wtorek, 4 grudnia 2012

Pan Welker

Gdy po siedmiu miesiącach na bezrobociu zacząłem tam pracować, od razu przydzielono mnie do nocek. Było nas dwóch, ja i taki Michael, który pracuje tam od ponad dziesięciu lat i cały czas w nocy, więc chłopak się troche na maszynach zna. Przez miesiąc moich nocek nauczył mnie conieco, wyjaśnił dość zrozumiale maszyny, pokazał mi różne sztuczki aby pracować produktywniej, tworzyć więcej części niż pracownicy agencyjni z pierwszej czy też drugiej zmiany. Zrozumiałem go dość szybko a i sam za wolny w pracy nie byłem, więc nie musiałem czekać długo i pochwalił mnie u szefa bo wyprodukowałem o wiele więcej, niż pozostałe zmiany. Dnia pewnego to nawet sam szef osobiście przyjechał by mnie poznać, a ja się splamiłem przy nim bo nie wiedziałem że to szef, ale pisałem o tym już notkę.

Przez ten miesiąc nocek widziałem szefa w firmie jakieś dwa, trzy razy i zawsze kogoś miał u swojego boku, jakiś inny mężczyzna, zawsze uśmiechnięty oraz jajcarski, jednak wyglądał mi na kogoś tak samo ważnego jak mój boss, nie wiedziałem kto to ponieważ nie raczył mi się przedstawić, albo bynajmniej przywitać czy podać milcząc swą dłoń. Gdy dopytałem Michaela, ten wyjaśnił mi że on jest odpowiedzialny za naszą stronę hali ponieważ ona podzielona jest bramą przeciwpożarową na dwie części, PUR i TZ, w czym ja z Michaelem pracowałem w PUR. Wyjaśnił mi, że ten przy którym się splamiłem (Hainz) odpowiedzialny jest za TZ (czyli nie całkiem mój szef) a ten drugi odpowiedzialny za PUR, czyli za nas, pan Welker się zwie i właściwie to on jest moim szefem. Aha, więc spoko, fajnie wiedzieć. Jednak dodał, że powinnem przy obu stać na baczność i słuchać ich bo to raz ten przejmie PUR a drugi TZ, raz na odwrót więc obaj panują naszą halą.

Po miesiącu skończyły się zamówienia i tym robota, mnie posłali do zupełnie innej hali należącej do jednej i tej samej firmy (Główna Hala numer jeden), jakiś kilometr od PUR i TZ a Michaela wysłali przedwcześnie na urlop, po czym zlikwidowali w PUR nocki, pracowano tylko rano i po południu. Ja tak samo, bez nocek w głównej jedynce. Po następnym miesiącu jednak wezwano mnie do PUR spowrotem. Michaela jednak nie było, dowiedziałem się że z urlopu nie wrócił, że jest na chorobowym i w tym roku pewnie już go nie będzie. Wtedy zapoznałem się ze swoim właściwym szefem, panem Welker, który bywał tam codziennie od siódmej do siedemnastej godziny. Bardzo wesoły facet, nigdy go nie widziałem jakiegoś wściekłego, smutnego czy zdemotywowanego, zawsze się śmiał, dowcipkował i leciał z innymi w balona. Bardzo miły szef, który też czasem potrafił warknąć, ale nigy bez powodu czy też przez jakąś małą błachostkę. Wtedy też zawołał mnie do stolika, postawił kawę. Dowiedziałem się od niego, że to właśnie on bardzo chciał bym powrócił, z powodu moich znajomości maszyn, produkcji oraz prędkości i dokładnego pracowania. Nie chciał uczyć ponownie jakichś innych pracowników wszystkiego na nowo, fakt było ich tam parę ale nikt nie równał moim zdolnościom, tak więc zamówień przybywało a produkcja ciągła się jak ślimak, po prostu nie wyrabiali.

Razu pewnego, to była chyba pierwsza zmiana, wypuściłem sobie kawę z automatu i stanąłem przy stoliku, przy którym akurat był Manfred (kolega jeden z którym pracowałem na pierwszych i drugich zmianach) oraz pan Welker. Rozmawiali coś o nockach, ale nie wnikałem, nie moja sprawa o czym gada szef ze stałym pracownikiem, zresztą i tak od razu umilkli gapiąc się we mnie tak, jak bym przeszkadzał. Wypiłem kawę na szybkiego i wróciłem do swojej maszyny, nie zastanawiając sięnawet nad tym o czym oni mogli tak rozmawiać.

Chwilke przed fajrantem zawołał mnie do siebie pan Welker, podszedłem, ten zapytał czy pracuję też na nocki. Błysk w moich oczach wyjaśnił wszystko. Mówię mu że to najlepsza zmiana, więcej zarobię, sam takim nocnym wędrowcą jestem i wogóle lubię w nocy pracować. Odpowiedział mi że fajnie, bo chciał by przywrócić nocki, mnie na nie wziąć a na moje stare miejsce kogoś nowego z agencji. Zapytał jeszcze czy miał bym odwagę pracować sam na nocce, przy maszynie produkującej ochrony do baków od Volkswagena (bardzo skomplikowana maszyna, a program komputerowy o wiele bardziej). Powiedziałem że spoko, tylko ktoś musi mi wszystko wyjaśnić, co zrobić jak rozedrze się alarm, gdzie przycisnąć jak komputer powie to czy tamto, co trzeba przekręcić i gdzie wcisnąć jak wyskoczy jakiś błąd i tak dalej, on odparł tylko że Manfred mi wszystko wyjaśni a jak bym na prawdę nie wiedział dalej to mam do niego zadzwonić na komórkę, nie ważne o której godzinie on się obudzi i spróbuje mi wszystko wyjaśnić. Więc zgodziłem się, pan Welker nie potrafił ukryć promiennego uśmiechu oraz wyrazu wdzięczności na twarzy, po czym rzucił jeszcze wesoło "to idę zapisać w papierach, że od poniedziałku masz nocki" po czym zniknął wesoły za drzwiami swojego biura.

Dwa razy do niego dzwoniłem. Raz dwa tygodnie temu we wtorek, po dwudziestej trzeciej, bo maszyna pokazała jakiś błąd, którego nie znałem. Nie potrafił mi wyjaśnić co grane, więc przyjechał osobiście, nie czekałem na niego długo. Popatrzył gdzieś za maszynę i zawołał mnie wyjaśniając, co grane, że jak ten sam błąd wyskoczy to tu trzeba przekręcić, tam nacisnąć guzik i wszystko gra. Nie trwało to nawet pięć minut, po czym znikł.

Wtedy nie wiedziałem, że widzę go poraz ostatni...

Drugi raz gdy do niego dzwoniłem, to już wpół do trzeciej rano, to było z wtorku na środę, w tamtym tygodniu. Wiedziałem w sumie co z maszyną nie tak, ale musiałem go poinformować. Obudziłem go mówiąc, że ani pierwsza, ani druga zmiana nie napełniła pojemników na materiał, więc nie mam jak dalej pracować, bo się materiał po prostu skończył a jak napełnić pojemniki, to nikt mnie nie nauczył. Najpierw mi jakoś nie uwierzył (w sumie był w firmie w dzień, więc powinien wiedzieć że materiał się kończy ale ten, co przy tej maszynie pracował po prostu wyłączył alarm mówiący o minimalnej zawartości pojemników i ot sobie zapomniał powiadomić szefa, a on sam się na tym nie znał) ale gdy powtórzyłem jeszcze raz co się stało, przebudził się i kazał mi zrobić fajrant i przekazać pierwszej zmianie, że mają natychmiast napełnić pojemniki materiałem. Fajrantu nie zrobiłem, nie chciałem utracić tych paru euro nie z mojej winy więc przeszedłem się do TZ i tam im troche pomogłem.

Wtedy nie wiedziałem, że słyszę go poraz ostatni...

Wczoraj wieczorem wpadam do firmy
- Słyszałeś już? - Głos Sebastiana, pracownika (kierownika) drugiej zmiany był jakiś zachrypnięty, on sam blady na twarzy i wogóle jakiś zakręcony. Spodziewałem się wszystkiego, myślałem że powie mi coś w stylu "nie ma już nocek" albo "maszyna zjebana" (pan Welker kupił do niej ostatnio część za osiem tysięcy euro ale dość długo z tym zwlekał) albo w najgorszym przypadku "pracujesz tylko dziś, nie ma zamówień, zamelduj się w urzędzie pracy", no nawet "masz iść pracować w głównej hali bo Cię tu już nie potrzebujemy", coś co dotyczy mnie i mojej przyszłości w tej firmie, nie, powiedział mi coś, co mnie zszokowało, powiedział mi coś, czego nikt nigdy od nikogo usłyszeć by nie chciał...
Nie, a co grane? - pytam zaciekawiony, lekko wystraszony widząc jego spojżenie
Pan Welker się powiesił

...

Przez kilka minut stałem jak wryty, nie potrafiąc wydusić z siebie ani słowa, nic do mnie nie docierało co mi Sebastian mówił, nawet nie wysłuchałem zadania, które dostałem na dzisiejszą noc, po prostu poszedłem do kantyny, zdjąłem kurtkę, stanąłem przed jego biurem gapiąć się do środka, było nagle takie puste, ciemne, ciche... stałem tak walcząc z za szybkim biciem serca, brakiem tchu oraz oczami, które szkliły się od wiadomości, którą mnie przywitano...

Przepracowałem do przerwy, nie potrafiąc się koncentrować, sparaliżowany tą wiadomością. Na przerwie dowiedziałem się trochę więcej, kolega z roboty, taki polak widział go jeszcze w niedziele o jedenastej w knajpie, przywitał się z nim, wypili razem piwo, nic nie było po nim widać ani to smutku, ani pustki w oczach, był taki, jakiego go znam, uśmiechnięty, dowcipny, promieniujący pozytywnością. Wieczorem jednak powiedział do swej żony by zrobiła jedzenie, on wyjdzie na chwilkę pospacerować i zaraz wróci. Jednak nie powrócił. Jego żona od razu wiedziała gdzie go szukać. Miał gdzieś swoją chatkę, przy której grylował z żoną i dziećmi w ciepłe weekendy, spędzał tam swój wolny czas i czasem imprezował z kolegami. Gdy otworzyła uchylone już nieco drzwi, zobaczyła go...

Dla tych
Którzy odeszli
W nieznany świat,
Płomień na wietrze
Kołysze wiatr.
Dla nich tyle kwiatów
Pod cmentarnym murem
I niebo jesienne
U góry.

[*] ...Spoczywaj w Pokoju... [*]

2 komentarze:

  1. Przykra wiadomość :( Widocznie miał problemy z którymi sobie nie poradził...ale przecież samobójstwo to nie jest żadne rozwiązanie ehh ...Ja nie wiadomo jakie bym nie miała problemy to nigdy bym się do czegoś takiego nie posunęła...Tylko szkoda że nie pomyślał co czuje teraz Jego rodzina...żona...dzieci ...to jest straszne uczucie :( No cóż ale nic już z tym nie zrobimy...po prostu się stało i trzeba to zaakceptować ...Wiem że pewnie Ci z tym faktem ciężko bo dopiero się z Nim widziałeś i rozmawiałeś a tu taka wiadomość...Widać że Go lubiłeś i często o Nim opowiadałeś ...Jedyne co możemy teraz zrobić to pomodlić się za Jego duszę [*] ...S...

    OdpowiedzUsuń
  2. Heh... jeszcze powiedz, że ostatnią rozmową jaką odbył to ta z Tobą o maszynach i dopiero zrobi się dziwnie ^^.

    Niestety nie mamy wpływu na to, co dzieje się wokół. Jeśli nie jesteśmy z kimś związani, nie zauważymy, gdy coś jest nie tak. Niejedna historia nas jeszcze zadziwi, być może potrzebnie, aby zwolnić i zastanowić się nad swoim życiem.

    Co do Twojego komentarza u mnie... też kiedyś byłam zamknięta w sobie i jedynym kontakt ze światem to internet. Nie wiem czy jest sens Ci tłuc do głowy, że trzeba się przełamywać i takie tam bzdety, bo niegdyś też nie miałam nawet na to ochoty i myślałam, że jest ok, nawet, jak było daleko od ok. Pamiętam u Ciebie notkę o tej samotności i wiem, że też Ci doskwiera. Może metoda małych kroczków? Rozmowa z ludźmi z pracy, wyjście na piwo z nimi? Mnie pomogła dopiero farmoketerapia w sumie, ale już nie biorę żadnych leków, w społeczeństwie funkcjonuje normalnie, znalazłam sobie partnera... jestem szczęśliwa... Ty też na to zasługujesz

    OdpowiedzUsuń