poniedziałek, 1 lipca 2013

Półrocze

Dziś jest początek lipca, pierwsza połowa roku 2013 jest za mną. Wydaje mi się on jednym z najgorszych, przez które musiałem przechodzić. W tej notce chcę podsumować jego pierwszą połowę, moje życie (a raczej walka o przeżycie, dosłownie) od początku roku do dnia dzisiejszego oraz prognozę na drugie półrocze, plany na poprawki stanu życiowego itp.

Styczeń - W styczniu było jeszcze w sumie ok, grudniowa impreza wigilijna z firmy postawiła mnie na nogi i zmotywowała, byłem pewien że rok 2013 będzie zajebisty, że przełamię siebie oraz mój strach przed światem oraz ludźmi i rozbuduję sobie grono przyjaciół, poznam dziewczynę, umebluję mieszkanie, ogólnie się zmienię i spojrzę na siebie z zupełnie innej perspektywy niż dotychczas spoglądałem. Nawet szef z firmy w której pracowałem obiecał mi, że jak dalej będę się tak dobrze starał i pokazywał że chcę pracować to przyjmie mnie do swojej firmy, bo ponoć brakuje im dobrych ludzi. Ufał mi, postawił nawet zupełnie samego przy maszynach na nockach, bez innych pracowników ani kierownika, mimo że byłem tylko pracownikiem z agencji a raz nawet dał mi kogoś do pomocy, więc byłem przez ten czas jego kierownikiem i musiał mnie słuchać. To doładowało baterie mojej motywacji. Na pytanie kiedy mogę z przejęciem mnie liczyć, odpowiedział że najpóźniej w marcu. Wtedy już zacząłem planować swą przyszłość.

Luty - Z powodu braku zamówień agencja zaczęła wysyłać mnie w inne miejsca, do innych hal z tej firmy, a w tych halach kierownicy czasami nie wiedzieli co ze mną począć, bo mnie po prostu nie potrzebowali, więc szukali mi jakiegoś bezsensownego zajęcia. Przez jeden tydzień nawet musiałem siedzieć w domu, bo nie mieli dla mnie kompletnie nic. Zacząłem więc powoli zastanawiać się co grane i czy szef mnie czasem nie okłamał, bo po co mu nowi ludzie jak nie ma zamówień? Wtedy nie wiedziałem, że na swoje miejsce gdzie zawsze pracowałem już więcej nie wrócę.

Marzec - Popracowałem dwa tygodnie, albo nie, nie nazwę tego pracą. Jak już wyżej napisałem - szukano mi jakiegoś zajęcia w stylu "przynieś, wynieś, pozamiataj" co mi po prostu nie pasowało ale robiłem, by zarobić kilka groszy. Zwątpiłem całkowicie w to, że zostanę w tej firmie, nie mówiąc już o mojej hali oraz kolegach stamtąd, o maszynach i mojej pracy na której bardzo dobrze się znałem. Zacząłem tracić ochotę do wszystkiego i mój optymizm zmienił się w parszywy pesymizm. Po tych dwóch tygodniach kazali mi już nie przychodzić. Agencja w sumie miała dla mnie kilka innych miejsc do pracy, ale bez prawka ani rusz, tam nawet autobusy nie kursują o tak wczesnych porach, nie mówiąc już o nockach. Po kilku dniach, na jedno z tych miejsc załatwili mi kogoś kto mógł by mnie brać ze sobą, ucieszyłem się, podjechał koleś po mnie, popracowałem tylko dwa dni a w trzeci dzień już po mnie nie podjechał. Okazało się że ma do mnie okrężną drogę i odechciało mu się po mnie jeździć, mimo tego że zapłacił bym mu za benzynę.

Kwiecień - Okropnego kopniaka dostałem od wycinku z wypłaty za marzec. Właścicielkę mieszkania musiałem powiadomić o tym, że nie jestem w stanie zapłacić za czynsz, nic dziwnego więc, że się okropnie wściekła. Pod koniec marca, gdy skończyły mi się pieniądze, zacząłem głodować. Jeździłem do agencji i prosiłem (jak co miesiąc zresztą) o zaliczkę, lecz nie mogli mi dać za wiele, z powodu godzin których w marcu nie przepracowałem, prosiłem i błagałem, w końcu dali mi trochę ale większość poszła na czynsz, by mnie stąd nie wyjebano. Za resztę nakupowałem makaronu i majonezu bo na więcej po prostu nie było mnie stać. Pojechałem do urzędu pracy oraz opieki poprosić o pomoc, oni jednak pomocy odmówili. Ich wymówką był fakt, że posiadam umowę z pracy więc zarabiam i żadna pomoc mi się nie należy. I mimo moich tłumaczeń i wyjaśnień co się dzieje, mimo papierów oraz dokumentów takich jak wycinki z konta, wycinki z wypłaty oraz sytuacji w której głoduję, mimo tego że właśnie za siedzenie w domu ani grosza nie dostanę, nie chcieli mi pomóc, trzymając się swych zasranych paragrafów. Nie miałem innego wyjścia, pojechałem ponownie do agencji i powiedziałem im, że muszą mnie zwolnić. Wytłumaczyłem im moją sytuację. Powiedziałem że nie dam rady dojeżdżać, jeśli firma którą mi zaproponują nie jest w okolicy. Wytłumaczyłem im że MUSZĘ iść na bezrobocie żeby nie zdechnąć z głodu. Zgodzili się, kilka dni później w skrzynce leżał list z zwolnieniem. Pojechałem z tym do urzędu pracy i zameldowałem się na bezrobociu. Jednak jak prawo niemieckie mówi, moje zwolnienie wkracza w działanie dopiero po miesiącu czasu, więc przez cały kwiecień nie dostał bym od agencji ani grosza, gdyby mi nic nie znaleźli bo kto by zapłacił mi za siedzenie w domu? Spytałem urząd pracy oraz opiekę o jakieś racjonalne wyjście ale kurwa go mać nie dostanę od nich pomocy bo mam przecież umowę do 30 Kwietnia! Agencja znając już moją sytuację znalazła mi firmę na dwa, góra trzy tygodnie z powodu dużego zamówienia, w innej miejscowości ale całe szczęście akurat tam jechał autobus z samego rana, już o 4:47 (tam na miejscu jest dworzec kolejowy do Schtuttgartu). Moim jedynym zadaniem było wsiąść na rower i jechać osiem, prawie dziewięć kilometrów do miasta na przystanek bo z mojej wsi tutaj nie kursuje o tej godzinie nic. Popracowałem tam dwa tygodnie, zamówienie się skończyło i już mnie nie potrzebowali. Trochę mnie to męczyło bo nawet śniadania nie mogłem ze sobą brać, bo mnie nie było stać. Po tym znaleźli mi inne miejsce, lecz jak los chciał nie jeździ tam autobus a po drugie i tak nie miałem pieniędzy na bilet więc agencja zwątpiła całkowicie.

Maj - Piętnastego maja dostałem wypłatę za kwiecień, tak samo skąpa jak wypłata z marca. Tym razem jednak wydałem większość pieniędzy na czynsz oraz inne rachunki, na życie zostało mi niewiele. Na zakupach standardowo makaron i majonez, przyprawa, jakaś kiełbaska by wkroić to do makaronu. Po kilku dniach zostałem bez jedzenia i bez grosza. Poprosiłem rodziców o pomoc - jak oczekiwałem wkurwili się, bo chciałem by mi pożyczyli parę groszy. No ale pomogli, przysłali. To starczyło do 30 maja, spokojny w sumie, wiedząc że pierwszego dostanę pierwsze pieniądze z bezrobotnego nie martwiłem się za bardzo. Ale kurwa nie był bym Tomkiem gdyby wszystko poszło gładko. Urząd pracy przejebał moje papiery, a potem parszywie jeszcze twierdził że to moja wina, bo im papierów nie oddałem. Pamiętam, to było w piątek, 31 maja jak do nich dzwoniłem i dopytywałem o pieniądze, bo na koncie wiało pustką. W poniedziałek zadzwonili i powiedzieli że znaleźli papiery i że pieniądze już są w drodze ale dojdą dopiero w środę lub czwartek, więc od piątku do czwartku nie jadłem kompletnie nic. Mało nie jebłem ze słabości. Nikomu takiego czegoś nie życzę.

Czerwiec - Gdy kasa przyszła, zapłaciłem za czynsz oraz inne rachunki, zostawiając sobie kilka groszy na makaron. Przez cały miesiąc nie jadłem nic innego, jedynie tylko paczuszkę takich niemieckich pierogów, bochenek chleba oraz mały pasztecik, bo przeliczyłem się na zakupach i zostało mi dwa euro i kilka centów reszty. Jednak na te luksusy pozwolić sobie mogłem przez mojego ojca, który (o dziwo) sam zadzwonił do mnie i dopytując mojej sytuacji zaproponował pomoc. Pod koniec czerwca  oddałem papiery od opieki społecznej, których w maju oddać nie mogłem - brakowało bowiem potwierdzenia od urzędu pracy, które dostałem dopiero na początku maja a wszystko przez ten jebany urząd pracy. Papiery te zostały przeze mnie wywalczone, ponieważ już od początku mówiono mi że nie mam prawa do opieki, z powodu prawa na bezrobotne. Ale wryłem im w te czerepy że mi te bezrobotne nie starczają na życie, że mam za mało i nie mam co jeść. Tutaj w DE jest pewne minimum egzystencji: Człowiek potrzebujący pomoc jest wtedy, gdy dostaje mniej pieniędzy niż to minimum a ja leże daleko poniżej takowego. Oni jednak nie sprawdzając tego powiedzieli już z góry że nie dostanę. Po kilku wizytach jednak odpuścili sobie i zajęli się moją sprawą. Kilka dni temu przyszedł list z nowym obliczeniem mojego bezrobotnego - przy następnej, ostatniej już ich wypłacie chcą mi odliczyć ponad dwieście euro za stary rachunek z przed kilku lat, z czasów jeszcze przed terapią. Jeśli opieka społeczna mi jednak tej pomocy odmówi, to już całkowicie koniec ze mną. Jednak jestem dobrej myśli... ósmego sierpnia kończy się moje prawo na bezrobotne i rozpoczyna już oficjalnie prawo na pieniądze z opieki. Jednak strasznie się boję że coś pójdzie nie tak i pierwszego sierpnia znów nie będę miał pieniędzy na czynsz. Jutro pojadę do opieki, oddam im ten świstek i dopytam szczegółów, co i jak z kasą, kiedy pierwsza wypłata itd. Mam jeszcze miesiąc czasu.

Tak wyglądało moje pół roku. Same zamartwienia oraz walka o przeżycie. PRZEŻYCIE - to nie jest tylko gadka jakiegoś zakompleksionego debila, który chce zwrócić tym słowem na siebie uwagę. Nie mam pieniędzy i nikt mi ich nie da. Nie mogę sobie kupić jedzenia a makaronem się nie najem, co najwyżej zaspokoję głód. Patrząc na siebie w lustrze zbliżam się sylwetką do oświęcimiaka, chudnę i chudnę. Byłem w mieście, koło apteki stoi taka czerwona waga, zważyłem się. Z moich dawnych 92 kilogramów zrobiło się 68. Tłumacząc moją sytuację w urzędach chyba nikt w to nie wierzy że posuwam się na cieniutkiej linii między życiem a śmiercią, lub "bynajmniej" jakąś chorobą spowodowaną przez niedożywienie oraz brak witamin potrzebnych do zdrowego funkcjonowania. Myślą że mogę przecież poprosić o pomoc rodzinę, przyjaciół, dziewczynę czy chuj go wie kogo. Oni nie wiedzą o tym że istnieją ludzie, którzy nie mają takowych ani nic do jedzenia. Nie wierzą w takie coś, myślą że zawsze jest jakieś wyjście. Nie wytłumaczę im że nie mam tu nikogo bo oni takiego czegoś nie znają.
- Nie ma nic do jedzenia, to niech idzie i sobie kupi - nosz kurwa jego mać...

Jedzenie jedzeniem... a co z pielęgnacją? Mydło czy szampon, papier toaletowy, proszek do prania albo pasta do zębów, żyletki i płyn do golenia... jakiś dezodorant... normalnie jak śmierdzący menel, jedynie dach mam nad głową... a i tu też wiszę na włosku... normalnie wstyd. "Poznaj kogoś, wyjdź z domu poszukaj sobie baby" słyszę stąd czy zowąd. Mało kto zrozumie, że to nie jest dla mnie takie proste. Gdy wstydzisz się samego siebie oraz czujesz do siebie okropny wstręt, nie jesteś w stanie do takich czynności. Te wszystkie przeżycia siadają ci na psychice i zmieniają ciebie, oddalają od społeczeństwa, robią z Ciebie outsidera, zamykasz się wtedy w swoich czterech ścianach i nie chcesz mieć ze światem nic do czynienia. Porażka po porażce i mało kiedy stanie się coś, co Cię ucieszy, poprawi humor, podbuduje na duchu, zmotywuje. Wtedy wątpisz. A jak widzisz ludzi, starych znajomych na przykład z pracy, którzy umawiają się w weekend na grilla czy jakieś piwko, albo kogoś urodziny, zawsze myśląc że byłeś ich dobrym kumplem, ale ciebie jednak wykluczają bo jesteś jakiś "inny" nie rozumiejąc co musiałeś przechodzić w życiu dobija kompletnie i zamyka drzwi wyjściowe na drugi spust. Wierzysz wtedy w to, że oni tak samo myślą o tobie jak ty sam o sobie więc nie chcesz się im narażać i zakłócać sobą ich spokoju. To dotyczy tych właśnie znajomych z pracy, nowo poznanych ludzi, kobiety, rodziny... wszystkich tam na zewnątrz...

Podziękowania: wszystkim tym, którzy są. Dziękuję M. za to że mnie znosi, moje zapominalstwo, moje marudzenia (mimo iż przyrzekłem sobie że już nigdy nikomu marudzić nie będę [oprócz blogowi] bo jestem tego zdania, że tym ludzi od siebie odganiam ale cóż... wygadać się trzeba czasem, żeby nie wybuchnąć a zazwyczaj nie ma komu) i za jej porady. Specjalne podziękowania dla mojej kochanej S. która była zawsze, która jest i wiem, że zawsze będzie, mimo przeszkód które nas od siebie dzielą. Za to że się tak bardzo mną interesuje bo tym pokazuje mi, że nie jestem nikim, tylko kimś wyjątkowym, bynajmniej dla niej. Dziękuję też wszystkim tym, którzy czytają potajemnie tego bloga, nie zostawiając komentarzy po sobie, bo to pokazuje że jednak istnieją ludzie, którzy się mną interesują. Dzięki mojej kochanej kuzyneczce N, która mnie molestuje swymi zadaniami z niemca. Wiem że pamięta i też potajemnie czyta tego bloga. W sumie mogła by mnie olać bo obiecałem że przyjadę do niej na osiemnastkę, jednak nie udało mi się. Dziękuję też tym którzy byli przez jakiś czas, wzbogacając moją twarz w uśmiech oraz uczucie bycia kimś wyjątkowym. Tym którzy odeszli nie wytrzymując ze mną, cóż, czasami sam z sobą nie wytrzymuję więc nie dziwię im się. Dzięki za wspólnie spędzony czas.

Przede mną następne pół roku. Trzymać mi kciuki bym przeżył do sylwka, ale wiedzcie, będę się starał. Jak zawsze. Kiedyś będzie dobrze, wierzę w to. Jestem cierpliwy. Muszę być tylko twardy i obojętny na każdą przyszłą klęskę, a będzie ich jeszcze wiele. Ja zresztą już na wszystko zobojętniałem, biorę wszystko na klatę i pierdolę. Ale nie wolno mi się załamać.


4 komentarze:

  1. Po tym co przeszedles moe byc juz tylko lepiej ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ahh dziekuje bardzo za mile slowa :) Tak to bylo bardzo ciezkie polrocze i wierz ze gdybym miala taka mozliwosc to na pewno bym Ci w jakis sposob pomogla.Ale jestes twardym facetem i dasz rade a teraz tylko trzymac kciuki zeby sie udalo.Jezeli Opieka nawali z pomoca to pojdz do tego ksiedza i On musi Ci jakos pomoc...pokieruje gdzie trzeba albo cos zalatwi bo nie mozesz tak sie poddac i siedziec glodujac.A ja ciagle jestem i bede zawsze i mozesz na mnie liczyc i wierze w to i to wiem ze nastepne polrocze bedzie o wiele lepsze...S... :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Ile to razy mówiłem Ci, że jak masz problem to zawsze możemy pogadać?
    Cóż zawsze to ja pierwszy zaczynam rozmowę, lecz szybko ją urywasz bo jesteś zajęty, idziesz spać, lub z kimś innym rozmawiasz, grasz.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. oczywiscie,ze o Tobie pamiętam, jak my wszyscy tutaj!
    I uwierz, że często o Tobie myslę, martwię się!
    (nie tlyko wtedy, gdy potzrebuję zadanie z niemieckiego!)
    WSZYSTKO SIĘ UŁOŻY, TO BYŁA GORSZA POŁOWA ROKU, PRZED TOBĄ TA NAJLEPSZA !

    OdpowiedzUsuń