z dobrymi manierami
Jestem humanistą, i tak bardzo kocham
To cholerne życie z morza łez
Życie było często ciężkie i chciało mnie docisnąć niżej
Ale nie dałem się zagiąć, tworząc wsparcie
Które dziś mnie jeszcze chroni i podtrzymuje na duchu
Chcę być szczery, wziął bym to życie ponownie

  •  

On jest mój
To jest mój świat
Bez przyjaciół, bez miłości i bez gównianych pieniędzy
Nawet jeśli nie ma aż tyle do zaoferowania
Tak jak by mi się to podobało
I tak on jest mój, ja kocham swój świat

On jest mój
To jest mój świat
Bez przyjaciół, bez miłości i bez gównianych pieniędzy
Nawet jeśli nie ma aż tyle do zaoferowania
Tak jak by mi się to podobało
 I tak on jest mój, ja kocham swój świat

  •  

Zawsze byłem sam,  nie miałem nikogo
Chciałem wkońcu coś zmienić no i przyszedł ten dzień
Chciałem zwrócić na siebie uwagę, powiedzieć jak się czuję
Chciałem wzbudzić zainteresowanie że ja też istnieję
I tak ją spotkałem, moją wielką miłość
Ona zawsze mnie wspiera, nie ważne jak wielki jest kryzys
Poznałem ją, nadal uczę się jej doceniać
Kocham ją z całego serca i nikt mi jej nie zastąpi
Muzyka jest kluczowym słowem, wokół której się tu wszystko obraca
I aby mnie od niej odciągnąć to już jest teraz za późno
Ona pozwala mi powiedzieć co myślę i co czuję
Przy niej mogę wszystko znieść, jeśli dzieje się znów coś złego 
Ona dodaje mi uczuć, by stworzyć coś specjalnego
I oddam jej godność, by coś po mnie u niej zostawić
Ona dodaje mi siły by dalej mieć nadzieję w życiu
Otwarcie stanę jej naprzeciwko i wziął bym znów to życie

  •  

On jest mój
To jest mój świat
Bez przyjaciół, bez miłości i bez gównianych pieniędzy
Nawet jeśli nie ma aż tyle do zaoferowania
Tak jak by mi się to podobało
I tak on jest mój, ja kocham swój świat

On jest mój
To jest mój świat
Bez przyjaciół, bez miłości i bez gównianych pieniędzy
Nawet jeśli nie ma aż tyle do zaoferowania
Tak jak by mi się to podobało
I tak on jest mój, ja kocham swój świat





Tekst piosenki: Celvo
spolsczył: ja i dziadek google :)  (za niezgodności odpowiada programista tłumacza)


wtorek, 17 lipca 2012

Słabość

Natsu Dragneel (Salamander) - chałaśliwy rozrabiaka, psuje wszystko co stanie mu na drodze, fest przymocowane, czy też nie przymocowane do ziemi. Dla jego przyjaciół dał by się zabić, walcząc z wrogami nigdy nie traci wiary w to, że zwycięży. Jego słabością są środki lokomocyjne. gdy wsiądzie do jakiegoś pojazdu albo na coś, co się porusza, choruje i jest niesprawny do walki.

Erza (Tytania) Scarlett - dziewiętnastoletnia, czerwonowłosa wojowniczka. Najsilniejsza kobieta w gildii, ma tak potężną osobowość, że nikt nie odważy się jej sprzeciwić. Słabością Erzy jest jej sentyment oraz serce, które ukrywa pod ciężką zbroją, jaką nosi na codzień. Tak chroni je przed kolejnymi, bolesnymi ranami.

Lucy Heartphilia (Luuuuśiiii) - młoda, słodka i niezdarna blondyneczka, którą uwielbiam najbardziej (tuż przed Happy´m). Dla szczęścia w życiu oraz przyjaciół zrobiła by wszystko. Jak postawi sobie jakiś cel, dąży do niego choć by nie wiem co. Jej słabością jest jednak strach przed wrogami, który ją niemal paraliżuje i czasem sprawia jej otoczeniu wiele kłopotów.

Gray Fullbuster (AAAJSYMEJKYY!!!) - em... on to... żre się zawsze z Natsu :) A i rozbiera w publicznych miejscach. Tylko on tego nie kontroluje, tak się nauczył za dzieciństwa i tak mu też zostało :) No i mimo że on i Natsu mało się nie pozabijają, to jeden za drugiego oddał by życie. O jego słabości nie pytajcie, bo ich nie znam :) Jeszcze nie.

Wyżej wymienione osoby, to postacie fikcyjne. Wybrałem je jako przykład za osoby realne, by nie wzbudzać niepotrzebnych dyskusji z owymi. Ale o co mi biega? Otóż każdy z nas ma jakieś słabości, z którymi powinniśmy walczyć oraz starać się je przezwyciężyć. Ale z innej strony na nie patrząc, dodają one siły do walki z życiem. To wszystko zależy od tego, o jaką słabość chodzi. W moim przypadku istnieją dwie. Ta najcięższa to wiara w coś, co po prostu nie jest prawdą. Czasami, gdy kopnie mnie życie raz jeden, to na tym razie nie przestaje. I codziennie dochodzi coś nowego, coś złego, non stop bez końca. Starając się naprawić sprawy które się popsuły, mimo wysiłków, starań i walki nie osiągam nic. Walcze wtedy bardziej, natrętniej, starając nie upaść na kolana a tu nagle CIACH! i padam znów na ryj bo znowu coś nie wyszło. Trace siły, nie mogę się podnieść, wątpię w zwycięstwo i niemal poddaje ale czasem ktoś podejdzie i zmotywuje więc unoszę się ponownie i gnam do walki, jednak nie wierząc już w jakikolwiek postęp bo brakuje sił, ale jednak walczę by nikt nie powiedział że sam sobie winny jestem bo nie robię nic. I to już tak od lat! Wtedy obojętnieję, myślę że po prostu taki mój los i muszę z tym żyć? Że może jaka cyganka mnie za dziecka zaczarowała bo niechcąco wdepłem jej na nogę? Albo ktoś mi źle życzy i to ma efekt taki jak lalka voodoo, wbijesz w nią igłę a osoba dla której to przeznaczone zwija się z bólu? Nie, to nie to. Takie coś nie istnieje. Wiara w takie bzdety to moja słabość i z nią właśnie walczę. Coś jest nie tak, fakt, ale to na pewno nie to.

jeśli chodzi o drugą słabość, to już nie dziś. Może kiedyś coś o niej napiszę, na dzisiaj już starczy. Mały postęp dziś osiągłem więc uśmiech jest i niech pozostanie na twarzy, mały, ledwo widoczny ale jednak...

sobota, 14 lipca 2012

Wstań żesz wkońcu z tego wyra!!!

...usłyszał bym w południe albo nawet i później, gdybym nie był sam, miał żone czy bynajmniej dziewczynę. To znaczy mówię tak teopraktycznie, bo gdybym takową miał, życie moje obróciło by się o sto osiemdziesiąt stopni. Nie chodził bym spać o czwartej nad ranem i nie leniuchował w wyrku tyle czasu. Z resztą co znaczy słowo "tyle czasu"? Przeciętny człowiek potrzebuje osiem godzin snu. Kto liczyć potrafi, obliczy fakt, że chodząc spać o czwartej nad ranem, powinien dospać godziny dwónastej. Hah, nie jeden z was powiedział by teraz "weź się połóż wcześniej, to i pół dnia nie prześpisz!". Faktem jest jednak, że kocham noc. Gdy robi się cicho, gdy wszyscy śpią, żadne auto nie zakłuca za oknem tego spokoju, gdy nie słychać nawet ćwierknięcia jakiegoś ptaszka, gdy własne myśli zaczynają szeptać oraz usłyszeć można bicie  własnego serca. Gdy czuję się bespieczny, miękko otulony ciemną płachtą gwiezdnej nocy i gdy za oknem dosłyszeć można pogawędkę sowy z jej upolowaną zdobyczą. Gdy siedząc, lub leżąc sobie wsłuchuję się w muzykę świerszczy grającą gwarnie w trawie za oknem a wiatr pieszcząc korony drzew, motywuje listki do nocnego tańca. Wtedy, zatopiony we własnych myślach i wsłuchany w ten koncert za oknem utracam poczucie czasu. Aż tu nagle "KUKURYKUUUUU!!!" ... Kogut z kurnika niedaleko mojego domu przywraca mnie do rzeczywistości. Pies w budzie obudzony jego wrzaskiem zaczyna szczekać bo wie, że zaraz jego pan przyjdzie i da mu śniadanie oraz zabierze na spacer. Pierwsze auta pędzą za oknem, ptaki budząc się zaczynają śpiewać a pierwsze promyki słońca wychylając się zza horyzontu rozjaśniają ciemność i jedyne co mnie wtedy otula to moja kołdra. Gdy większość ludzi otwiera oczy by przywitać nowy dzień, ja je zamykam żegnając kolejną, spokojną noc...

piątek, 13 lipca 2012

Początki są zawsze trudne...

Blog... czasami mam ochotę wyrzucić z siebie wszystko, co mam do powiedzenia. Przestać się męczyć, dusić, po prostu wygadać się komuś, nawet nie prosząc o poradę, pomoc czy coś w tym rodzaju a bardziej o zrozumienie. Istnieją w moim życiu bowiem momenty, które są po prostu tak pokręcone, tak niewytłumaczalne jak zjawiska paranormalne... dużo ich jest i często się przytrafiają. Jednak zagadać kogoś, pogadać o tym, wyżucić gniew z siebie w ten sposób i nie inny (jak na przykład ludzie którzy coś rozwalą, komuś przywalą itp) to też nie rozwiązanie na wieczność. Niejeden ma swoje własne problemy i chciał by do tego jeszcze wysłuchiwać moje. Były czasy, w których robiłem to bez przerwy nie wiedząc co robię a potem dziwiłem się, że uciekali albo słuchać mnie nie chcieli. Jednak przyhamowałem. To doprowadziło do duszenia wszystkiego we mnie a to nie jest doskonały pomysł bo znam siebie. Boje się że (ponownie)  wybuchnę, raniąc tym siebie samego oraz innych w moim otoczeniu...

Pewna czerwonowłosa istotka prowadzi od kilku lat bloga. Gdy ją poznałem, pokazała mi go, poprosiła bym poczytał oraz zostawiał u niej komentarze. Naturalnie skożystałem ale zauważyłem że nie komentowałem u niej tego co ona napisała a to, co ja bym zrobił, jak się zachował w pewnych sytuacjach, wspomnianych w jej notkach. Po długim czasie zrozumiałem że tak nie powinno być, cały czas tylko "Ja bym to, ja bym tamto czy siamto, Ja, Ja, Ja" a komentarze zazwyczaj na pół stronicy! Pomagało mi to wygadać się, fakt, ale po jakimś czasie brzydziło i ponownie czytając samego siebie stwierdziłem, że prowadze własnego bloga w jej komentarzach. Zwróciłem się do niej z tym. Nie raz zaproponowała mi pomoc w stworzeniu bloga dla mnie ale ja się zawsze krępowałem, z powodu tego że jestem facetem, z powodu wieku oraz tego, że nie wiedział bym co pisać. Dziś przyszedł jednak ten dzień, w którym zaproponowała to poraz kolejny. Zgodziłem się wkońcu i Owocem naszej wspólnej pracy jest ten oto skromny blog i pierwsza notka. Początki są bardzo trudne, ale od teraz myślę, że wypełni się on wieloma interesującymi notkami a moja dusza uspokoi się nieco, gdy opowiem na blogu co znów dziwnego przeżyłem. Dziękuję za pomoc Vill :)