niedziela, 23 grudnia 2012

Imprezka

Było normalnie zajebiście. Najpierw przyjechałem do tego miasteczka i kogo w autobusie spotkałem? Danielka, który też się tam wybierał. Gdy dojechaliśmy, wyciągłem z automatu paczkę fajek i poszliśmy do góry, tam, gdzie imprezka miała być. Pierwszzą osobą która tam była to mój pracownik z nocy, taki gostek z agencji a nawalony jak perszing :D cały czas się do mnie kleił, cały czas o pracy rozmawiał. Kilka razy mu mówiłem by mnie zostawił, mówiłem mu by przestał o pracy gadać bo urlop jest ale nn swoje. Dopiero jak mu sprzedałem kopa w dupe to się uspokoił. Zaczęło sie ludzi zbierać i po jakimś tam czasie weszliśmy do środka.

Szef coś tam marudził o zyskach, o tym i o tamtym, o rzeczah, o których w sumie nikt słuchać nie chciał. No ale tak pół godzinki później zostawił nas w spokoju mówiąc jak katolicki ksiądz: bierzcie i nachlejcie się wszyscy, to jest bowiem rachunek mój, za którego ja zaplacę. I tak też postąpiłem. Najałem się, napiłem i to sporo nawet, do teraz się chwieję... no dobra jestem nawalony jak autobus :D

To było po prostu najzajebistniejsze co ja w tym roku przeżyłem. No ok, odzyskanie Vill było lepsze ale ja zawsze powtażałem że wszystko co piękne, kiedyś się kończy... to z Vill też się skończyło, strasznie mnie to boli, nie macie pojęcia, ani odrobinki tego uczucia co ja w sobie mam... byście mieli to zrozumieli byście ale pojęcia nie macie o takim bólu. Nic a nic. Sny o niej, tęsknota, nieprzespane noce ani dni, tzn zależy jaką zmianęmam.... nie potrafię o niej nie myśleć, nie umiem jej zapomnieć, to tak boli....

...S... miała rację ze swoją zazdrością. Ona tak się bała, że na imprezie kogoś poznam. Nazywa się Hannah, młoda, czarnowłosa dziewczyna, jakieś 25 lat, zgrabna i niższa ode mnie a oczy ma boskie... Obiecałem promyczkowi, że wrócę cały i zdrowy, samotny jaki byłem i nikogo nie poznam, a przenadto dam radę dojść do domu ale ona wiedziała już że tak nie będzie. Osiem kilometrów się chwialiśmy przez ten śnieg tutaj, góry, las i zimno. Tak wtuleni w siebie że zapomniałem, że nie wziąłem swojej kurtki, w której był mój aparart i klucz. Gdy staneliśmy wkońcu przed drzwiami, wtedy zauważyłem że nie mam klucza. Ale mnie to nie obchodziło. Spojżałem jej w oczy a ona wtulona we mnie pyta się "co teray?" Ja już te oczy widziałem, to spojżenie i to bicie serca, które od niej czułem... to przypomniało mi oją żabkę i ten moment w nysie, ten jeden moment... nie mogłem inaczej, musiałem ją pocałować

Trzy godziny wcześniej obudziłem się. Znalazłem na swej poduszce czekoladkę oraz kartkę z napisem "dziękuję..." ale jej już nie było. Jutro jadę do jej restauracji, po swą kurtkę, klucz i aparatkę. W sumie nie chcę jej już widzieć, jedna przygoda starczy. Nie potrzebuję zwoązku, dziewczyny czy czegoś. Nie chce tego i tyle. Czuję coś do jednej, jedynej w swoim rodzaju, mojej małej ...S... za którą bym swoje życie oddał. Nikt inny mi jej nie zastąpi, żadna kelnerka z restauracji, żadna inna. Teraz czuję się tak, jak bym ją zdradził... gówniane uczucie :(

Ale tak wszystko ze wszystkim, ta noc była po prostu najzajebistniejsza :) Wesołzch świąt wam wszystkim i buziaki :*

wtorek, 18 grudnia 2012

Ciężka praca skierownika

Poniedziałek wieczorem. Wychodzę na przystanek, jak zawsze i czekam na kolege, z kórym jeźdźiłem w tamtym tygodniu, w sobote rano po pracy umawiając się zresztą na 18:20, standardowo. Czekam i czekam, a gostka jak nie byo tak nie ma. Z niecierpliwością yerkam na komórka, nic. Pomyślałem "zadzwonię", tak też zrobiwszy musiałem stwierdzić fakta, że ma wyłączony swój dryndafon. Zdygany myślę by zadzwonić do kogo innego co ma w tym weeku nocki ale o tej porze on już pewnie w drodze, przed firmą, cóż, pierwsza myśl, ludzie są tacy że nie zawróci napewno, nie podjedzie po mnie (chociaż to wcale nie daleko) więc wykręciłem numer na taxę. Podjechała po kilku minutach, kierowca mieszka tu na wsi, zatrzymaliśmy się jeszcze przed bankiem bym mógł go zapłacić i po krótkiej bitwie z moją kartą od bankomatu (pierdzieli się, ale dostałem w piątek nową i nie wziąłem ze sobą) pojechaliśmy pod firmę.

Opóźniłem się o trzy minuty. Kierownik z drugiej zmiany już do mnie podbiega i krzyczy że czeka na mnie, wyjaśniłem sytuację więc pokazał mi co grane, co nie działa, co trzeba zrobić, pokazał mi jeszcze że muszę naprawić pewną formę którą jego pracownik z agencji zrombał a na pytanie "czemu ja?" odpowiedział że miał stresa i nie wyrobił się. Na pytanie gdzie jest Manfred i czemu go ze mną na nockach nie ma, odpowiedział że był dziś rano, robił inwentaryzację i że ma pierwsze zmiany, co znaczy że znów jestem na nockach sam za siebie i firmę odpowiedzialny. Jednak miałem kogoś z agencji, taki polak, starszy taki pijaczek, spoko facet nawet, przyjazny itd... ale jako pracownik? :/ Normalnie pracuje on przy pewnej maszynie, którą na pierwszej, albo drugiej zmianie spierdaczyli więc musiałem mu pokazać inne miejsce pracy. A on...

...Nie skomentuję tego, tak jest lepiej ;] Albo ok, tak z gróbsza:

Nie rozumiał nic, nic do niego nie docierało. Pytał o rzeczy, które dziecko by od razu poniało. Takie najprostsze z najprostszych, na które wpada się samemu z siebie jakoś, on nawet nie wiedział jak skleić taśmą karton... jedno zadanie mu odebrałem, powiedziałem by tego nie robił bo tylko psuje (no ok, pierwszy raz miał taką skomplikowaną robotę więc ok ale reszta?) I wołał mnie odciągając od mojej maszyny, pięć razy mu pokazuję, tłumaczę, ale kurde... może ja jakoś nie jego językiem gadałem? albo po prostu to ja nie potrafię tłumaczyć, mimo że zawsze staram się być dokładny, jak coś tłumaczę? (Czasami nawet za dokładny, niektórzy to znają i przeklinają czasem :) )

Wkurw przyszedł pod koniec roboty, jak musiałem pierwszej zmianie przekazać firmę. Podszedł do mnie i pyta mnie, gdzie wyżucić śmieci (Śmietnik kurwa przed bramą, gostek był tam nawet kilkanaście razy) Spytałem go tylko z jakiej on się palmy urwał i że ma to wyżucić do swojego bagażnika.

Przez całą robotę przyłaził i denerwował, stawiając idiotyczne pytania. Taki zakręcony gość, masakra... :D w sumie udało mi się ponaprawiać to co druga zmiana mi popsute zostawiła, poprodukowałem trochę ale nie za wiele, ale ten wnerw... bo cały czas odciągał od maszyny z powodu jakichś tam błachostek, które mu przecież na samym początku wyjaśniłem. Ciekawe, czy będę go miał dziś wieczorem, jak tak to się załamię ^^

A tak z innej beczki: w piątek impreza wigilijna, będzie cała firma, wszystkie hale, słyszałem że ona jest zawsze huczna i zawsze jest wesoło. W tamtym tygodniu przyszedł sam szef i zaprosił mnie osobiście, inni muszą sie wpisać na kartkę a do mnie przyszedł we własnej osobie :) Jednak nie tylko po to by mnie zaprosić. Przekazał mi jeszcze, że ma zamiar mnie przyjąć w nowym roku na stałe, bo bardzo ze mnie zadowolony i bardzo mi ufa, dlatego nie ma żadnych wątpliwości co do moich znajomości maszyn oraz zdolnoci kierownicze na nockach. No ale tak szczerze, to po dzisiejszej nocy mam jakotakie wątpliwości co do samego siebie ^^

...a potem się pyta czy przyjdę już drugiego do roboty. "Nie ma mowy!" chciałem wrzasnąć, bo inni przecież siódmego zaczynają ale cóż... trzeba myśleć o przyszłości, więc muszę mu się podlizać

sobota, 15 grudnia 2012

Ta nutka...

Hm, jak by tu zacząć?...

Pewnego ranka wróciłem z nocki do domu, to było w tym tygodniu jeszcze. Włączyłem kompa, jak zawsze z resztą, wlazłem na swojego bloga, do pokoiku Lindsey po czym wystartowałem kilka jej nutek, otworzyłem fajrantowe piwko i przymknąłem oczy opierając wygodnie, by się odprężyć przy jej skrzypkach. Po kilkunastu minutach standardowo otworzyłem fejsa, posprawdzać sobie kto co powklejał, kto co mi wysłał, komu się nudzi i takie tam bzdety facebookowe jak kto co lubi czy udostępnia. Po kilkukrotnym wysłuchaniu skrzypek mojej ulubionej muzykarki włączyłem swoje radyjko a wtedy usłyszałem TĄ nutkę, to cudo, to niesamowite coś, ten rytm fortepianu, to coś, co wszystko zmieniło...

A co zmieniło?... Zacznijmy może od wyżej wymienionego Fejsa. Jakimś cudem otworzyło mi się okienko pewnej pani, którą poznałem wtedy przez internet, na portalu o przyjaźni listowej. Chciałem wtedy kontaktu z normalnymi ludźmi, którzy stabilnie stoją w życiu na własnych nogach i nie należą do otoczenia które ja wtedy znałem: pijaki, menele, żule których przed terapią miałem za swoich przyjaciół. Chciałem kontaktu z normalnymi ludźmi, normalnym światem poza murami kliniki, z światem którego wtedy nie znałem. Nie pamiętam już czy to ona mnie zaczepiła czy ja ją, ale chyba ona mnie bo napisałem tam kilka słów o sobie, kim i gdzie ja akurat jestem. Pisaliśmy ze sobą. Nasze listy miały minimalnie dwadzieścia, dwadzieścia pięć stron. (Mam je jeszcze wszystkie, posegregowane i ponumerowane :) ) Jednak gdy wyszedłem z terapii, nie odpisałem jej na ostatni jej list. Było wtedy dobrze, miałem dziewczynę oraz cele związane z nią, byłem zdrowy. Nie miałem wtedy bladego pojęcia, jak bardzo ważny byłem swojej przyjaciółce listowej i jak bardzo cierpiała, że jej nie odpisałem.

Ona już wtedy nazwała mnie swoim listowym mężuniem :)

Jak już wspomniałem, jakimś cudem otworzyło mi się jej okienko na fejsie, napisała mi coś o grze Farmville bla bla coś tam coś tam, a ja jej odpisałem na to, zdziwiony, że wogóle o mnie jeszcze pamięta... dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że ta wiadomość od niej jest z 2010 roku. Ale jak się ucieszyła, że jej odpisałem :D Znów mamy kontakt ze sobą i jest fajnie, tak jak wtedy i nie ma dnia bez jakiejś zaczepki czy kilku słów no i widać, że nic się nie zmieniło, nawet przez te kilka lat milczenia :)

Mam jakieś dziwme wrażenie, że ta nutka mi ją przywróciła :)

Pamiętam, grałem sobie kiedyś w pewną gierkę MMO. W tej grze poznałem kogoś. Nie pamiętam jednak czy to ja JĄ zagadałem, czy ONA mnie, wiem tylko jedno, że zagadaliśmy się jakoś, a to nasze wspólne zagadanie miało ogromny wpływ na moje życie. Po kilku tygodniach naszej znajomości nie mogliśmy już bez siebie. Ona wstawała wcześnie rano wybierając się do pracy i włączała kompa by tylko spojżeć co jej naskrobałem, pamiętam jak ja biegłem do domu, nie ściągałem butów ni kurtki i od razu włączałem kompa, bo stęskniony chciałem wiedzieć czy ona mi coś na gadaczu zostawiła i zawsze tak było że gadacz nie milczał. Ona tak samo jak ja, wbiegała do domu i włączala blaszaka wiedząc, że czeka na nią wiadomość ode mnie. Pamiętam, przesiedzieliśmy calutką noc razem, aż do szóstej rano po czym padliśmy niemal usypiając przy komputerze wyczerpani. W tą noc jej chłopak chyba w samochodzie spał bo nie mógł usnąć przy jej stukaniu w klawisze :] Niestety, poczułem coś do niej i powiedziałem jej o tym. Nie spodobało się jej to. Stawialimy sobie granice, ale oboje przekraczaliśmy je, ryzykowaliśmy. W sumie myślałem że jest ok, gwarantowałem jej że wszystko jest wpożądku a i ona myślała, że nic nam nie grozi. Jednak nie wyszło nam to na dobre. Zepsułem wszystko przez moje uczucie do niej, serce wygrało z rozumem i zjebało wszystko. Ona cierpiała przeze mnie, a ja cierpiałem przez nią... (i niech mi kto powie że miłość to piękna rzecz, to dostanie osobiście wpierdol, no chyba że odwzajemniona to ok) Po jakimś czasie postanowiłem to zakończyć. Nie chciałem jej już ranić, nie chciałem, to znaczy nie miałem serca sprawiać jej tyle bólu, nie mogłem tak... ona cierpiała przeze mnie, dlatego zerwałem kontakt, by uchronić ją przed sobą, zrobiłem to dla niej a to że ja będę cierpiał z tęsknoty, to było mi obojętne. Pół roku leczyłem się, odzwyczajałem od niej. Trochę spadłem na psy z tęsknoty do niej. Nawet straciłem pracę bo się rozpiłem ale to latało mi koło dupy, najważniejsza była mi ona, chciałem by przestała cierpieć przeze mnie ale to że znikłem zabolało ją i to bardzo... pół roku potrzebowałem. A nawet nie pytajcie jak tęskniłem... wszędzie widziałem jej twarz, wszędzie słychać było nasze nutki, wszędzie widziałem coś, co mi ją przypominało... napisałem jej maila. Odpisała, jednak niezdecydowana. Kilka tygodni czekałem na jej decyzję czy chce kontakt ze mną czy nie. Zdecydowała się po czasie, nie słuchając rad innych, z którymi ona rozmawiała. Zdecydowała się dla nas, dla mnie i dla niej, że chce tego kontaktu... i było okay, było zajebiście ja przestałem ją kochać na tamten sposób na jaki kochałem, a ona czuła się bespieczna wiedząć, że moje agresywne serce jej już więcej nie zaatakuje.Tak bardzo mnie u brata chwaliła, jaki ja grzeczny jestem. Pamiętam też nasze wypady na ognisko, albo na moją górkę tutaj, oglądając gwiezdne niebo, jej słowa jak bardzo się cieszy, że wróciłem do niej uśmiechając tak, jak ja lubię gdy się uśmiecha... pamiętam nasze wypady do kawiarenki na wzgórzu wodospadu, do której dostać się można tylko na smoku Shiro... pamiętam jej niespodziankę i moje urodziny w knajpce, o której myślałem że już nie istnieje, postacie kóre myślałem że już ich nie ma... pamiętam jej taniec ze mną, jak na samym początku do Aes Dana... jednak coś się stało i ja do dziś nie wiem dokładnie co... postanowiła się pożegnać, bo warknąłem na nią? Bo ją kiedyś tak zraniłem swoim sercem oraz uczuciem do niej? Bo ją zostawiłem wtedy samą ze sobą, chroniąc nas obojga przed soba? Nie wiem... Wiem tylko jedno: Cholernie tęsknię... po jej mailu zbaraniaełem, nie wiedziałem o co poszło, dlaczego tak postanowiła, tydzień czasu nie mogłem dojść do siebie ale ok, jeśli jej tak lepiej żyć? jeśli tak chce? Usłyszałem tą nutkę pewnego dnia. Przymknąłem oczy i zacząłem przypominać sobie nasze przygody. Walki, spacery. rozmowy, chwile spędzone razem. Nie cierpię już. Jestem gotów ją pożegnać, wspominając ją dobrze. Z uśmiechem na twarzy przypominam sobie naszą ostatnią grę, napiła się wina, pocałowała mnie. Zaciągnęła do swojego pokoju, wtuliła we mnie i usnęła... uśmiechnięa, chłodnociepła, tak mocno wtulona we mnie, spokojna, bespieczna i odprężona... dziękuję Ci, za to że mogłem Ciebie poznać. Dziękuję Ci za nasz czas, za to co dla mnie zrobiłaś, za to co przeżyliśmy razem... dziękuję Ci za Ciebie, za wszystko... bywaj wampirko, masz swoje miejsce w moim sercu, już na wieki, ja nigdy o Tobie nie zapomne, aż do mojej śmierci. Nigdy nie przestanę za Tobą tęsknić, żzczę Ci z całego mojego serca wszystkiego najlepszego... z Fartem przyjaciółko...

W innej pewnej grze podbiegła do mnie taka pani, podziwiając mojego czarno-czerwonego lwa. Zagadała mnie, po kilku sekundach poczułem że ona mogła by zostać jedną z moich prawdziwych, zajebistych przyjaciółek. Tak też się stało. Wymieniliśmy numery gadacza, adresy, tyle kartek od niej dostałem a i sam kilka posłałem... rozmawialiśmy przez skypa, pamiętam jak miałem swojego smartphona pomagała mi robić zakupy. Pojechałem rowerem do sklepu rozmawiając z nią, na smartphonie też można sobie skypa ściągnąć :) Opowiadałem jej w sklepie co jest po mojej prawej i lewej i to co widziałem i mówiłem, to kazała mi kupić. Sporo kasy wtedy poszło :D Ale jak zajebiste jedzonko wtedy miałem? Wymieniliśmy numery telefonów, spotkaliśmy nawet we Wrocku. Zajebista dziewczyna, wspaniała przyjaciółka... ale ja, jako facet zapodałem jej komplementa, flirta, pomyślała coś źle... i zerwała kontakt. Na siłę chciała mi jakiego babsztyla wcisnąć wiedząc że ja na razie nikogo nie chcę i to mnie wpieniało u niej trochę. Jednak brak mi jej. Brak mi tego zapytania jej, czy ja ją jeszcze lubię, mimo tego czy tamtego. Brak mi jej spojżenia, uśmiechu i żartów, najzajebistniejszy był ten:

- Tomaszu
- Słucham Cię?
- Jak się czujesz?
- A tak średnio na jeża... chciał bym się do kogoś przytulić, pocałować, usnąć...
- Przytul się do bobelka (bobelek to był mój mały chomiczek, on odbierał mi tą samotność no i ona mu zresztą to imię dała)
- Ale bobelek to mały chomik, nic mi to nie da, zgniotę go tylko
- To kup se sto chomików
- WTF???

 Brak mi was. Brak mi tej wampirki i przygód ktorych z nią przeżyłem, brak mi Kaeiry i jej gramatyki czy tam ortografii. Ale one tak postanowiły... Bolało, poczułem się pożucony, zużyty, niepotrzebny. Ale ta nutka pomogła mi to zaakceptować dlatego mogę z dumą powiedzieć że jestem szczęśliwcem, bo mogłem poznać takie osoby, że mogłem stać się częścią ich życia. Dziękuję im za to, że skrzyżowały się nasze drogi, że stały się cząstką mnie. W moim sercu na zawsze mają swoje miejsce i już nigdy tego miejsca nie utracą. Zegnajcie, życzę wam wszystkiego najlepszego na waszej drodze :) Vill, so Long :*

...S... Ty jesteś nadal... znosisz moje kaprysy, jeśli mi odbija to i tak trzymasz do mnie. Jeśli napsocę to dostaję dniową karę ale na drugi dzień już Cię mogę usłyszeć no i Twoje zjeby. Mam zły chumor to znosisz to i czekasz, aż mi przejdzie. Ty zawsze się uśmiechasz gdy słyszysz mój głos, ja to słyszę, czuję i doskonale wiem że tak jest. S, Ty mnie nie zostawisz... jak jestem zmęczony, jak rozmawiamy przez telefon i ja Ci mówię że idę spać bo padnięty jestem, to Twoje "niee..." roznosi wszystko i mimo mojego padnięcia nie przestaję z Tobą rozmawiać... nie ma nic piękniejszego niż usłyszeć Twój głos przed snem... no dobra było by coś piękniejszego ale to jest akurat niemożliwe, chociaż nawet i jest :D Moja była mnie znowu zaprasza ;].Może dam radę coś wykombinować?

Szef do mnie przyszedł, zaprosił na kolację wigilijną. On normalnie takich rzeczy nie robi, jeśli chodzi o pracowników z agencji. Ale ja mu odpowiadam, on mnie lubi i jest ze mnie zadowolony. Jaki z tego wniosek? Zostaję od nowego roku przyjęty na stałe. Do tego zapoznałem się z kilkoma ludźmi z pracy i to tak, że mogę sobie z nimi na jakiegoś browarka wyskoczyć. Jest dobrze :) Oni traktują mnie na poważnie i to było dokładnie to, czego tak potrzebowałem. Nie jakieś tam DDA czy chujemuje. Potrzebowałem akceptancji i kilkoro ludzi pode mną, którym miał bym coś do powiedzenia, rozkazania. Dostałem firmę pod opiekę, dostałem ludzi pod siebie i teraz czuję się jak facet :)

Mimo wszystko, ta nutka pomaga mi pożegnać się ze starym życiem, z wszystkimi których kochałem, z wszystkimi którzy zostawili w moim życiu oraz sercu pewien ślad. Zegnaj Kaeira, Zegnaj wampirko, bywajcie i mam nadzieję że wasze życie przebiegnie spokojnie i szczęśliwie :)

A oto ta nutka, która zmieniła wszystko



Bywajcie kochani :* Nigdy was nie zapomnę...

piątek, 7 grudnia 2012

Epic Violin Girl


Lindsey Stirling - Moja ulubienica

Śledzę ją od czasu, gdy dostałem od przyjaciółki trzy linki do jej nutek. Od razu zakochałem się w jej muzyce oraz tańcu. Wystąpiła niegdyś w amerykańskim "Mam Talent" lądując na marnym 43 miejscu, nie mogę w to uwierzyć... Dziewczyna postanowiła na własną rękę kontynuować swoją muzyczną karierę i jak widać - wspaniale jej idzie! Ma już mnóstwo fanów na całym świecie, podróżuje po nim i koncertuje w wielu znanych wszystkim miastach, prowadzi wywiady w przeróżnych programach telewizyjnych. Trzyma sztamę z wszystkimi jej fankami i fanami, dziewczyna jest dosłownie na wyciągnięcie ręki, jak jakaś kumpela z daleka. Pochwalę się: rok temu dostałem od niej osobistego maila z życzeniami świątecznymi na Boże Narodzenie :) cóż, w tym mailu reklamowała też swój sklepik w którym sprzedaje koszulki, plakaty itp. oraz zachęcała by przyjść na jej koncert, Ale mail od niej to mail, nic nie wskazywało na to że to masówka. Skrzypeczka dorobiła już się dwóch albumów: Pierwszy to "Lindsey Stirling - Lindsey Stirling" a drugi to "Shatter Me", który pojawi się dopiero 29 Czerwca. Pierwszy album już mam, na drugi niecierpliwie czekam :)














 































wtorek, 4 grudnia 2012

Pan Welker

Gdy po siedmiu miesiącach na bezrobociu zacząłem tam pracować, od razu przydzielono mnie do nocek. Było nas dwóch, ja i taki Michael, który pracuje tam od ponad dziesięciu lat i cały czas w nocy, więc chłopak się troche na maszynach zna. Przez miesiąc moich nocek nauczył mnie conieco, wyjaśnił dość zrozumiale maszyny, pokazał mi różne sztuczki aby pracować produktywniej, tworzyć więcej części niż pracownicy agencyjni z pierwszej czy też drugiej zmiany. Zrozumiałem go dość szybko a i sam za wolny w pracy nie byłem, więc nie musiałem czekać długo i pochwalił mnie u szefa bo wyprodukowałem o wiele więcej, niż pozostałe zmiany. Dnia pewnego to nawet sam szef osobiście przyjechał by mnie poznać, a ja się splamiłem przy nim bo nie wiedziałem że to szef, ale pisałem o tym już notkę.

Przez ten miesiąc nocek widziałem szefa w firmie jakieś dwa, trzy razy i zawsze kogoś miał u swojego boku, jakiś inny mężczyzna, zawsze uśmiechnięty oraz jajcarski, jednak wyglądał mi na kogoś tak samo ważnego jak mój boss, nie wiedziałem kto to ponieważ nie raczył mi się przedstawić, albo bynajmniej przywitać czy podać milcząc swą dłoń. Gdy dopytałem Michaela, ten wyjaśnił mi że on jest odpowiedzialny za naszą stronę hali ponieważ ona podzielona jest bramą przeciwpożarową na dwie części, PUR i TZ, w czym ja z Michaelem pracowałem w PUR. Wyjaśnił mi, że ten przy którym się splamiłem (Hainz) odpowiedzialny jest za TZ (czyli nie całkiem mój szef) a ten drugi odpowiedzialny za PUR, czyli za nas, pan Welker się zwie i właściwie to on jest moim szefem. Aha, więc spoko, fajnie wiedzieć. Jednak dodał, że powinnem przy obu stać na baczność i słuchać ich bo to raz ten przejmie PUR a drugi TZ, raz na odwrót więc obaj panują naszą halą.

Po miesiącu skończyły się zamówienia i tym robota, mnie posłali do zupełnie innej hali należącej do jednej i tej samej firmy (Główna Hala numer jeden), jakiś kilometr od PUR i TZ a Michaela wysłali przedwcześnie na urlop, po czym zlikwidowali w PUR nocki, pracowano tylko rano i po południu. Ja tak samo, bez nocek w głównej jedynce. Po następnym miesiącu jednak wezwano mnie do PUR spowrotem. Michaela jednak nie było, dowiedziałem się że z urlopu nie wrócił, że jest na chorobowym i w tym roku pewnie już go nie będzie. Wtedy zapoznałem się ze swoim właściwym szefem, panem Welker, który bywał tam codziennie od siódmej do siedemnastej godziny. Bardzo wesoły facet, nigdy go nie widziałem jakiegoś wściekłego, smutnego czy zdemotywowanego, zawsze się śmiał, dowcipkował i leciał z innymi w balona. Bardzo miły szef, który też czasem potrafił warknąć, ale nigy bez powodu czy też przez jakąś małą błachostkę. Wtedy też zawołał mnie do stolika, postawił kawę. Dowiedziałem się od niego, że to właśnie on bardzo chciał bym powrócił, z powodu moich znajomości maszyn, produkcji oraz prędkości i dokładnego pracowania. Nie chciał uczyć ponownie jakichś innych pracowników wszystkiego na nowo, fakt było ich tam parę ale nikt nie równał moim zdolnościom, tak więc zamówień przybywało a produkcja ciągła się jak ślimak, po prostu nie wyrabiali.

Razu pewnego, to była chyba pierwsza zmiana, wypuściłem sobie kawę z automatu i stanąłem przy stoliku, przy którym akurat był Manfred (kolega jeden z którym pracowałem na pierwszych i drugich zmianach) oraz pan Welker. Rozmawiali coś o nockach, ale nie wnikałem, nie moja sprawa o czym gada szef ze stałym pracownikiem, zresztą i tak od razu umilkli gapiąc się we mnie tak, jak bym przeszkadzał. Wypiłem kawę na szybkiego i wróciłem do swojej maszyny, nie zastanawiając sięnawet nad tym o czym oni mogli tak rozmawiać.

Chwilke przed fajrantem zawołał mnie do siebie pan Welker, podszedłem, ten zapytał czy pracuję też na nocki. Błysk w moich oczach wyjaśnił wszystko. Mówię mu że to najlepsza zmiana, więcej zarobię, sam takim nocnym wędrowcą jestem i wogóle lubię w nocy pracować. Odpowiedział mi że fajnie, bo chciał by przywrócić nocki, mnie na nie wziąć a na moje stare miejsce kogoś nowego z agencji. Zapytał jeszcze czy miał bym odwagę pracować sam na nocce, przy maszynie produkującej ochrony do baków od Volkswagena (bardzo skomplikowana maszyna, a program komputerowy o wiele bardziej). Powiedziałem że spoko, tylko ktoś musi mi wszystko wyjaśnić, co zrobić jak rozedrze się alarm, gdzie przycisnąć jak komputer powie to czy tamto, co trzeba przekręcić i gdzie wcisnąć jak wyskoczy jakiś błąd i tak dalej, on odparł tylko że Manfred mi wszystko wyjaśni a jak bym na prawdę nie wiedział dalej to mam do niego zadzwonić na komórkę, nie ważne o której godzinie on się obudzi i spróbuje mi wszystko wyjaśnić. Więc zgodziłem się, pan Welker nie potrafił ukryć promiennego uśmiechu oraz wyrazu wdzięczności na twarzy, po czym rzucił jeszcze wesoło "to idę zapisać w papierach, że od poniedziałku masz nocki" po czym zniknął wesoły za drzwiami swojego biura.

Dwa razy do niego dzwoniłem. Raz dwa tygodnie temu we wtorek, po dwudziestej trzeciej, bo maszyna pokazała jakiś błąd, którego nie znałem. Nie potrafił mi wyjaśnić co grane, więc przyjechał osobiście, nie czekałem na niego długo. Popatrzył gdzieś za maszynę i zawołał mnie wyjaśniając, co grane, że jak ten sam błąd wyskoczy to tu trzeba przekręcić, tam nacisnąć guzik i wszystko gra. Nie trwało to nawet pięć minut, po czym znikł.

Wtedy nie wiedziałem, że widzę go poraz ostatni...

Drugi raz gdy do niego dzwoniłem, to już wpół do trzeciej rano, to było z wtorku na środę, w tamtym tygodniu. Wiedziałem w sumie co z maszyną nie tak, ale musiałem go poinformować. Obudziłem go mówiąc, że ani pierwsza, ani druga zmiana nie napełniła pojemników na materiał, więc nie mam jak dalej pracować, bo się materiał po prostu skończył a jak napełnić pojemniki, to nikt mnie nie nauczył. Najpierw mi jakoś nie uwierzył (w sumie był w firmie w dzień, więc powinien wiedzieć że materiał się kończy ale ten, co przy tej maszynie pracował po prostu wyłączył alarm mówiący o minimalnej zawartości pojemników i ot sobie zapomniał powiadomić szefa, a on sam się na tym nie znał) ale gdy powtórzyłem jeszcze raz co się stało, przebudził się i kazał mi zrobić fajrant i przekazać pierwszej zmianie, że mają natychmiast napełnić pojemniki materiałem. Fajrantu nie zrobiłem, nie chciałem utracić tych paru euro nie z mojej winy więc przeszedłem się do TZ i tam im troche pomogłem.

Wtedy nie wiedziałem, że słyszę go poraz ostatni...

Wczoraj wieczorem wpadam do firmy
- Słyszałeś już? - Głos Sebastiana, pracownika (kierownika) drugiej zmiany był jakiś zachrypnięty, on sam blady na twarzy i wogóle jakiś zakręcony. Spodziewałem się wszystkiego, myślałem że powie mi coś w stylu "nie ma już nocek" albo "maszyna zjebana" (pan Welker kupił do niej ostatnio część za osiem tysięcy euro ale dość długo z tym zwlekał) albo w najgorszym przypadku "pracujesz tylko dziś, nie ma zamówień, zamelduj się w urzędzie pracy", no nawet "masz iść pracować w głównej hali bo Cię tu już nie potrzebujemy", coś co dotyczy mnie i mojej przyszłości w tej firmie, nie, powiedział mi coś, co mnie zszokowało, powiedział mi coś, czego nikt nigdy od nikogo usłyszeć by nie chciał...
Nie, a co grane? - pytam zaciekawiony, lekko wystraszony widząc jego spojżenie
Pan Welker się powiesił

...

Przez kilka minut stałem jak wryty, nie potrafiąc wydusić z siebie ani słowa, nic do mnie nie docierało co mi Sebastian mówił, nawet nie wysłuchałem zadania, które dostałem na dzisiejszą noc, po prostu poszedłem do kantyny, zdjąłem kurtkę, stanąłem przed jego biurem gapiąć się do środka, było nagle takie puste, ciemne, ciche... stałem tak walcząc z za szybkim biciem serca, brakiem tchu oraz oczami, które szkliły się od wiadomości, którą mnie przywitano...

Przepracowałem do przerwy, nie potrafiąc się koncentrować, sparaliżowany tą wiadomością. Na przerwie dowiedziałem się trochę więcej, kolega z roboty, taki polak widział go jeszcze w niedziele o jedenastej w knajpie, przywitał się z nim, wypili razem piwo, nic nie było po nim widać ani to smutku, ani pustki w oczach, był taki, jakiego go znam, uśmiechnięty, dowcipny, promieniujący pozytywnością. Wieczorem jednak powiedział do swej żony by zrobiła jedzenie, on wyjdzie na chwilkę pospacerować i zaraz wróci. Jednak nie powrócił. Jego żona od razu wiedziała gdzie go szukać. Miał gdzieś swoją chatkę, przy której grylował z żoną i dziećmi w ciepłe weekendy, spędzał tam swój wolny czas i czasem imprezował z kolegami. Gdy otworzyła uchylone już nieco drzwi, zobaczyła go...

Dla tych
Którzy odeszli
W nieznany świat,
Płomień na wietrze
Kołysze wiatr.
Dla nich tyle kwiatów
Pod cmentarnym murem
I niebo jesienne
U góry.

[*] ...Spoczywaj w Pokoju... [*]

sobota, 1 grudnia 2012

Mój tydzień

Poniedziałek: dzień przespany, po nocnej sesji rozpierduchy na froncie, jako kierowca ruskich (i nie tylko) czołgów. Gdzieś koło osiemnastej dzwoni mój budzik, wstaję więc, wypiję sobie herbatę, zerknę do Facebooka i może pogadam chwilkę ze znajomymi, po czym zbieram się na nockę. Gadulec milczy.

Wtorek: z rana tak o wpół do szóstej wpadam zmęczony do domu, zaraz pod prysznic, potem jakieś śniadanie (jak mam coś do zjedzenia) oraz sesja na Facebooku, klikanie "lubię to", obczajanie jakichś śmiesznych obrazków czy filmików. Może pogawędka na nim z kimś jak ktoś jest o tej porze online, ale gadulec milczy. Wpól do ósmej dzwoni telefon, godzinka rozmowy a potem wyro i spać, tak do osiemnastej, po czym obczajam chwilkę kompa i zbieram się do roboty a gadulec... no, milczy.

Środa, czwartek: jak powyżej opisany wtorek, z tym że robię się coraz bardziej zmęczony (zmęczenie objawia się tu i zaczynam odliczać dni do weekendu) coraz większy brak koncentracji w pracy, co ukazuje się moim ciapciarstwem: tu coś zwalę ze stołu, tam coś mi wyleci z rąk, położę gdzieś narzędzia i zapominam gdzie, więc szukam jak głupi a to przecie czas kosztuje, gdzie indziej zaś spierdzielę maszynę i trzeba to jakoś naprawić (poradzić sobie muszę sam, jestem kierownikiem na nockach i nie mam nikogo do pomocy, oprócz kilkoro ludzi z innej hali produkcyjnej ale zazwyczaj nie chcę im zawracać głowy) bo jestem na tych nockach sam (mam opcję wyżucić szefa z wyra ale zazwyczaj krępuję się budzić go z powodu jakiejś błachostki, z którą przecież sam sobie poradzić mogę, co innego jak by się firma zapaliła)

Piątek: dzięki bogu piątek! jeszcze dziś trzeba się pomęczyć, jedna noc, zbieram wszystkie siły, koncentruję ąz się dymi ze mnie (z wczoraj na dziś jednak mi ta koncentracja nie bardzo wyszła i zjebałem coś, co znów sam naprawić musiałem, z małą pomocą kierownika innej hali ale większość naprawy przejąłem ja) godzina czwarta, sprzątam, piszę protokół dla poniedziałkowej, pierwszej zmiany, wyłączam maszyny, a ta cisza która panuje wtedy w hali mówi mi że wkońcu koniec! Weekend! Wyłączam światła, zamykam firmę i dyla do domu!

Sobota: śniadanie, prysznic, trochę Facebooka, wszyscy śpią, wkońcu to sobota. O wpół do ósmej telefon milczy. Gadulec w AQQ czerwony, ten też milczy (od dłuższego czasu już zresztą) Zanudzony i zmęczony zbieram się do spania

Gdy wieczorem wstaję, włączam kompa, nagle "brzdęk!" odzywa się gadulec! Dziwne uczucie mnie wtedy nawiedza. Ktoś do mnie napisał, przypomniał sobie o mnie! No jaja, zerkam zaciekawiony, cóż, reklama. I wtedy zaczynam się nudzić

Cała noc na niedzielę przesiedziana w grze. Z czasem i ona zaczyna mnie nudzić więc włączam TV. W TV jednak często nie ma nic, wtedy nie wiem co ze sobą począć i z niecierpliwością oczekuję poniedziałku, by wybrać się wypoczęty i zanudzony do pracy.

A gadulec milczy.