poniedziałek, 20 sierpnia 2012

O dniu, który zmienił wszystko

Dzwonek. Dość długi, trwał on jakieś dwadzieścia sekund, był głośny i zawsze cieszył po czterdziestu pięciu minutach siedzenia w ławce oraz wysłuchiwaniu marudzenia nauczycielek, denerwował gdy zabrzęczał po dziesięciu minutach przerwy wołając na kolejną, długą oraz nudną lekcję. Tym razem jednak zdawałem sobie sprawę, że słyszę go poraz ostatni w moim życiu. Wybiegliśmy z klasy jak co przerwę, jednak tym razem ze świadomością, że już nigdy więcej do niej nie powrócimy. Ale czy ktoś z nas był wtedy smutny? A gdzie tam! Wakacje! Osiem lat jednej i tej samej szkoły, tych samych ryjów znienawidzonych, czy też lubianych nauczycieli, przyjaciół czy też wrogów, tego samego miejsca, szkoły której większość z nas nienawidziła. Świerze świadectwo w dłoniach, jeszcze tylko zdjęcie klasowe, na schodach przed wejściem do naszej "budy". Ustawiliśmy się, koleżanki trzymały w dłoniach kartoniki z napisem "VIII A". Cyk, fotka zrobiona, kto zapłacił wcześniej, otrzyma fotografię drogą pocztową do domu. No właśnie, do domu, do którego wybierał się wtedy każdy z nas, po raz ostatni tą drogą, którą w wieku lat siedmiu poraz pierwszy mama zaprowadziła za rączkę i kazała ją zapamiętać, bo będziemy ją przemierzać sami przez następne osiem lat...  Kilka rozmów jeszcze z przyjaciółmi, wymiana numerów telefonu albo adresu, jak ktoś telefonu nie miał i plany pozostania w kontakcie. Wychodząc przez bramę obróciwszy się za siebie, wystawiając środkowy palec w stronę tak znienawidzonej szkoły, ze słowami FUCK YOU!!! w ustach nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo kochałem to miejsce oraz fakt, że nigdy nie przestanę za nim tęsknić...


Siedząc na podwórku na naszej ławce, z tornistrem na plecach wpatrywałem się swemu świadectwu. Był to piątek, 24 czerwca 94 roku. Piękny dzień, cieplutko, wiadomo było już że te wakacje będą gorące. Niemal przy każdym przedmiocie stała ocena "dostateczny" z kilkoma wyjątkami. Biologia - przypomniał mi się brech klasy, gdy nauczycielka zapytała co jest -NIE-zbędne do życia człowieka?  Źle zrozumiwszy pytanie zgłosiłem się "Tu! Tu! Ja!" krzyczałem by nauczycielka mnie zauważyła a gdy na mnie wskazała, odpowiedziałem poważnie "Alkohol i nikotyna". Albo Religia - ocena "Bardzo dobry". Śmiech klasy, gdy wracając z ubikacji, przechodząc za księdzem uniosłem swoje dłonie nad jego głowę udając że gram w gre komputerową, niby nic śmiesznego, ale nasz ksiądz z powodu jego mega brody dostał ksywkę JOYSTICK. Muzyka - Ocena "Dobry". Śmiech klasy, gdy rozwaliłem koledze flet na głowie bo mnie wkurzał. Matematyka - "Dostateczny". Wyleciałem z klasy, bo gdy kumpel zabijając muchę moim zeszytem upaskudził mi jej flakami całą okładkę, na co ja mu ten zeszyt przytkwił do twarzy krzycząc "Zlizuj to chamie!" WU-EF... "bardzo dobry". Nauczycielka mnie chyba nie lubiała. Zawsze jak mnie wołała, drząc jape przedłużała dziwnie moje nazwisko, jak bym był jakimś ułomniakiem, brzmiało to mniejwięcek tak: (Nazwiska zmyślone)

- KOOOOWAAAALSKEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEeeeeeeeeeeeeeeeeee!!! (to "i" na końcu zmieniała zawsze na "e")
Przez jakiś czas nie zwracałem na to uwagi ale raz się wkurzyłem, więc odkrzykłem jej
- KACZMAAAARSKEEEEEEEEEEEEEEEEE TY PIZD........ no tu nie dokończę, ale mama dostała wtedy list od pani Kaczmarskiej a ja kare.

No cóż, wtopiony tak w świadectwie, zamyślony, zastanawiając się jaką szkołę wybrać po wakacjach, usiadł przy mnie Patryk. Kolega z podwórka, jakiś rok młodszy ode mnie, blondynek "smołojad" (kiedyś siedział z bratem pod trzepakiem i jak bogackiego żuł z nim smołę...) Pokazałem mu swoje świadectwo. Jakoś zaczęliśmy rozmawiać, temat spadł na naszych ojców. Jego jak i mój siedzieli wtedy w niemczech, zaczęliśmy się kłucić który z nich częściej przyjeżdża ze słodyczami oraz prezentami. Jakiś czas trwała nasza dyskusja (no albo kłutnia w stylu a Twój tata to, a Twój ojciec tamto itp.) o tym, źe jego ojciec wcale go nie kocha i że mój mnie bardziej niż jego ojciec swojego syna. I tak jak bym to wyczuł, jak przypadek chciał, na nasze podwórko zajechał szary mercedes na niemieckich blachach. Ja w szok, Patryk zdziwiony... wstałem, wyśmiałem Patryka i zostawiając go na ławce pobiegłem w stronę mercedesa, z którego wysiadł mój ojciec. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że nigdy więcej już Patryka nie zobacze...

Po przywitaniu się z ojcem oraz zbadaniu bagażnika, zaladowany reklamówkami słodyczy wbiegłem do domu. Czekała na nas mama. Dość szybko padł temat o już kilka lat wcześniej objecanym wzięciu nas do niemiec na wakacje. Jednak temat był troche inny. Mama już wtedy chora była na raka i źle wyglądała. Nie trwało to długo by się domyślić że chce nas wziąć już na zawsze. Ja jako czternastolatek, podjarany tym nie wiedziałem co to będzie dla mnie znaczyć. Niemcy, złote góry, inne państwo, pełna kieszeń niemieckich marek, barek pełny słodyczy, życie w dostatku... mama nie miała za dużo czasu na zastanawianie się, ojciec musiał w poniedziałek być już w pracy więc miała ledwie jedną noc do przemyśleń. Cóż, zgodziła się... dla naszego dobra, byśmy mieli lepsze życie niż w tej polskiej biedzie, zapewnioną przyszłość, przecież była śmiertelnie chora... a kto by się wtedy nami zaopiekował, gdyby umarła? Byliśmy przecież tak młodzi, kto by nas wszystkich przygarnął? Ojciec kazał nam się pakować, pamiętam wziąłem tylko ciuchy oraz parę drobiazgów, zostawiając niemal wszystko w swoim pokoju. Było nas czterech, więc nie mogłem wziąć za wiele, bagażnik tego mercedesa też nie za duży...

W sobotę wieczorem wyjechaliśmy, zostawiając mamę, która po załatwieniu spraw miała do nas dołączyć. Zostawiając mój pokój, pełen wspomnień oraz dzieciństwa, w którym mieszkałem czternaście lat, od samych narodzin, nie realizując tego, że już nigdy więcej tam nie wrócę. Zostawiając podwórko pełne wspomnień, wszystkich przyjaciół, z którymi nawet nie zdążyłem się pożegnać. Zostawiając swoją młodość, swoje życie oraz rodzinę, zostawiając tam siebie, swą duszę oraz serce, nie zdając sobie z tego sprawy że właśnie w tym dniu umarłem...

Niedziela. Dzwonek do drzwi. Mama otwarła, zapłakana, ledwo stojąc na nogach. Stał tam Gutek, najlepszy mój przyjaciel.
- Dz... dzieńdobry, jee...jest, km... Tomek?
- Nie... nie ma Tomka...
- Aa...aaaha, km, a kieee...kiedy wróci?
- Już nigdy więcej.........




6 komentarzy:

  1. Przykre jest to że właśnie tak się skończył Twój pobyt w Polsce :( Ale wydaje Mi się że tak jest lepiej że żyjesz teraz w Niemczech a nie w tej bidzie w Polsce. Na pewno rodzice nie chcieli źle dla Was i nie mieli innego wyjścia.Ja to zawsze nie lubialam chodzić do szkoły i tylko czekałam kiedy będą wakacje żeby tylko się nie uczyć i nie odrabiać zadań :D Jednak teraz brakuje Mi szkoły i mam takie momenty że wróciła bym tam chętnie i chyba każdy tak ma . A Moja szkoła średnia była zajebista :D ...S... :* :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Przykre to jest... smutno mi się zrobiło jak to przeczytałam... Mam tylko nadzieje, że teraz jest lepiej, jak już znalazłeś pracę i wszystko zaczyna się uspokajać ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam tę piosenkę <3 W.

    OdpowiedzUsuń
  4. Cóż... kontakt zawsze można było zachować, listowny, telefoniczny. Jeśli coś umiera śiercią naturalną oznacza, że aż tak nam na tym nie zależy. Ja sama z sentymentu żałuję niektórych straconych kontaktów, ale wiem, że w tamtym czasie miałam inne priorytety i nie żałuję.

    Teraz pewnie możesz znaleźć go na fejsie ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie raz go szukałem. Na fejsie, jak i na nk go nie ma...

      Usuń