piątek, 12 kwietnia 2013
Paranormalia
Poniedziałek: Podróż do miasta, do agencji zapytać czy oni się przypadkiem z moim zwolnieniem nie pomylili, byłem pewien że zwolnienie jest do trzydziestego marca (tak też zapodałem tą datę w tamten czwartek, w urzędzie pracy i zapewniłem właścicielce mieszkania, że dostanie ode mnie z wypłaty za mieszkanie, piętnastego kwietnia a potem następny czynsz trzydziestego z bezrobotnego, ucieszyła się bo sama nie pływa w kasie a ma dzieci za które ojciec nie płaci).Powiedzieli że nie, że dobrze przeczytałem. Więc spanikowany zapytałem za co będę żyć przez cały kwiecień oraz maj, bo bezrobotne dostanę dopiero 30 maja? Bezradnie rozłożyli ręce mówiąc, że sam sobie winny jestem, bo oni mają robotę ale ja nie mam jak dojeżdżać. Kurwa zajebista wina z mojej strony, że nie mam prawka. Dodali jeszcze że za marzec mam jeszcze wypłatę więc nie będzie źle... zapytałem gdzie mają robotę, powiedzieli tu, tu, tam i tam, na ranki ale musiał bym autobusem dojeżdżać ale z mojej dziury na dworzec to jedenaście kilometrów i o czwartej rano autobusy nie kursują więc nie ma szans. Zgodziłem się jeźdźić rowerem, nie ważne czy deszcz, wichura, zamieć tornado czy tłister, huragan czy tajfun, tsunami czy jaki chuj. I tak załatwili mi pracę na tydzień trzydzieści kilometrów stąd. Uśmiech, zarobie sobie, fajnie.
Wtorek: druga rano pobódka. Nie wiedziałem ile czasu potrzebuje rowerem te jedenaście kilometrów do miasta na dworzec, dlatego tak wcześnie. Wyszedłem na balkon, uśmiech bo nie pada. Ruszyłem o trzeciej rano, znów uśmiech bo w kołach powietrze a mam wentylki nieszczelne. Nie za dużo powietrza ale starczyło. Przejechałem tylko jakieś pięćset metrów, sru i jebut deszcz mi w twarz i na łeb. Mokry jak szczur dojechałem w 35 minut do dworca, tam pod daszek ale po kilku minutach przestało padać. Ciul tam, przypadek, nie zwracałem na to uwagi. Autobus kursuje od 4:47 więc trochę sobie tam posiedziałem, ale wyschłem. Wsłuchując się w cichą muzykę Bryana El z moich słuchawek oraz wydzieranie wróbli stwierdziłem że te ptaki są popierdolone, o tej godzinie wstawać i ćwirkać? Łomy jedne zamiast się wyspać, wkońcu do roboty nie muszą... Gdy dojechałem, włączyłem GPS w telefonie by znaleźć drogę do firmy. Przeszedłem sto metrów, rozpadało się. "Kurwa..." se tylko pomyślałem i szybkim krokiem dotarłem do firmy, ale zmokłem. Dobrze że miałem ciuchy na przebranie ze sobą. Robota mi się spodobała. Na przerwach stwierdziłem że nie pada, bo na papierosa to trzeba wyjść z budynku. Poznałem tam miłą kobietę z mojej agencji, pogadaliśmy, opowiedziałem o moim zwolnieniu i braku prawka, więc objecała mi postarać się, bym został u nich dwa tygodnie, ale dokładnie powie mi w czwartek czy się udało czy nie. Uśmiech... Wychodząc na fajrant z budynku, rozpadało się i szczało tak aż do samego dworca (20 min. drogi na nogach). A gdy schowałem się na przystanku... przestało. I pewnie się zdziwicie, a może nawet i nie, całą drogę do mojego miasta nie padało a tylko usiadłem na rower by wrócić do domu... zgadnijcie. W domu stwierdziłem później że już nie pada i nie padało do samego wieczora... chuj tam, przypadek.
Środa: Do roboty wyruszyłem trochę później, żeby nie siedzieć godziny na dworcu, wkońcu dowiedziałem się ile czasu potrzebuję na swoim mustangu. Przejechałem tylko jakieś... no, czytaj wyżej, dokładnie to samo, wydażenia podobne do siebie jak kurwa go mać że tak powiem DWIE KROPLE WODY. Wszystko tak samo, aż do powrotu do domu. W pracy było spoko, ta miła pani z agencji potwierdziła mi, że stuprocentowo będę mógł u nich dwa tygodnie pracować. Uśmiech... Gdy wchodząc do domu sprawdziłem pocztę, znalazłem w skrzynce swój wycinek z wypłaty za marzec. Sprawdzając ile zarobiłem, zbaraniałem i przeszedłem lekki szok. Zarobiłem mniej, niż kosztuje czynsz za mieszkanie. Zacząłem zastanawiać się co dalej i wymyśliłem owe opcje z poprzedniej notki. Wieczorem zadzwoniła do mnie ta miła pani i powiedziała, że maszyna zepsuta więc w czwartek mam wolne. Tak z boku opowiedziałem jej o wypłacie, o "mojej winie" że tak niska, w poprzedniej notce wszystko pisze, wytłumaczyła mi parę spraw co mam zrobić. Uspokojony odprężyłem się, porobiłem sobie coś tam (Facebook, TV itp) i o dziesiątej poszedłem spać.
Śniła mi się Sandra. Właścicielka mieszkania. Płakała. Obudziłem się przez to nad ranem i nie mogłem już usnąć, widok płacżącej kobiety rozkraja mi serce.
Czwartek: Cały dzień padało. Wyruszyłem do miasta (tym razem autobusem) by pozałatwiać wymienione w poprzedniej notce opcje. Opcja numer jeden... nie wypaliła. Oni mają swoje paragrafy, prawa, powiedzieli mi że mam umowę więc zarabiam, oni nie mogą mi pomóc. Nawet jak dałem im czarne na białym ile zarobiłem i co opłacić muszę. Ta kobieta z opieki powiedziała że prywatnie mnie rozumie, ale urzędowo nic nie może poradzić, nie da mi po prostu ot tak kasy na jakieś rachunki, nie należy mi się. Co oznacza że jednak niemcy są w stanie zagłodzić człowieka lub pozbyć dachu nad głową, mimo pogaduszek innych ludzi którzy temu zaprzeczają. Paragrafy są takie i takie i nie ma dla pana ani centa, musi pan sobie radzić sam. A gdyby mnie martwego na kanapie znaleźli tutaj z powodu wygłodzenia, dopiero wtedy by się złapali za głowę i stwierdzili że facet na prawdę pomocy potrzebował, ale cóź, było by już po fakcie. W sumie chyba wszędzie tak jest, nie tylko w tym kraju... poszedłem więc do księdza do diakonii. Chodziło by o dyche albo dwie na jedzenie, spoko bez problemu ale czynsz za mieszkanie? To już za dużo jak na nich, oni z różnych darowizn się utrzymują więc... bez czegokolwiek załatwienia powróciłem do domu, mokry i zdruzgotany, bez jakiegokolwiek planu co i jak dalej...
Przyśniła mi się znów Sandra, płakała. Obudziłem się w czasie, trzeba było jechać do roboty. I uwierzcie w to czy nie, to samo co wtorek i środa z tym deszczem. Przypadek???
Piątek: W pracy obmyśliłem co i jak powiedzieć w agencji, w stosunku z opcją numer cztery z poprzedniej notki. Układałem słowa, chciałem być stanowczy, wściekły a zarazem zdruzgotany. Obmyślałem jak wywołać u nich współczucie, jak wyciągnąć od nich kasę na czynsz. Często zerkałem na numer telefonu od ich przełożonych, na przerwie wyszukałem miejskiego adwokata w necie. Cały dzień myślałem o tej sprawie bo to jedyna, ostatnia opcja by Sandra dostała swoje pieniądze. Już mi nawet eska napisała i pytała czy już wiem jak to z moją wypłatą i że jak dostałem to ona jutro z dziećmi przyjedzie, wyskoczymy na kawe czy coś i od razu jej tą kasę dam, ona jeszcze nic nie wiedziała o tej sprawie. Odpisałem że wiem, i że w pracy jestem, że zadzwonie jak wrócę do domu. Wesoła i radosna napisała mi że się cieszy, że znalazłem pracę. Po wyjściu z autobusu, jeszcze raz obmyślając swoje w pracy ułożone słowa, dumny siebie, pewny optymizmu i wiary w to że opcja nr. cztery się uda, tym razem otulony promykami słońca ruszyłem w stronę agencji i... gówno. Drzwi zamknięte, na drzwiach kartka że nie ma ich, wyjechali do klientów ale możemy w każdej chwili zadzwonić. Kurwa szczęka mi opadła. Dobra, poszedłem do piekarni, kupiłem kubek kawy i bółkę, usiadłem na ławce obok agencji i zadzwoniłem. Po kilku sygnałach odebrała pani automatyczna sekretarka. Zadzwoniłem drugi, trzeci raz... sekretarka. Chuj, czekałem na nich bo może wrócą zaraz, wkońcu zaraz powinni mieć fajrant... siedziałem, miło było. pierwszy raz nie moknę, słońce świeci i mimo wiatru dość przyjemnie ciepło. Chujnia, tylko usiadłem na ławce, zachmurzyło się i zaczęło padać. PRZYPADEK KURWA JA SIĘ PYTAM??? Schowałem się pod daszkiem czekając na nich. Deszcz już padać nie przestał. Wkurwiony ruszyłem do domu, zmokłem znowu jak szczur. Wlazłem do domu, wykompałem się, wyjżałem przez okno, a tam słońce. PRZYPADEK KURWA!!!!!!!!
Musiałem zadzwonić do Sandry i powiedzieć co grane. Miała dobry chumor,a ja go jej zjebałem. Rozpłakała się przy telefonie i powiedziała mi że ma tylko trzy euro w portfelu... rozniosło mnie to. Z całego serca przeprosiłem. Powiedziałem jej że ja o te pieniądze w poniedziałek walczyć będę, że jak chce to dam jej pięć dych, ale nie chciała bo jej to w sumie nie pomoże bo ona też za mieszkanie zapłacić musi a zawsze płaciła swoje za mój czynsz. Zdruzgotana aż drżała w głosie, tak bardzo mi się przykro zrobiło... obiecałem że zrobię wszystko by dostać to co mi się należy, co jej się należy. Obiecałem jej że wyprzedam się, sprzedam komputer i telewizor, kolekcję moich aut ale ona swoje dostanie ode mnie. Rozbeczałem się przy telefonie jak małe dziecko i powiedziałem że jak chce to niech mnie stąd wywali, ale zaprzeczyła. W poniedziałek jadę do tej agencji i zrobię im tam ogniska pod dupami, nie wyjdę stamtąd dopuki mi kasy nie oddadzą. I niech dzwonią po policje czy coś, ja się stamtąd nie ruszę, nawet na centymetr.
A co do mojej psychiki przez te wszystkie PRZYPADKI? Chuj, nic nie wychodzi. Nic nie chce po prostu iść jak po maśle, nic się nie udaje mimo moich starań i walki. Nie ważne jest to, że walczę o życie jak człowiek, o to by nie zdechnąć z głodu lub zakopać się rachunkami, o to by było w końcu w miarę dobrze. Staram się jak mogę czołgając się w błocie bo wstać mi nie wolno. Nic nie wychodzi i to tak już od wielu lat. Że jeszcze żyję to jest normalnie cud, bo każdy inny by sobie dawno to życie odebrał (mój były szef na przykład, pisałem o nim, dowiedziałem się że miał problemy finansowe) i bez bicia się przyznam, czasami myślę nad czymś co nie boli... ostatnio leciał film o Hitlerze, Goehringu i jego tam sługach którzy się pozabijali biorąc truciznę (kapsułki cyjankali) albo przez kulkę w łeb, albo tych których powiesili, w każdym przypadku wpatruję się w twarze tych nieboszczyków i patrzę jaki mają wyraz twarzy: czy wykręcona z bólu? Czy spokojna? Albo jakoś lekko uśmiechnięta, szczęśliwa że już po wszystkim? Ostatnio dwie noce pod rząd śnił mi się jeden sen: Kilka zwłok na szubienicy, twarze uśmiechnięte (oglądałem taki film dokumentalny z drugiej wojny jak to niemcy wieszali żydów, odsunęli ich stołki spod nóg, Ci zawiśli ale nawet nie drgnęli, chyba kark im pękł i śmierć w ciągu ułamku sekundy, może nawet nic nie odczuli? Pewien jestem, że jak bym się bólu przed śmiercią nie bał, to już dawno by mnie na tym świecie nie było.
Wiem wiem. Pierdu pierdu i zjeby w komentach ale od niedawna zdałem sobie sprawę, że powoli brakuje mi sił do życia na te stare lata. A to, że zawiodłem Sandrę, boli mnie teraz najbardziej.
Na jeden sukces dziesięć porażek. Na dziesięć porażek ich sto.
I wciśnij pomiędzy choć jeden uśmiech, wtem zgniecie go w miazgę to zło.
Coś wpycha mnie w błoto, lecz wstaję na nogi, wstaję by lżej mi się szło
Otrzepać się nie da, znów stawia mi nogę i mówi: "Twym losem jest dno"
by ThM
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Ehh aż normalnie brak słów na to co się dzieje...W tych niemieckich urzędach już się robi tak jak w Polskich ...Wszyscy wiemy że Ty nie jesteś winny tej całej sytuacji ...skoro ta Pani twierdzi że to nie Twoja wina to musisz się domagać Swoich praw i Swoich pieniędzy...A jeżeli to nie poskutkuje to spróbuj zdobyć adwokata z urzędu i niech wykończy tych dziadów bo inaczej będą wszystkich tak oszukiwać...Trzymam kciuki i jestem z Tobą :* ...S...
OdpowiedzUsuńHAHAHHA wiem że to nie śmieszne, ale sytuację z tym deszczem tak opisałeś, że pokładam się ze śmiechu xD.
OdpowiedzUsuńJa na Twoim miejscu jak już Ci mówiłam spróbowałabym od kogoś pożyczyć.Sama na czesne pożyczyłam już od 3 osób, by starczyło, ale tak jak chcesz walczyć w agencji, mógłbyś też spróbować powalczyć u rodziców. GDZIEKOLWIEK. Jesteś w takiej sytuacji, że musisz chwytać się wszystkiego, choć to się w pale nie mieści ^^'